,,Nieskończenie mi ciężko przywoływać tu po imieniu te ostatnie dni, dlatego czynię to w skrócie.
Ponieważ każdemu przeznaczony jest z góry termin śmierci (zarówno jak i życia), muszę każdy swój dzień traktować, jakby miał być ostatnim i jakbym się z niego winien rozliczać. Bo to są dni niczym pod ziemią, naznaczone gniciem i butwieniem. Ale to taka bardzo chrześcijańska myśl: mimo cierpień nie do zniesienia odnaleźć pociechę - oto najstarsza filozofia chrystianizmu, lecz ja czuję, że nie mógłbym w to uwierzyć bez zastrzeżeń. Obawiam się, że dni takie nie przynależą ani do śmierci, ani do życia. One należą... o, to jakiś międzyląd, kraj między życiem a śmiercią, gdzie unosi się nad tobą jakiś duch graniczny (Zwischengeist, Zwischengott), jakiś bóg stojący między życiem i śmiercią, i jemu owe dni przynależą, tej przejmującej grozą, tajemnej mocy. To z jej woli wszystko. Owa beznadziejność, owa niemoc duszy. I gdy te stany trwają, gdy nie słabną, nie znikają w jednej chwili jak fantomy, gdy człowiek chciałby określić swoje "ja", ową świadomość siebie niemożliwią do wyrażenia, z niczym nie powiązaną, bezradną, osamotnioną, niezdolną słyszeć głosu ciszy, jakby rzuconą w pustą studnię, w głębię stawu o stojącej wodzie, gdzie roją się stwory, zrodzone ze zgnilizny - czymże się jest wówczas?
Któż wie, ileż takich istot uwięzionych w owym międzyświecie żyje po domach obłąkanych, ile w nich idzie na dno. Jest to po prostu samounicestwienie. Zobojętnienie, ciągłe utrzymywanie w równowadze jednej szali, pełnej zwątpień i pleśni, i drugiej, własnej, z całym przygniatającym ją ciężarem. I cóż tu pomóc mogą wysiłki, które człowiek podejmuje z obrzydzeniem, coraz opieszalej, z coraz większym znużeniem, z wciąż bardziej wzrastającą obojętnością wobec nieustannie, choć z wolna rosnących przeciwności. Człowiek pragnie czegoś, lecz wola jego jest jak trzcina uderzająca o kamień. Próbuje wznieść się wzwyż, powstać przeciw czemuś, chce dokądś iść, nagle staje i w końcu dochodzi do takiego stanu, że leży, leży i czuje się szczęśliwy, gdy może podnieść głowę na tyle, by ujrzeć wokół siebie ludzi i rzeczy [...]. Nad życiem i śmiercią władzę roztacza Bóg. Ale nad tym międzyświatem nie ma on żadnej mocy, istnieje on mimo jego wszechpotęgi, mimo jego obecności, zawieszony poza czasem, poza przestrzenią, poza wiecznością [...]. Słychać tu tylko bicie serc, niewypowiedzianie smutnych, zalęknionych serc, co nic o sobie wzajem nie wiedzą, osamotnionych, bo zerwane są między nimi wszelkie związki i więzy, serc beznamiętnych, dlatego uderzenia ich tak są nieprawdziwe i tak nierzeczywiste, jak mowa tronowa wygłaszana przez szaleńca w kaftanie bezpieczeństwa przed dziko śmiejącymi się strażnikami i przerażonymi obłąkańcami.
...Musiałem to zapisać, sobie samemu ku pamięci.
Niechaj Bóg mi pomoże. "
Rainer Maria Rilke [ Z Dziennika Worpswede]
****