ZAPISKI Z BŁĘKITNYCH RUIN.

Kajetan Młynarski

 

 

 
 

DROGĄ CHWIL

 

„Czcząc przodków starożytni sprawili, że żyjemy”

 

 

 

 

mroczne początki

 

152. Początki wyrażania prawdy giną w mroku dziejów. Ta pospolita figura retoryczna przypomina nam o dawności źródeł tej historii. Jednak my coś o tych początkach wiemy, wiemy też, że czas początków nie był czasem mroku, tylko z perspektywy naszej sytuacji wydaje się taki. Czas początków był czasem światła bezpośredniej świadomości i dlatego od najdawniejszych czasów wspominany jest jako utracona wspaniałość.

153. Świadomość poprzedza wyrażanie. Poprzedza je zarówno w porządku umożliwiania jak i historyczno-filogenetycznym. Świadomość poprzedza pojawienie się człowieka, przytomność jest właściwa także zwierzętom. Rzecz jasna idzie tu o prostą nie zapośredniczoną świadomość, świadomość ujmującą przedmiotowo [w tym uprzedmiotowiająca świadomość] oraz świadomość refleksyjna, pojawiają się późno i odnajdujemy je dopiero u przedstawicieli rzędu Primates a u przedstawicieli naszego gatunku rozwinięte są w stopniu znacznie wyższym niż jakiegokolwiek innego. Wiązało się to z rozwojem możliwości przetwarzania informacji, a zwłaszcza z rozwojem pamięci krótkotrwałej [umożliwiającej ujmującą przedmiotowo samoświadomość refleksyjną] i tego, co nazywamy zdolnością myślenia abstrakcyjnego tzn. myślenia oderwanego od aktualnych, konkretnych stanów rzeczy. Daje to wielkie zwiększenie np. możliwości przewidywania i ma zasadnicze znaczenie przystosowawcze. Ale najważniejszą adaptacją pojawiającą się wraz ze wzrostem możliwości przetwarzania jest język artykułowany. Stanowi on, w połączeniu z odpowiednią pamięcią, adaptację zasadniczo zmieniającą sam sposób ewolucji, oto staje się możliwe [pozagenetyczne] dziedziczenie cech nabytych osobniczo w drodze doświadczenia jednostkowego. Nie tylko dziedziczenie, ale i przekazywanie ich innym w krótkim czasie i to niezależnie od stopnia pokrewieństwa. Ta adaptacja, jak każda inna, sama ewoluuje i bynajmniej nie zawiesza ewolucji, której podstawowe prawa dalej się do niej stosują.

154. Prawda poprzedza wyrażanie, skoro pojawiło się [pierwotne] wyrażanie pojawiła się też możliwość [artykułowanej] mowy. Wraz z pojawieniem się artykułowanej mowy powstała możliwość [błędnego] jej użycia [do stanowienia sytuacji, manipulowania przekonaniami o rzeczywistości]. Nie omieszkano z niej skorzystać.

155. Najpierwotniejsze języki jakie znamy nie mają bogatego słownictwa ani gramatyki. Och terminy są konkretne, gramatyka uboga a wyrazy bardzo bliskie tego, co wyrażają, często dźwiękonaśladowcze albo należące do tzw. słów-obrazów.

156. Drugą grupę stanowią języki pierwotne, ale nie prymitywne. Cechuje je ogromnie, jak na nasze standardy, rozbudowane słownictwo. Większość słów to nazwy własne i nie ma prawie żadnych terminów ogólnych. W językach, którymi posługują się Aborygeni nie występuje np. słowo „rzeka”, wszystkie rzeki znane są z imienia, często swoje nazwy mają nawet nie całe rzeki, ale pewne ich odcinki czy miejsca charakterystyczne. Oczywiście istnieją także czasowniki, ale one są bardzo szczegółowe, np. naszemu słowu „chodzić” odpowiada w pewnych językach bantu około setki wyrazów, z których każdy nazywa pewien rodzaj chodu. Wysoki, idący miarowym krokiem człowiek porusza się „wakanda-wakanda” a mały człowiek o krótkich nogach biegnie „kurpudu-kurpudu”. To są różne słowa i oznaczają różne rzeczy. W takich językach i odpowiadającym im aparacie pojęciowym spór o uniwersalia nie mógłby nawet zostać sformułowany. Wyrażanie jest w nich bezpośrednie, bogate, a świat tak mówiących ludzi jest naprawdę ich światem. Jest bardzo bliski. Jednak, wraz z poszerzeniem znajomości świata przestają one wystarczać, przecież, choć można używać na co dzień dwudziestu tysięcy słów to jednak nie sposób znać z imienia wszystkich rzek czy drzew świata. Powstaje zatem potrzeba stosowania terminów ogólnych, pojawiających się najpierw jako nazwy skrótozastępcze. Pozwalają one na opisywanie tego, co odległe, pozwalają też na przewidywanie i spekulowanie in abstracto, ale płaci się za to pewną cenę: używane bez należytej kompetencji [świadomości] mogą same oddzielać nas [dla nas] od świata czyniąc go jakby odległym. Nic dziwnego, wywodzą się przecież ze słów wynalezionych dla opisu tego, co nieznane i odległe, nieobejmowalne w swojej szczegółowości. Nie tylko mogą oddzielać, ale mogą rodzić swoje własne problemy umożliwiając hipostazowanie, polegające na zastosowaniu atawistycznej konkretno-materialnej interpretacji słów nie oznaczających nic konkretnego, ponieważ są właśnie terminami wielkiej ogólności.

157. Trzeci etap to języki zaawansowane, którymi posługujemy się współcześnie. Mają znowu niewielkie, ale bardzo nośne [dzięki terminom ogólnym] słownictwo. Gramatyki także ulegają stopniowemu uproszczeniu [wykazując na ogół tendencje do tzw. analityzacji]. Starożytna greka i współczesne języki europejskie należą do tego etapu. Oczywiście nie tylko one, np. język chiński od dawna odznacza się wyjątkową analitycznością uchodzącą za cechę zaawansowania ewolucyjnego języka. Posługiwanie się tymi językami wymaga od ich użytkowników coraz większych kompetencji merytorycznych. W braku tych kompetencji stają się one narzędziem nie przybliżającym, ale oddalającym świat. Mamy ogólny termin „drzewo” i jego powszechne użycie sprawia, że wielu współczesnych nie odróżnia grabu [Carpinus L.] od buka [Fagus L.], nie mówiąc już o tym, że znajomość „po imieniu” z blisko rosnącym drzewem wydaje się co najmniej ekscentrycznym pomysłem. Skutek jest taki, że użytkownicy języków zaawansowanych mówią o tym, co bliskie tak jakby było dalekie. Jeżeli nie są dość przytomni to grozi im w każdej chwili coś, co pewien mój znajomy nazywa „wypadkiem z rzeczywistości”. W językach tych pojawiają się terminy o maksymalnej, granicznej ogólności. Należą do nich np. „coś”, „jest”, „istnienie”, „nie”, „nic” i tym podobne. Terminom odpowiadają oczywiście pojęcia i sposoby myślenia odznaczające się ogólnością. Te ogólne terminy wywodzą się często z innych bardziej szczegółowych, predestynowanych jednak do uogólnienia z racji pełnionej funkcji. Starożytni grecy używali na określenie materii słowa „hyle”. Termin ten oznaczał pierwotnie „drewno”, które było podstawowym tworzywem służącym do wyrobu różnych rzeczy, dlatego uzasadnione było użycie tego słowa w rozważaniach mających ustalić tworzywo [całego] świata, mających odpowiedzieć „z czego on jest zrobiony”. Gdyby wiedza o tym technicznym zastosowaniu terminu „hyle” nie była do nas dotarła, to może uśmiechalibyśmy się z politowaniem mówiąc, iż grecy uważali, że świat zrobiony jest z drewna. Niejeden zresztą uśmiecha się w ten sposób czytając np. o Talesie utrzymującym, że świat zrobiony jest z wody.

