Dolina Issy
fragmenty
„Katechizmu uczył się łatwo, ale swoich
sympatii nie rozdzielał na równi.
Bóg Ojciec, z brodą, marszczy brwi surowo i unosi się nad
chmurami. Jezus
patrzy łagodnie i pokazuje na serce, skąd idą promienie, ale
wrócił do nieba i
też mieszka daleko. Co innego Duch Święty. Ten jest wiecznie żyjącym
gołębiem i
wysyła snop światła prosto na głowy ludzi. Kiedy przygotowywał się do
spowiedzi,
modlił się, żeby nad nim się zatrzymał, bo z grzechami było trudno.
Liczył je
na palcach i zaraz gubił, liczył na nowo. Przytykając usta do
wygładzonych
kratek konfesjonału i słysząc sapanie księdza, pośpiesznie wyrecytował
swoją
listę. Już jednak na Szwedzkich Wałach ogarnęły go wątpliwości, szedł
coraz
wolniej, aż w alei zapłakał i z rozpaczą przybiegł do babci Misi,
pytając ją,
co zrobić, bo zapomniał grzechy. Doradzała, żeby wrócić, ale
wtedy zanosił się jeszcze
bardziej płaczem, ze wstydu. Nie było innej rady, Antonina wzięła go za
rękę i
zaprowadziła do księdza, a jej obecność jakoś go uspokajała, może
nieładnie,
ale lepiej niż samemu.
Tomasz więc od razu już miał zadatki na to, co
teologowie określają jako sumienie skrupulatne, przyczyna, według nich,
wielu
zwycięstw diabła. Starając się nic nie pominąć, nie włączał do swoich
przewin
pewnego sekretu. Nie umiał tego zobaczyć z zewnątrz, nie przychodziło
mu do
głowy, że to jest i tylko jego własne, najwłaśniejsze, jego i Onute
Akulonis –
a równocześnie, że to istniało poza nimi, że przed nimi
wynaleźli to już inni.
Nieczystość w mowie i uczynkach na przykład to było zupełnie nie to - wymawianie brzydkich
słów, podglądanie
kąpiących się dziewczyn, co mają czarną wronę pod pępkiem, albo
straszenie ich
w sobotę na wieczorynce, kiedy wychodzą w przerwie pomiędzy jednym
tańcem i
drugim i kucają w sadzie, podnosząc spódnice.
Z Onute często gubili gdzieś gromadę innych dzieci
i wymykali się na miejsce nad Issą, które było tylko ich.
Dostać się tam nie
można było inaczej niż pełzając na czworakach, tunelem pod nawisłą
tarniną, a
ten zakręcał i należało dobrze go znać. Wewnątrz, na małym
pagórku piasku,
bezpieczeństwo zbliżało ich do siebie, rozmawiali przyciszonymi głosami
i nikt,
nikt ich tam nie mógł dosięgnąć, a oni słyszeli stamtąd
plusk ryby, stukanie
kijanek, turkot kół na drodze. Goli, leżeli z głowami
zwróceni do siebie, cień
padał im na ręce i w tym niedostępnym pałacu mieli w ten
sposób jeszcze
mniejsze schowanie, w którym przebywało się tajemniczo i
chciało się szeptem opowiadać
– co? Onute, tak jak jej matka (i tak jak Pola), miała
żółte włosy, splatała je
w warkoczyk. A To było takie: kładła się na wznak, przyciągała go do
siebie i
ściskała kolanami. Zostawali tak długo, słońce przesuwało się w
górze,
wiedział, że chce, żeby jej dotykał i robiło się Słodko. Ale to
przecież nie
była żadna inna dziewczynka, tylko Onute, i nie mógłby
spowiadać się z czegoś,
co zdarzyło się jemu z nią.
Rano, przyjmując komunię św., czuł się lekki, dlatego także, że na czczo i że ssało go w brzuchu. Odchodził ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, patrząc w końce swoich bucików. Że przylepiony do podniebienia opłatek, który nieśmiało odrywał językiem, jest Ciałem Pana Jezusa, nie umiał sobie przedstawić. Że go to zmieniało i że przynajmniej przez cały dzień był cichy i grzeczny, to jednak było widoczne. Szczególnie trafiły do jego wyobraźni słowa księdza o tym, że dusza ludzka jest jak izba, co powinna być uprzątnięta i przybrana na przyjęcie Gościa. Myślał, że może opłatek topnieje, ale tam w duszy znów się zrasta i stoi między zielenią w tamtejszym błyszczącym kielichu. Że on, Tomasz, nosi w sobie taką izbę, napełniało go dumą i zachowywał się tak, żeby jej nie popsuć i nie zniszczyć.”