158. Ponieważ jest [także] środkiem wyrażania prawdy, jest jej możliwym uobecnieniem [wyrazem] to wraz z pojawieniem się nawet stosunkowo prymitywnych języków powstaje możliwość skupienia uwagi na nazwach. Nie tylko skupienia ale i zawężenia. Wtedy stają się one jakby ważniejsze od rzeczywistości. Dlatego mówi się: „nazwy zasłaniają rzeczy”. Użytkownicy języków pierwotnych mogą być uwodzeni właśnie przez nazwy, imiona własne. Istotnie zauważamy, że w różnych systemach magicznych znać nazwę to tyle, co mieć rzecz w swojej mocy. Oczywiście to musi być „prawdziwa” nazwa, często należąca do specjalnego, strzeżonego języka dostępnego tylko dla wtajemniczonych. Znawcy takich [magicznych] języków noszą wysoko głowy i uważają się za coś lepszego od pozostałych ludzi, na których spoglądają z politowaniem [jak na istoty niższe]. To nie tylko zawężenie świadomości do nazw, to także ustanowienie sytuacji władzy, przecież w społecznościach praktykujących przedsięwzięcia tego rodzaju rzeczywiście istnieją takie elity władzy. Jak widać tym czym się tu rządzi są ostatecznie ludzie i o to właśnie chodzi, nawet domniemana władza nad rzeczywistością wystarcza dla rzeczywistej władzy  nad [„uwiedzionymi”] ludźmi. W przypadku języków zaawansowanych ich użytkownicy nie przypisują zwykle siły bezpośrednio nazwom [choć i one są „mocne”], ale wyrażeniom, a z czasem także napisom [wyrażeniom języka pisanego]. Na pierwotnym etapie takie wyrażenia nazywamy zaklęciami i one mogą służyć władzy nad ludźmi niezależnie od tego czy są skuteczne w odniesieniu do „rzeczywistości pozaludzkiej”. Jeżeli w jakiejś mierze są skuteczne i w tej „rzeczywistości” [np. instruując o sposobie sporządzania leku] to tym lepiej, tym są mocniejsze. Dlatego spory pomiędzy magami są często walką o skuteczność i walką pokazującą, co jest skuteczniejsze. W ten sposób magia ewoluuje także w kierunku skuteczności rzeczywistej, co bynajmniej nie oznacza rezygnacji z aspirowania do władzy, przecież cały czas zasadniczo o nią chodzi. Magia, która odrzuciła całkowicie to, co nieskuteczne, staje się całkowicie „racjonalna” i formalnie nie jest odróżnialna od nauki [chociaż właśnie jej się sprzeciwia]. W tej sytuacji teorie mogą być [i są] traktowane jako biorące w swoją moc odpowiednie dziedziny rzeczywistości, służą do zajmowania [uprzywilejowanych] stanowisk i sprawowania władzy [nad ludźmi]. Ich znajomość daje poczucie mocy i wyższości nad „niewtajemniczonymi”. Od teorii oczekuje się wtedy np. zdolności do predykcji czy retrodykcji [jako świadectwa ich mocy] tak jak dawniej oczekiwano tego samego od szklanej kuli, tylko nazwy były łatwiejsze: widzenie przeszłości i przyszłości. Jednym słowem oczekuje się od nich mocy. Jest ona najważniejsza. Moc np. stosowalność jest [dla człowieka władzy] jedynym usprawiedliwieniem pracy teoretycznej. Oczywiście niektóre teorie umożliwiają wzrost naszej siły, dają do niej dostęp, ale w rzeczywistej nauce nie o to chodzi, chodzi o prawdę i jej wyrażenie a ono skutkuje także i siłą. Dysponujemy naprawdę niemałą liczbą ważnych naukowo wyników, z których nie da się w żaden sposób czerpać mocy władczej. Jeżeli jednak któryś z tych wyników jest „mocny” to możemy być pewni, że będzie zawłaszczony w celach użycia magicznego. Ten, kto jest uwikłany w sytuację władzy nie potrafi w ogóle dostrzec innego znaczenia nauki [niż np. znaczenie „praktyczne”]. To rzeczywiście ma miejsce i byłoby rzeczą bardzo pouczającą przeprowadzenie odpowiednich badań materiałowych ustalających częstość postaw magicznych u przedstawicieli różnych nauk [w potocznym rozumieniu tego terminu]. Jest przecież faktem, że wielu ludzi mówiąc o nauce jakby ją usprawiedliwia wskazując na pożytki, których uzyskiwanie ona umożliwia. Wskazując tak jakby o to chodziło albo to właśnie było w poznaniu najważniejsze. Nauka i magia mają, formalnie, wiele wspólnego, ale są istotowo różnymi przedsięwzięciami. Istotę nauki stanowi pielęgnowanie świadomości a prawda [rzeczywistość] jest jej podstawą. Istotę magii stanowi władza osiągania „per fas et nefas”. Dlatego pomimo formalnych podobieństw są to dziedziny istotowo sobie obce, a obcość ta polega na tym, że magia przeciwstawia się nauce, podczas gdy nauka rozumie [widzi] magię. Jak dawniej wśród „magów” istnieli ludzie nauki [poznania] tak dzisiaj wśród ludzi nauki istnieją magowie. Nie wiem czy proporcje uległy tu zasadniczej zmianie. Przywiązanie do nazw, czynienie z nich przedmiotu oddalającego [nasz] świat, jest czymś bardzo pospolitym i utrudniającym zarówno egzystencję jak i kompetentne posługiwanie się terminami. Dlatego praktykując przytomność doświadczamy niekiedy zjawiska nazywanego „opadaniem nazw z rzeczy”, nazwy bynajmniej nie znikają, ale my widząc wyraźnie same rzeczy doznajemy uwolnienia [od myśli o nazwach]. Mówimy wtedy: „a więc to się tak nazywa”. Istnieje stare powiedzenie o „adamowym widzeniu” tj. takim widzeniu świata, jakie było udziałem Adama w raju zanim rzeczy zostały nazwane. Mówi o nim np. Charles Anders Peirce, dla którego było zdaje się szczególnie inspirujące. „Adamowe widzenie”, to powiedzenie bardzo jasno wyrażające stan pierwotnej, podstawowej i bezpośredniej świadomości prawdy. Wygnanie z raju nie nastąpiło w momencie pojawienia się samoświadomości refleksyjnej, umożliwiającej ujęcie siebie [i „wszystkiego”] jako przedmiotu. Nastąpiło ono, gdy świadomość ta została uznana za jedyną. Znaczy to, że wygnanie z raju nie nastąpiło właściwie nigdy, ono jest procesem permanentnym. Sami wyganiamy siebie z raju ilekroć przedkładamy świadomość rozróżniającą, negującą itp. nad to, co stanowi jej „zwierzęcą” podstawę. Właśnie o tym mówi nam [także] opowieść o wygnaniu z rajskiego ogrodu, w którym Adam przechadzał się wśród zwierząt. Mówi ona o odcięciu od przodków, uczynieniu nienawistnym własnego pochodzenia, a to właśnie jest błędem. Lecz zainteresowani władzą zawsze pożądali „wysokiego” pochodzenia wywodząc swe genealogie od bogów [którymi chcą być] lub nawet bezpośrednio od Boga [którym także chcą być, jako że rozumieją, iż to najwyższy władca i tyle z Niego widzą: diabła]. Wywodzą te genealogie jakby godność stworzenia [żywego] nie była ich prawdziwą godnością.

159. O tym trzeba pamiętać: wśród teorii prawdy znajdziemy także „teorie” [w jakiejś mierze] magiczne. Znajdziemy także magiczne interpretacje i zastosowania rzeczywistych teorii. Co to znaczy: magiczna teoria prawdy? To znaczy taka teoria, która chce wziąć prawdę i jej siłę w swoją moc [dla rządzenia ludźmi i stanowienia rzeczywistości]. Co to znaczy: wziąć w swoją moc? W przypadku prawdy oznacza to : móc wyrokować, co jest prawdą a co nie niezależnie od kompetencji [źródłowych], np. mieć absolutne kryterium prawdy działające niezależnie od wszelkiej świadomości [przedmiotowego] stanu rzeczy. Poszukiwanie kryteriów ugruntowanych w kompetencji jest przedsięwzięciem poznawczym, możliwą aktywnością naukową. Poszukiwanie, czy konstruowanie, a zwłaszcza ogłaszanie [stanowienie] absolutnego kryterium prawdy jest działalnością magiczną. Magiczną niezależnie od tego jak bardzo byłaby ona „naukowa w formie” i jakie byłyby [uświadamiane] intencje jej autorów.

160. Wraz z powstawaniem języków zaawansowanych pojawiła się możliwość ogólnego wyrażania prawdy, wyrażania jej w postaci pewnych teorii [opisów ogólnych]. Jak wiemy terminy ogólne powstają często przez nadanie ogólnego znaczenia terminowi pierwotnie szczegółowemu. Robili to także sami autorzy takich teorii. Jeżeli termin nie przyjął się jednak w użyciu potocznym jako ogólny [i to ogólny w sensie danej teorii] to mógł on dotrzeć do naszych czasów mając dalej status terminu szczegółowego. Wtedy mogą powstawać pewne nieporozumienia, np. słysząc, iż Tales uważał, że świat „zrobiony” jest z wody, możemy sądzić, że nie był to człowiek zbyt bystry. Możemy sądzić, że on jakieś bajki opowiadał, czyż jego czasy nie są często przedstawiane jako czasy bajań i „wiary” w rozmaite niedorzeczności? Pamiętajmy jednak, że Tales jest naszym starożytnym przodkiem. To, co należało do podstaw jego myślenia i widzenia należy także do naszych, nasza wiedza, kultura, nie spadła przecież z nieba. Ale to, co było względnie nowe w czasach Talesa jest bardzo stare w naszych, jest tak stare [podstawowe], że jest w naszej kulturze „jak powietrze”. Dlatego Tales i inni starożytni mogli łatwo spostrzegać to, czego uświadomienie sobie dzisiaj jest dla nas przedsięwzięciem trudnym, wyjątkowo trudnym. Starożytni wcale nie byli starzy, byli o wiele młodsi od nas, a świat także był młodszy i rzeczy dawały się widzieć [w ich prawdziwej naturze]. Dlatego mówi się też: „starożytni nie mieli bród, to my rodzimy się starzy i brodaci”.

 

serce kuli

 

161. Wielu filozofów starożytnych wypowiadało się w kwestii prawdy wyrażając ją w sposób odznaczający się mniejszą lub większą ogólnością. Wielu wskazywało na jej istotę i pielęgnowało jej przytomność. Miało to miejsce w basenie morza śródziemnego, w Indiach, w Chinach i zapewne wielu innych miejscach na świecie. Przyjrzyjmy się temu, co mówi jeden z nich. Posłuchajmy Parmenidesa. „…..Powinieneś poznać wszystko: i nieustraszone serce doskonale zaokrąglonej prawdy, i mniemania śmiertelnych, które nie budzą twego zaufania”. Jak widać Parmenides posługuje się pewną metaforą. To metafora kuli. Dobrze jest zdawać sobie sprawę, że my także posługujemy się pewnymi metaforykami i to nieraz bardzo rozbudowanymi. W nauce zajmują one bardzo ważne miejsce. Jeżeli nie zdajemy sobie z tego sprawy to po pierwsze możemy uważać wszystko, co jako metaforykę rozpoznamy za „mało ważne”, możemy mówić „to tylko mętna metafora”. Po drugie nie będziemy w stanie kompetentnie stosować metafor tam, gdzie rzeczywiście to czynimy, nie będziemy zwłaszcza świadomi ich granic, a właśnie świadomość granic należy [także] tu do istotowych kompetencji. Tym niemniej docierając do nas z odległych czasów i we fragmentarycznych zapisach parmenidejska metafora kuli nie jest dla nas wprost jasna [nb. „jasna” to także metafora]. Kształtowana przez potoczność naszej kultury wyobraźnia podsuwa nam obraz jakiejś [np. bilardowej] kuli. Ta sama wyobraźnia nie znajduje właściwie żadnego przedmiotowego wyobrażenia i kiedy słyszy „prawda” przekształca się raczej w myślenie o jakichś teoriach by w końcu zapytać „czym jest prawda” [które to pytanie znamy z innej opowieści]. Niezbyt bogata jest ta nasza potoczna wyobraźnia. Oczywiście w naszej sytuacji to nie jest jasna metafora, ale to nie znaczy, że ona jest bez wartości. Spróbujmy się przez chwilę przyjrzeć tak drogiej starożytnym grekom kuli, symbolowi doskonałości. No właśnie, po pierwsze kula jest symbolem doskonałości, obrazem doskonałej [zupełnej] skończoności i zarazem otwartości. Poruszać można się po niej wedle upodobania [umożliwia więc wolność] i dowolnie długo. Jeżeli coś do kuli dodamy, lub coś od niej odejmiemy to przestanie ona być kulą, ale tę ważną tutaj własność dzieli z wieloma innymi bryłami, szczególnie wyraźnie wielościanami regularnymi, a mniej wyraźnie z wszystkimi w ogóle [określonymi] bryłami. Kula widziana z każdej strony jest taka sama, ona „nic nie ukrywa”, widząc ją z jednej strony poznajemy ją całą. Wszystkie punkty sfery są równoodległe od środka, w tym sensie każdy punkt sfery jest równorzędny i równie niezbędny jak wszystkie inne. Widzimy, że jeżeli przez chwilę uważnie się jej przyjrzeć to kula jako metafora prawdy traci swą trywialność. Ta utrata trywialności jest funkcją naszej uwagi i na tym polega poznawanie prawdy [metafor]. Praktykując uważność i snując dalej tę opowieść moglibyśmy, inspirowani metaforą Parmenidesa, sformułować różne teorie prawdy, będące teoriami w sensie, do którego obecnie przywykliśmy. Jednak sam Parmenides nie nadał [prawdopodobnie] swojej teorii tak rozbudowanej postaci. Dlaczego? Ponieważ nie było mu to potrzebne, to, co wyrażał widział dość jasno, aby zadowolić się [pojedynczą] metaforą. Zapewne było to bliskie także jego współczesnym. To, co powiedział jest dla człowieka uważnego naprawdę inspirujące. Inspirujące także do postawienia pytania o „historycznie wierny” sens tej teorii [metafory]. Taki właśnie jest pożytek z opowieści mających odległe źródła, jest nim pielęgnowanie naszych korzeni. Ale pozostańmy jeszcze chwilę przy Parmenidesie. Jego „prototeoria” posługuje się obrazem pewnego przedmiotu. Nie byle jakiego, ale wyraźnie odróżnionego od innych, a nawet „jedynego” [pominąwszy promień wszystkie kule są takie same i „kto widział jedną ten widział wszystkie”]. Jeżeli Parmenides zdawał sobie jasno sprawę ze statusu swojej metafory, tzn. widział, że jest metaforą [i czego], to jego „prototeoria” jest kompetentna. Jest wyrazem prawdy. Jeżeli jednak był „magiem” to ujmował on prawdę jako kulę i utożsamiał z nią. W takim przypadku słysząc jego opowieść istotnie możemy tylko wzruszyć ramionami. Ale pamiętajmy: jeżeli uznaliśmy ją bez należytego wglądu za coś niedorzecznego to znaczy, że sami coś z prawdą utożsamiamy, ale uważamy naszą „magię” za nieskończenie lepszą od sztuczek tego dawnego kuglarza, na którego spoglądamy z wyżyn własnej pychy. W metaforze Parmenidesa jest pewna rzecz bardzo istotna ze względu na systematykę teorii prawdy. Oto prawda ujęta jest jako pewien przedmiot, jest to więc teoria [wyraz, metafora] powstająca na poziomie wyrażania. Odznacza się ona wielką [porównawczo] bezpośredniością. Niekiedy w marzeniach, jakby zazdrościłem Parmenidesowi, mędrcowi żyjącemu w czasach [kulturze], w których prawda dawała się dotknąć, była [jeszcze] czymś bezpośrednio obecnym w świecie [choćby tylko potocznych wyobrażeń].