„Żadne święto nie mogło równać
się z Wielkanocą,
nie tylko dlatego, że wtedy trze się mak w makutrze i wydłubuje się
orzechy z
mazurków. W Wielkim Tygodniu, w kościele, gdzie obrazy
przesłaniały zasłony z
kiru, a kołatki stukały sucho zamiast dzwonków, odwiedzało
się grób Pana
Jezusa. Przed grotą stała straż w posrebrzanych hełmach z grzebieniami
i
piórami, uzbrojona w piki i halabardy. Jezus leżał na
podniesieniu, ten sam, co
na wielkim krucyfiksie, tylko ramiona krzyża zakryte miał liśćmi
barwinka.
Czekało się z
niecierpliwością na przedstawienie w
Wielką Sobotę. Piętnastoletni i szesnastoletni chłopcy,
którzy długo przedtem
zmawiali się i przygotowywali, wpadali do kościoła z wrzaskiem, niosąc
kije, a
na nich przywiązane martwe wrony. Nabożne stare kobiety modliły się
godzinami i
wymęczone ścisłym postem pochylały głowy coraz niżej –
budzili je z drzemki
podsuwając wronę pod nos, albo bili nią ludzi przynoszących w węzełkach
jajka
do święcenia. Na trawniku przed drzwiami odprawiali swoje komedie.
Najbardziej
Tomaszowi podobało się męczenie Judasza. Uciekał jak mógł,
gonili go w kółko,
obsypując wyzwiskami, wreszcie wieszał się wyciągając język, zdjęty z
drzewa był
trupem, ale czy można takiemu pozwolić wymknąć się tak łatwo?
Przewrócony na
brzuch, szczypany, wydawał jęki, wreszcie ściągano mu majtki, jeden z
chłopców
wsadzał mu w tyłek słomkę i przez tę słomkę wdmuchiwał w niego duszę,
aż Judasz
zrywał się, krzycząc, że żyje.”
„ Tomasz bał się biegać po zmroku, ale
tylko do
czasu, kiedy miał sen. Był to sen wielkiej słodyczy i potęgi;
również grozy, i
trudno byłoby określić, co w nim przeważało. W słowa nie dawał się
ująć, ani
rano po owej nocy, ani później. Słowa nie chwytają
mieszaniny zapachów albo
tego, co nas przyciąga do pewnych ludzi, tym bardziej zanurzania się w
studnie,
przez które przelatuje się na wylot, na drugą stronę znanego
nam istnienia.
Widział Magdalenę w ziemi, w samotności olbrzymiej ziemi, i przebywała tam od lat i na zawsze. Jej suknia rozpadła się i płatki materii mieszały się z suchymi kośćmi, a kosmyk włosów, który wyślizgiwał się na policzek nad kuchenną płytą, przylegał do trupiej czaszki. A równocześnie była przy nim taka sama jak wtedy, gdy wchodziła w wodę rzeki, i w tej równoczesności zawierało się poznanie innego czasu niż ten, jaki jest nam zwyczajnie dostępny. Uczucie wyrażające się ściskaniem w gardle przenikało go na wskroś, kształt jej piersi i szyi trwał niejako w nim i dotknięcia jej przetłumaczały się na skargę, na rodzaj zaśpiewu: „O, czemu przemijam, czemu moje ręce i nogi przemijają, o, czemu jestem i nie jestem, ja, co raz, tylko raz, żyłam od początku po koniec świata, o, niebo i słońce będą, a mnie już nigdy nie będzie, te kości po mnie zostają, o, nic nie jest moje, nic”. I Tomasz z nią razem wpadał w ciszę pod warstwami gleby, gdzie obślizguje się kamyk i robaki torują sobie drogę, on teraz zmieniał się w garstkę spróchniałych piszczeli, on skarżył się ustami Magdaleny i odkrywał, sam, te pytania: dlaczego ja jestem ja? Jak to możliwe, żebym, mając ciało, ciepło, dłoń, palce, musiał umrzeć i przestać być ja? Właściwie może to nie był nawet sen, bo leżąc na najgłębszym dnie, pod powierzchnią realnych zjawisk, czuł cielesnego siebie, skazanego, rozpadającego się, już po śmierci, a zarazem, biorąc udział w tym unicestwieniu, zachowywał zdolność stwierdzania, że on tu jest ten sam, co on tam. Krzyczał i obudził się. Ale zarysy przedmiotów stanowiły część koszmaru, nie wydzielały się wcale jako bardziej mocne. Zaraz wpadł znowu w to samo odurzenie i wszystko powtarzało się w coraz to nowych odmianach. Dopiero brzask go uwolnił, otwierał oczy w trwodze. Wracał z daleka. Powoli światło wydobywało poprzeczkę łączącą nogi stołu, zydle, krzesło. Jakaż ulga, że świat ten na jawie składa się z rzeczy z drzewa, z żelaza, z cegieł i że one mają wypukłość i chropowatość! Witał sprzęty, które wczoraj krzywdził, ledwie je zauważając. Teraz wydały mu się skarbami. Wpatrywał się w rysy, w sęki, w pęknięcia. Po tamtym zostawał jednak rozkoszny czar, wspomnienie krain, których nigdy dotychczas nie odgadywał.”