 

miłośnik jasności

 

162. Z pism Parmenidesa dotarło do nas niewiele fragmentów, natomiast dzieła Platona zachowało się w większej swej części. Platon także nie sformułował teorii prawdy w sensie, jaki nadaje temu słowu rygorystyczna metodologia. Tym niemniej wiele o niej napisał, często nawet nie przywołując jej z nazwy. Grecy uważali Platona za syna Apollona i po jego śmierci otaczali go czcią i wystawiali kapliczki. Być może jedną z przyczyn tego szacunku było używanie przez niego metafory jasności. Nie on ją wynalazł i nie tylko on jej używał, ale niewątpliwie on właśnie zasługuje na miano miłośnika jasności.

163. W „Państwie”, mianowicie w rozdziałach pierwszym i drugim księgi dziesiątej Platon daje jeden ze swoich wykładów tego, co nazywa się zazwyczaj „teorią idei”.  Pisze tam, że idea stołu tak się ma do [pewnego] stołu jak ten do swoich [różnych] możliwych obrazów. Pisze też, że idea stołu czy czegokolwiek innego jest tylko jedna [bo gdyby były dwie to musiałaby istnieć idea je obejmująca], co później okazało się inspirujące dla Cantora i przyczyniło się do powstania współczesnej teorii mnogości. Widzimy stąd, jakkolwiek mogłoby to być niezgodne z obiegowymi przekonaniami, że idea stołu jest konkretniejsza od samego stołu. Jest ona swego rodzaju „superkonkretem”. Powstaje nie przez abstrakcję [odrywanie], lecz przez konkretyzację [wzbogacanie, uszczegółowianie]. To właśnie „zwykłe” stoły są abstrakcjami [cieniami] od idei tak jak obrazy czy cienie są abstrakcjami od [własności] pewnego stołu. To warto widzieć, platońska idealizacja jest idealizacją przez konkretyzację [dokładnie przeciwnie niż u Arystotelesa]. Abstrakty są cieniami idei a one same odznaczają się jednocześnie zarówno [pewną] ogólnością jak i całkowitą konkretnością. W ten sposób opowiadanie o ideach wskazuje na rzeczywistość niezdegradowaną, w całym bogactwie jej konkretności. Pełnia szczegółów i pojedynczość, to przecież należy do istoty konkretu.

164. W innym miejscu „Państwa”, na początku księgi siódmej, odnajdujemy słynny fragment mówiący o ludziach uwięzionych w jaskini, dla których jedyną dostępną rzeczywistością są cienie i echa. Następnie Platon opisuje stosunki wśród uwięzionych, ich niechęć do ewentualnej zmiany miejsca i bolesną [ale jakże opłacalną] drogę, którą musieliby odbyć, żeby wyjść na światło prawdziwego świata i widzieć rzeczy w całej ich konkretności [właściwej ideom]. Fragment ten zaczyna się w przekładzie Władysława Witwickiego następującymi słowami: „Potem powiedziałem: - Przedstaw sobie obrazowo, jako następujący stan rzeczy, naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak”. To jest powiedziane bardzo wyraźnie i całkiem wprost: mowa o ideach i cieniach jest obrazowym [metaforycznym] przedstawieniem. Trudno o wyraźniejszy opis sytuacji, w której abstrakcje [cienie] przedkładane są ponad prawdę [rzeczywistość] w celu uzyskania przewagi [władzy] nad współuczestnikami sytuacji. Platon jasno to widział. Był on zainteresowany przede wszystkim wyjściem z jaskini, a nie opisywaniem jej lub tego, co widzi się po jej opuszczeniu. Jego filozofia była swego rodzaju filozofią wyzwolenia, a nie ontologią opisową. Nie tyle było dla niego ważne powiedzenie, czym jest prawda i rzeczywistość ile dotarcie do niej. Wtedy opowieści nie są konieczne, ale też dopiero wtedy są możliwe jako prawdziwe wyrazy tego, co jest. Dlatego to, co nazywamy „doktryną idei” jest, w swojej istocie, pewnym drogowskazem. Roztropny wędrowiec nie zatrzymuje się przy nim, ale idzie dalej [za jego wskazaniem], a wtedy drogowskaz przestaje mu być potrzebny. Sam może go postawić.

165. Platon pisał o Atlantydzie. To była ważna opowieść o ludziach, których pycha spowodowała, że natura obróciła się przeciw nim i zniszczyła ich, ponieważ lekceważyli jej prawa. Nie mieszkamy obecnie daleko od Atlantydy, jednak człowiek przytomnie czytający Platona niekoniecznie wyruszy zaraz na morze, aby szukać zatopionego lądu. Jednak skoro Platon napisał o Atlantydzie to umożliwił jej poszukiwania. Rzeczywiście podejmowane są do dnia dzisiejszego. Platon pisał nie tylko o Atlantydzie, pisał także o ideach będących metaforą i wskazaniem rzeczywistości [prawdy]. Skoro o nich napisał to stało się możliwe ich poszukiwanie, a chociaż nikt ich nie znalazł, to jednak pisma „filozofów” zapełniły się opisami ich świata. Warto zdawać sobie z tego sprawę: poszukiwanie idei jest przedsięwzięciem tego samego rodzaju, co poszukiwanie Atlantydy [albo kuli, która byłaby prawdą]. Powstaje więc pytanie: kto i dlaczego zajmuje się poszukiwaniem świata idei? Kto i dlaczego konstruuje idealistyczne ontologie opisowe? Zauważmy od razu, to jest magiczne traktowanie teorii Platona, tym, czego się szuka jest ostatecznie władza, dysponowanie ideami, powoływanie się na ich moc, doświadczanie rozkoszy wysoce elitarnego obcowania z tak „wzniosłą” i mało komu dostępną „rzeczywistością”. Wszystko to jest jednak najdosłowniej nadużyciem Platona. Oczywiście jego pisma to nadużycie umożliwiają, umożliwiają też wartościowe ich odczytanie. Niezależnie od historycznych intencji Platona jedni znajdują w nich pewien wyraz prawdy a inni używają ich dla swoich celów. Pisma te umożliwiają rzecz jasna tworzenie idealistycznych ontologii tak samo jak świat umożliwia takie i inne przedsięwzięcia. „Pokusa to to, czemu się ulega”. Wykorzystanie pism Platona do stanowienia sytuacji jest zgoła wyjątkowe. Niewiele innych wykorzystywano w tym stopniu i tak długo dla uzasadniania władzy [instrumentalnej] i ignorowania [natury] ludzi. To także jest jedna z przyczyn trudności w jego odczytaniu, uraz jest świeży i wielu słucha o tym niechętnie, Platon jest im [skutkiem traumatycznego zawężenia świadomości] po prostu nienawistny. Możemy to zrozumieć, przecież całe pokolenia inkwizytorów wszelkiej maści odczytywało z lubością fragmenty dotyczące bolesnego wyciągania [przemocą] z jaskini na światło. Tu można, jeśli się chce, wyczytać nie tylko usprawiedliwienie przemocy, ale i zbudować sobie błogie przeświadczenie, że jest się dobroczyńcą ludzkości [a co najmniej oprymowanego]. Represywnie nastawieni nauczyciele do dziś odczytują ten fragment nie bez zacięcia. Aby doświadczyć tych [mniemanych ] rozkoszy wystarczy zafundować sobie ontologię opisową zatytułowaną „[najwyższy] świat [absolutnych] idei]”. Prędzej czy później postępowanie takie wzbudzi zawiść innych konkurentów do władzy rozpoczynając tym samym prawdziwą „wojnę magów o idealizm”. Idealizm rozumiany jako „twierdzenie o istnieniu rzeczywistego świata idei abstrakcyjnych”, jest błędem, choć [przez swoje zastosowania] niebezpiecznym to jednak prostym. Człowiek przytomny nie będzie wdawał się w zawiłe polemiki w tej sprawie, nie znajdziemy go ani wśród [fanatycznych] zwolenników idei ani wśród [zagorzałych] ich przeciwników. Nie mówi on ani o „mętniactwie” Platona ani o jego „wzniosłości”, nie mówi, ponieważ widzi, co zostało powiedziane [wyrażone]; tęsknota niesytuacyjnej jasności.

166. Willard Van Orman Quine, w swojej znanej książce „Z punktu widzenia logiki” formułuje znany problem nazwany przez niego „brodą Platona”. Pisze on: „Jest to stara, platońska zagadka niebytu. Niebyt musi w pewnym sensie być, gdyż inaczej – czym jest to, czego nie ma? Tej powikłanej doktrynie można by nadać miano brody Platona. Historycznie okazała się ona bardzo twarda stępiając niejednokrotnie ostrze brzytwy Ockhama.” Quine występuje tu przeciw pewnemu błędowi, jakim jest hipostazowanie terminu „niebyt” przez podlegających pewnemu nawykowi w interpretowaniu języka. Błąd ten popełniają ci, którzy skupiają swoją uwagę przede wszystkim na języku [logice] i ulegają rzeczonemu przeświadczeniu. Popełniając błąd odnajdują się w kłopocie : czują się zobligowani do nadania jakiegoś statusu ontycznego „niebytowi”. Jednym z proponowanych rozwiązań jest przeniesienie go do świata „ platońskich idei” stworzonego zresztą specjalnie na takie okazje. Powołanego do [teoretycznego] bytu między innymi „dla wygody na niewygodne okazje”. Quine zasadnie stara się pokazać ten błąd, jednak przypisanie go Platonowi jest grubą pomyłką. Faktycznie Platon nie był „platonikiem” a jego broda tępi każdą brzytwę, ponieważ jest domalowana i domaga się znacznie mniej ostrego narzędzia: gąbki. Przytaczam ten przykład dla pokazania uwikłań dzieła Platona w rozmaite, także całkiem współczesne sytuacje.

167. Posługując się, jako najważniejszą, metaforą jasności Platon zajmuje specjalne miejsce w systematyce teorii prawdy. Jasność jest cechą, własnością pewnego przedmiotu np. idei [najwyższego] dobra, która jest słońcem prawdziwego [rzeczywistego] świata. Metaforą jest słońce: jaśniejąca kula i właśnie ta jasność jest „światłem prawdy” i samą prawdą. To także kryterium; prawdziwe jest to, co jasne [jaśniejące]. U Parmenidesa mieliśmy przedmiot: kulę. U Platona odnajdujemy własność [kuli]. Prawda, jasność, wymaga jednak pewnych kompetencji, nie jest każdemu dostępna. Dostęp do niej zawdzięczamy „otwartości umysłu”, która jest skutkiem odpowiedniej jego kultury [uprawy]. Platon dobrze zdaje sobie sprawę z sytuacji ustanawianej przez pielęgnowanie błędu i z tego, że jest to nasza [egzystencjalna] sytuacja. Jednocześnie jasność sama jest w pewien sposób autonomiczna, jest pewnym czymś, promieniowaniem wypełniającym przestrzeń i pozwalającym widzieć [tym, którzy nie mają duszy barbarzyńców]. Pod tym względem platońska jasność-prawda jest przejściem od przedmiotowych do relacyjnych teorii [ogólnych wyrażeń] prawdy.

168. Trzeba jednak cały czas być świadomym, że Platon zajmuje miejsce wyjątkowe, ponieważ nie tyle buduje [konsekwentną] teorię prawdy, ile stara się cały czas wskazywać do niej drogę słusznie uważają, że widzenie prawdy jest ważniejsze od dysponowania jej teorią. Jego dzieło wyraża też pewną sytuację, jego prawda jest prawdą zwalczającą [w jakimś stopniu] ciemność, a to świadczy o pewnej dialektyczności tejże sytuacji. Dialektyczności przejawiającej się w walce z ciemnością przeciwną jasności, a także w walce z tymi, którzy tę ciemność utrzymują. Walce z „władcami jaskini”.

169. Interpretowanie filozofii Platona jako „filozofii wyzwolenia” jest interpretowaniem nie wikłającym w sytuację. Nie wikłającym nawet, jeśli sam [historyczny] Platon był w nią uwikłany. Problem na ile był zaangażowany w tę sytuację [sprzeciwu] jest równoznaczny z problemem, w jakim stopniu jego doktryna była dla niego samego ontologią opisową. To jest pewne zagadnienie historyczne. Tu łatwo popełnić pewną pomyłkę. Jeżeli powiemy „filozofia Platona jest ontologią opisową [świata idei], ponieważ on tak myślał” to mocą ustaleń historycznych przedkładamy fakt [historyczny] nad [poprawną] interpretację jego dzieła. W ten sposób tracimy możliwość użycia dzieła Platona w jego naturalnych granicach, na obszarze, na którym jest faktycznie przydatne. „Zyskujemy” natomiast możliwość wysławiania Platona jako mędrca odkrywającego „wzniosły” świat idei lub [możliwość] zwalczania go jako szkodliwego idioty. To są pewne pokusy i techniki władzy. Przedkładanie historii nad filozofię jest błędem w filozofowaniu. Dokładnie takim samym jak jej [historii] ignorowanie. Ten w gruncie rzeczy łatwy do uniknięcia błąd jest popełniany najczęściej w sytuacji walki o dominację, a więc z przyczyn pozamerytorycznych [sytuacyjnych].