„Owej jesieni, kiedy straszyła Magdalena,
sady
nadzwyczajnie obrodziły, a ponieważ nie miano gdzie sprzedawać
owoców, karmiono
nimi świnie, zbierając na domowy użytek i na przechowywanie tylko
najlepsze
gatunki. W trawie gniły stosy jabłek i gruszek, między nimi bzykały
osy, a
także mnóstwo szerszeni. Tomasza ugryzł jeden w wargę i
spuchła mu cała twarz;
nie zawsze można było je zauważyć, bo wciskały się w środek słodkiej
gruszki
wąską dziurką, dopiero kiedy się nią potrząsnęło, wysuwał się pulsujący
prążkowany odwłok. Tomasz pomagał w sadobraniu, włażąc na drzewa i
przyczyniało
mu dumy, że dorośli nie umieją drapać się jak on po kociemu na cienkie
gałęzie.
I ciągle dojrzewały nowe rodzaje:
„cukrówki”,
„poczciwe”,
„lipówki”,
„sapieżanki”, „bergamoty”.
Letnio-jesienną porą Tomasz dobrał się do
biblioteki. Dotychczas ten narożny pokój z malowanymi olejną
farbą ścianami,
tak zimny, że kiedy na dworze upał, tu się dygotało, nie wydawał mu się
interesujący. Teraz wyżebrał klucze od szaf i wyciągał z nich ciągle
coś
zabawnego. W jednej z tych szaf, oszklonej, znalazł czerwono oprawione
książki,
na okładkach złote ozdoby, a wewnątrz dużo rysunków.
Podpisów nie potrafił
przeczytać, bo to było po francusku, dziewczynka na tych rysunkach
miała na
imię Sophie i nosiła długie majtki zakończone koronką. W innej szafie,
w
ścianie, między pajęczyną i zwojami pożółkłych
papierów, wygrzebał tom z tytułem
Tragedie Szekspira i spędzał z nim
dużo czasu na trawniku, na samym jego skraju, gdzie przy zielonym murze
krzaków
pachniało mchem i cząbrem. Oprócz niego lubiły ten zakątek
duże rude mrówki i
nieraz wściekle tarł łydką o łydkę, bo kąsały boleśnie. W luce między
szczytami
świerków drgała przestrzeń, maleńkie pojazdy wlokły za sobą
kurz po drugiej
stronie doliny. W książce ludzie w zbrojach albo kuso ubrani (czy te
ich nogi
są gołe, czy w takich obcisłych majtkach?) krzyżowali miecze,
przewracali się
przebici sztyletem, wiało stęchlizną od kartek z plamami rdzy.
Prowadził palcem
wśród rządków liter, ale choć pisało po polsku,
zniechęcił się i uznał, że
dotyczą jakichś spraw dla dorosłych.
Więcej radości dawały mu
książki o podróżach. W
nich Murzyni, goli, stali z łukami na łódkach z trzciny albo
ciągnęli na
sznurach hipopotama, takiego jak w historii naturalnej. Ich ciała
pokrywały
prążki i zastanawiał się, czy ich skóra jest w
rzeczywistości pełna linii, czy
tylko tak ich narysowano. Śniło mu się często, że jedzie z Murzynami
wodą w
coraz bardziej niedostępne zatoki wśród papirusów
wyższych od człowieka i tam
buduje sobie wioskę, do której nie trafi nigdy żaden
obcy.”