170. Wskazując potrzebę i drogi wyjścia z jaskini [sytuacji] Platon wyraża jednocześnie swoje doświadczenie sytuacji odcięcia od rzeczywistości i zniewolenia. Dlatego jego pisma mogą być łatwo zawłaszczone [zinterpretowane] dla celów władzy: użyte do stanowienie tejże sytuacji odcięcia [od rzeczywistości] i niewolenia. Doświadczając jaskini Platon użył drogowskazu, jakim są idee, aby wskazać drogę powrotu do rzeczywistości. Ale tym samym wprowadził niejako ideę rzeczywistości, coś, co niezwykle łatwo może być uczynione obietnicą rzeczywistości, może być tak zinterpretowane. Jednak, jak wiemy, danie wiary obietnicy rzeczywistości oznacza jej utratę [dla siebie] i uwikłanie w sytuację władzy. Ta obietnica [wspaniałej] rzeczywistości „gdzieś tam”, „w świecie idealnym” faktycznie była składana w imieniu Platona służąc zwykłej przemocy, a nawet wprost terroryzmowi politycznemu i doktrynalnemu. Dlatego mamy tu sytuację typowego urazu: ci, którzy znają Platona głównie z takich interpretacji, interpretacji, których siły doświadczyli na własnej skórze, będą musieli wykazać wiele przytomności aby nie ulec pokusie oskarżenia jego dzieła o spowodowanie ich kłopotów. Drugim źródłem odmawiania wartości Platonowi jest prosta walka o władzę i wpływy z tymi, którzy należą do jego zwolenników [czy raczej użytkowników]. Tu możemy zobaczyć jak wyrażenie pewnej sytuacji może posłużyć jako podstawa doktryny [ideologii] tej sytuacji, może być użyta do jej sankcjonowania. Tak właśnie Platońska opowieść o jaskini jest używana przez władców tejże jaskini: do utrzymywania w ciemnocie. Platon był chyba pierwszym spośród filozofów, którzy w takim stopniu mogli być przydatni władzy, którzy umożliwili stosowanie kategorii „prawdy obiecanej” a przez to oddzielenie rzeczywistości [dla nas] od niej samej [przez umieszczenie jej „w niebie idei”]. Dlatego nie jest bynajmniej przypadkiem, że jego pisma zachowały się tak dobrze, zadbano o to. Magicy czasów Platona poszukiwali zapewne „idei i światła prawdy” tak jak dziś inni magicy poszukują „ogólnej teorii wszystkiego”. Zresztą poszukiwanie i stanowienie „idei” dla sprawowania [instrumentalnej] władzy nad ludźmi nie ustało do dziś.

 

światło umysłu

 

171. Pierwszą wielką i do dziś znaczącą teorią prawdy, jaką przekazują nam pisma filozofów europejskich jest teoria Arystotelesa. To już jest rzeczywiście teoria. Zawiera ona sformułowaną explicite definicję prawdy i to nie byle jaką definicję, ale właśnie definicję klasyczną, arystotelejską. Jasno i wyraźnie określoną przez samego Arystotelesa. Powiązana jest także z logiką zajmującą tak poczesne miejsce w dziele Filozofa. Jej istotę wyraża sformułowanie: „prawda jest zgodnością myśli [umysłu] z rzeczywistością”. Ze względu na użycie terminu „zgodność” mówimy o „godnościowych” albo „adekwacyjnych” czy „korespondencyjnych” teoriach prawdy. W dziejach przedmiotu zajmują one ważne miejsce, w różnych postaciach są formułowane do dzisiaj.

172. Przez ponad dwa tysiące lat definicja Arystotelesa była powszechnie stosowana i akceptowana nie budząc zasadniczych wątpliwości i choć była przedmiotem licznych rozważań to jednak pytanie, co by właściwie miała znaczyć nie było często zadawane [jako wyraz zwątpienia czy niezrozumienia]. Jednak obecnie jest ono zadawane i nie tylko zadawane, ale i sama teoria Arystotelesa jest współcześnie tylko jedną z wielu konkurujących między sobą propozycji. Tu pojawia się pewien problem, dlaczego tak późno? Przecież konkurencyjne, rozbudowane teorie prawdy pojawiają się [na większą skalę] dopiero w dziewiętnastym wieku, a obecnie piśmiennictwo tego przedmiotu osiąga ogromne rozmiary.

173. Przyjrzyjmy się pewnej trudności, która dziś wydaje się całkiem naturalna. Oto prawda jest zgodnością myśli z rzeczywistością. Mamy więc dwuelementową relację. Z jednej strony myśli, z drugiej rzeczy [rzeczywistość] a pomiędzy nimi, łącząca je relacja zgodności. Ale jak porównywać myśli z rzeczami? Przecież, w potocznym współcześnie ujęciu, myśli same są jakimiś rzeczami i to takimi, które nie są tymi rzeczami, których „dotyczą”. Jak więc można je porównywać [dla ustalenia zgodności]. Podobnie rzecz się ma, kiedy zamiast myśli wstawimy „umysł”, on też jest przecież jakąś „rzeczą”, jest ujmowany przedmiotowo. Tego rodzaju zastrzeżenia formułowali wyraźnie już Mach i Poincare. Jednak, żeby mogły one być wysunięte, sytuacja musiał odpowiednio się rozwinąć: to, co podmiotowe [myśli, umysł] musiało zacząć funkcjonować w potocznej oczywistości jako szczególny przedmiot, taki sam jak wszystkie inne [skutkiem przeciwstawienia] i jednocześnie nie będący żadnym takim [innym] przedmiotem [negacja]. Jednym słowem musiało dojść do utożsamienia siebie z przedmiotem nie będącym żadnym innym. To właśnie jest pewne sytuacyjne uwarunkowanie umożliwiające pojawienie się takich zastrzeżeń. Ale zastrzeżenia tego rodzaju nie muszą mieć natury wyłącznie sytuacyjnej [błędnej]. Istotnie, jeżeli mielibyśmy stosować definicję Arystotelesa na gruncie będącym dziedziną [kompetentnego] zastosowania relacji co najmniej dwuelementowych, to natrafimy na problemy wskazane przez Macha i Poincare. Będzie ona wtedy wymagała pewnego uszczegółowienia. Dlatego, przyglądając się dziejom krytyki teorii Arystotelesa dobrze jest mieć na uwadze te dwa wyjątki: wątek uwikłania w sytuację negacji i wątek merytoryczny tj. uwzględniający negację, ale respektujący granice tej stosowalności.

174. Inne zastrzeżenia były wysuwane pod adresem były wysuwane pod adresem definicji Arystotelejskiej ze względu na problem kryterialności. Wyjątkowo jasno ujął sprawę Franz Brentano. Początkowo stosował on adekwacyjne kryterium i takąż definicję prawdy. Było to dla niego „naturalne”, jako iż swoje wykształcenie filozoficzne otrzymał studiując scholastyków. Karierę zaczynał przecież jako dominikanin. Następnie, niejako cofając się do źródeł, uzupełnił scholastykę lekturą Arystotelesa. Jednak później właśnie on sformułował pod adresem teorii adekwacyjnej zarzut zajmujący ważne miejsce w dziejach problemu. Oto sąd jest prawdziwy wtedy, gdy odpowiada rzeczy, ale o tym, jak jest rzecz, wiemy tylko wtedy, gdy mamy o niej sąd prawdziwy. Zauważmy, istota tego zarzutu [błędnego koła] polega na uczynieniu sądu jedynym źródłem prawdy, warunkiem koniecznym, nie ona go umożliwia, ale jest niemożliwa bez niego. To jest perspektywa kogoś, kto żyje w rzeczywistości sądów, z nimi się styka i one są dla niego ważne, one są jego podstawowym źródłem wiedzy o prawdzie [rzeczywistości]. To dość częsta kondycja współczesnego „urzędującego” filozofa-intelektualisty. O ile Brentano stosuje swoje zastrzeżenie jako ograniczone do stanu rzeczy, w którym mamy do czynienia wyłącznie [lub przede wszystkim] z sądami, to czyni słusznie. Istotne kryterium adekwacyjne nie nadaje się do stosowania wprost w stosunku do opowieści [sądów] zapośredniczonych, a przecież i z nimi miewamy styczność. W ten sposób wskazuje on pewne granice teorii adekwacyjnych [co jest rzeczywistym osiągnięciem]. Odnośnie sądów Brentano proponuje kryterium specjalne: oczywistość [jasność, naoczność]. Rzeczywiście, jasność [oczywistość] jest prawdą [zaletą] sądów występujących w abstrakcji od przedmiotów [tychże sądów]. Zatem, ograniczywszy pole widzenia do sądów ujmuje on ich prawdziwość jako relację jednoelementową [własność], podobnie jak czynił to Platon w odniesieniu [bezpośrednio] do prawdy. Brentano mówi tu prawdę: jeżeli chodzi o opowieści [zapośredniczone] to jasność [oczywistość] jest ich cnotą kardynalną. Dla każdego, kto ich przytomnie słucha, są one oczywiste [w swojej naturze opowieści] i o tyle są możliwymi formami wyrażania prawdy, o ile są oczywiste. Oczywistość jest prawdą sądów w tym sensie, że o ile są one jasne o tyle mogą być wyrazami prawdy, jest możliwością ich [przedmiotowej] prawdziwości. W naukach przyrodniczych sądy są wyrazami prawdy, są na niej ufundowane dzięki przytomności stanów rzeczy[obserwacji] i dlatego nie mamy  nich do czynienia [istotowo] z problemem Brentano. Jeżeli jednak pojawia się w tych naukach jakaś np. hipoteza, to oczywistość [także oczywistość brentanowska] jest właśnie jej prawdziwością, tzn. określa jej przydatność dla [ewentualnego] wyrażania prawdy. To niemal banalne: hipoteza wtedy warta jest sprawdzenia, gdy widzimy, że może być prawdziwa, że jest możliwą formą opisu pewnej rzeczywistości.

175. Domaganie się kryterium oznacza dwie rzeczy: albo dana teoria prawdy została zastosowana poza naturalnymi granicami jej stosowalności albo mamy do czynienia z żądaniem władzy, instrumentalnego dysponowania prawdą niezależnie od wszelkich kompetencji. Dysponowaniu tylko dzięki dostępowi do pewnej techniki. W pierwszym przypadku mamy sytuację [błędnego] użycia danej teorii, w drugim błąd ustanawiania sytuacji.

176. Powróćmy do Arystotelesa. Kłopoty z jego teorią zaczęły się w momencie, gdy zadano pytanie o kryterium prawdy, kryterium zgodności między umysłem [myślą, przedstawieniem], a rzeczywistością, która nie jest umysłem tak jak umysł [myśl] nie jest rzeczywistością. W tym momencie prawda zaczyna być rozumiana jako relacja [zgodności] pomiędzy dwoma całkiem różnymi obiektami. Takie ujęcie sprawia, że problem kryterialności nie będzie w jego ramach rozstrzygalny z powodu braku możliwości porównywania tego, co właśnie zostało ujęte jako istotowo różne. Nie tylko problem kryterialności staje się niezwykle trudny. Sama definicja traci sens, ponieważ jak można mówić o zgodności dwu całkiem różnych obiektów. Dlatego formuła Arystotelesa przestaje być zrozumiała. Można próbować ratunku tworząc konstrukcje, w których rozum ma jednak coś wspólnego z przedmiotami swego poznania. Najradykalniejszą może próbą tego rodzaju było przedsięwzięcie Berkeley’a i chociaż nie rozwinął on explicite teorii prawdy, to przecież na pewno chodziło mu o jej odnalezienie i teoria taka jasno z jego pism wynika. Skoro wszystko, co rozum poznaje, jest jego ideą [jest w nim zawarte jako percepcja lub wyobrażenie] to zgodność jest zagwarantowana sama przez się. Zagwarantowana, ponieważ nie ma żadnych „materialnych rzeczy, pomiędzy którymi miałaby ta zgodność zachodzić. Wszystko jest więc w porządku, jeżeli tylko rozum sam czegoś nie poplącze, np. wprowadzając „obietnicę” niezależnej rzeczywistości [materialnej czy idealnej i abstrakcyjnej]. Sądzę, że Berkeley spostrzegając, iż „nie widzi czego nie widzi” musiał doznać niemałej ulgi, ponieważ uwalniało go to [dla niego] od uwikłania w sytuację „rzeczywistości obiecanej” wraz z całą dolegliwą problematyką nasuwaną przez teorie prawdy.

177. Jednak dla starożytnych problem kryterium, tak jak my go dzisiaj rozumiemy, po prostu nie istniał, ponieważ wbrew [współczesnym] pozorom definicja Arystotelesa nie była dla nich ustanowieniem relacji dwuelementowej. Ona wyrażała rozum w jego prawomyślności, wyrażała jego podstawową cnotę ujmując [wyrażając] ją jako własność zgodności. Technicznie oznacza to, że definicja Arystotelesa jest pierwotnie określeniem relacji jednoelementowej, możliwej własności rozumu. W powszechnej świadomości rozum nie był jeszcze podówczas przeciwstawiany świat ani też nie był z nim godzony albo utożsamiany, gdyż nie odczuwano powszechnie takiej potrzeby. Nie odczuwano takiej potrzeby i jeżeli nawet ten czy ów wpadał na taki pomysł, to nie uczyniono go jeszcze [kulturowo] obowiązującym.

178. Tym niemniej starożytnie mieli swoje kryterium [takiej] prawdy. Było nim doświadczenie [świadomość] cnoty prawdomówności i prawomyślności. To jest jednak coś tak dalece nieinstrumentalnego i odległego od zaawansowanych technicznie koncepcji współczesnych, że mało kto wie co by to właściwie znaczyć miało. Zresztą czy samo użycie terminu „cnota” w dysertacji o teoriach prawdy nie jest [często] odbierane jako wręcz żenujące [swoją niefachowością]. Jednak to sprawa zasadnicza i pewien warunek, jeżeli ktoś zabiera się do filozofowania będąc odciętym od tych cnót to jedynym, czego można oczekiwać, to wzrost zamętu.

179. Współcześnie, we współczesnej sytuacji władzy, „wadą” doświadczenia cnót rozumu jest jego zasadnicza nieorganizowalność a więc i nieinstrumentalność. Wymóg kompetencji źródłowej, lecz nie technicznej i nie [tylko] erudycyjnej, czegoś, czego nie można „nauczyć się z książki” wydaje się nie mieć nic wspólnego z „naukowością”. Doświadczenie cnoty prawomyślności dostępne jest tylko dla ludzi prawdziwie wolnych i samo jest wynikiem naturalnego rozwoju [przytomności], a ten ma swoje prawa. Wystąpienie przeciw nim jest możliwe, ale pociąga za sobą konsekwencje w postaci uwikłania w [pewną] sytuację.

180. Do tego, aby arystotelejska definicja prawdy stała się niezrozumiała, potrzeba więc było ustanowienia zasadniczego rozdziału świata i człowieka [myśli, umysłu], potrzeba też było, aby znikło doświadczenie cnót rozumu. Współcześnie świat jawi się jako „nieludzki”, taki obraz upowszechniają od najwcześniejszej naszej młodości „spopularyzowane” nauki przyrodnicze. To zresztą długa i osobna historia. Jednym ze wskaźników jej prawdziwości jest właśnie fakt zagubienia istoty starożytnego pojmowania prawdy.

181. Zasadniczo definicja Arystotelesa wyraża prawdę jako własność umysłu, jako jego zgodność z rzeczywistością, ze światem. Taka jest interpretacja tej definicji nie powodująca powstawania trudności wynikających z jej nadużycia. Jednocześnie trzeba pamiętać, że Arystoteles zajmował się logiką i zdawał sobie sprawę z potrzeby dysponowania definicją wyrażającą prawdę jako relację dwuelementową. W szczególności relację pomiędzy mową [zdaniami] a rzeczywistością przedmiotową. Zdawał więc sobie sprawę z potrzeby semantycznego wyrażenia prawdy dla potrzeb teorii wyrażania [logiki]. „Jeżeli mówimy o tym, co istnieje, że nie istnieje, lub o tym, co nie istnieje, że istnieje, to mówimy nieprawdę”. To bardzo wyraźny ogólny warunek prawdziwości mowy, zdań. Jednocześnie do podstawa dla sformułowania ścisłej teorii prawdy jako relacji dwuelementowej pomiędzy językiem a rzeczywistością przedmiotową, której jest [możliwym] wyrazem.

182. Prosta, adekwacyjna definicja prawdy podana przez Arystotelesa określa stany rzeczy, w których umysł [podmiot] wyraża [myślą] rzeczywistość. Zgodność to ostatecznie przytomność [świadomość] rzeczywistości. Cnota pozostawania w harmonii ze światem. Jest lato, a my mówimy: „liść wierzbowy jest ciemnozielony” i to jest prawda będąca wyrazem liścia i naszej z nim zgodności. Jeżeli zajmiemy się jakimś systemem zdań, zwłaszcza takim, w ramach którego stosujemy negację, to on, ten system [jako taki] będzie tym, czego będziemy [być może] świadomi. Będziemy mianowicie świadomi związków pomiędzy zdaniami tego systemu, to one są tym, co dane wraz z nim i co go stanowi, są tym, czym on jest. To się nazywa zgodnością umysłu z systemem zdań. Poszczególne zdania systemu mogą wyrażać prawdę, ale sam system, zgodnie ze swoimi regułami [negacja] nie przesądza czy one coś wyrażają czy tylko są zdaniami tego systemu. Są one możliwymi wyrazami prawdy [zgodności umysłu z rzeczywistością], jeżeli jest coś, co może być tak wyrażone. Zatem ich prawdziwość w odniesieniu do rzeczywistości „pozasystemowej” jest zawsze warunkowa i to należy do natury takiego systemu. Jako taki jest on możliwą formą opowieści. Jednocześnie jednak jest sam czymś, co jest i to, czym jest określają właściwe mu związki pomiędzy jego zdaniami. Dla przytomnego umysłu te związki są tym, co jasne i pewne, on jest im przytomny. Jeżeli zechcemy na gruncie jakiegoś takiego systemu zdefiniować prawdę, to jest to przedsięwzięcie umożliwiane przez zgodność [umysłu] z jego regułami. Ona to umożliwia i dlatego jest podstawą [kompetentnych] przedsięwzięć tego rodzaju. Teoria prawdy, którą otrzymamy na gruncie danego systemu będzie miała swoje wyraźne granice. Po pierwsze będzie oparta na zgodności [umysłu] z systemem. Po drugie będzie warunkowa, będzie mogła być [kompetentnie] stosowana   tylko tam, gdzie może być stosowany system. Taka teoria stanowi pewne szczególne osiągnięcie. Jeżeli stracimy z oczu jej granice [np. warunkowy charakter] to popełnimy błąd i odnajdziemy się w kłopotliwej sytuacji. Najczęstszym błędem jest przedkładanie prawdy [zasad] pewnych „obiegowych logik” nad zgodność z rzeczywistością. W ten sposób to, co jest osiągnięciem świadomości służy do jej ograniczenia. Arystoteles dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Uważał mianowicie, że konieczność i pewność przysługują w matematyce nie tyle poszczególnym twierdzeniom, ile związkom [logicznym] pomiędzy zdaniami. Związkom wyrażanym przez odpowiednie zdania formułowane w trybie warunkowym. Jak widać stosował on konsekwentnie swoją definicję prawdy i umiał się nią przytomnie posługiwać.

183. Charakterystyczna dla epistemologii Arystotelesa bierność, a dokładniej receptywność poznania jest świadectwem jego kompetencji jako obserwatora. Jego ideałem jest bezpośrednia obserwacja [przytomność] nie zakłócająca tego, co obserwowane. Przede wszystkim w tym sensie prawda jest zgodnością [cechą] umysłu, uczestnicząc w rzeczywistości, nie przeciwstawia się jej.

184. Arystoteles ujmuje prawdę jako własność umysłu. Platon jako własność rzeczywistości [idei]. Idealizacja u Arystotelesa jest dokonywana przez abstrakcję np. przy określaniu [characteristica generalis], przy wydobywaniu „obiektów matematycznych” z rzeczy, do których, dzięki temu, matematyka może być potem [w przybliżeniu i warunkowo] stosowana. Idealizacja u Platona przeprowadzana jest przez, przeciwną abstrakcji, konkretyzację. Platon zainteresowany jest przede wszystkim wskazywaniem drogi wyjścia z sytuacji [jaskini], jego żywioł to docieranie do rzeczywistości. Arystoteles pieczołowicie rzeczywistość opisuje. Nie jest mu obcy żaden jej aspekt. Konstruuje nie tylko ontologię opisową, ale zajmuje się także wszystkim, co napotyka, nawet najmniejsze dostrzegalne podówczas organizmy nie są dla niego zbyt małe [nieważne]. To niemal przysłowiowe: Platon i Arystoteles są bardzo bliscy a jednak wydają się dążyć w dwie różne strony. No właśnie, niemal przysłowiowe, a jednak błędne. Platon jest człowiekiem skupionym na pielęgnowaniu świadomości, ponieważ doświadczył jej zawężenia i przez to utraty świata [dla siebie]. Tym co robi jest przede wszystkim pielęgnowanie podstawowych kompetencji. Arystoteles jest człowiekiem zachowującym się jak ten, który te kompetencje osiągnął i stale je pielęgnuje [praktykując uważność]. Nie jest wygnańcem ze świata, to jego świat i on go [radośnie] poznaje, wyraża jego prawdę dla siebie i innych. Prawdziwie jest człowiekiem mogącym zachęcać innych do filozofii jako tej, która daje szczęście. Powiadają, że Platon nienawidził Arystotelesa. Jeżeli tak było, to przyczyną mogła być [resentymentalna] zazdrość o urzeczywistnienie tego, o czym sam marzył. Powiadają, że Platon uważał naukę Arystotelesa za niebezpieczną. Jeżeli to prawda i jeżeli Platon nie był po prostu resentymentalnym zawistnikiem, to miał on, w pewnej mierze, rację. Kompetencją do uprawiania nauki jest świadomość [prawdy], szczególnie zgodność umysłu z rzeczywistością [sprawiająca, że dociera do nas jej światło]. Jeżeli jednak zaczniemy uprawiać zaawansowaną naukę beż tej kompetencji to ograniczymy naszą możliwość widzenia [świadomości] prawdy. Takie uprawianie „nauki” to kultywowanie ciemności jaskini. Bez przesady można powiedzieć: Arystoteles był najlepszym z uczniów Platona, potrafił odnaleźć to, na co wskazywał mistrz [rzeczywistość] i zająć się tym zgodnie z jego naturą. Tak jest niezależnie od wszelkich sytuacyjnych powikłań, możliwych niezgodności i historycznych kłótni.

185. Historia sporu Arystotelizmu z Platonizmem [np. „idealizmu” z „racjonalizmem”] stanowi sporą część historii filozofii. To po części historia „wojen magów” [o władzę], a po części dzieje poszukiwania prawdy jakby zagubionej w skomplikowanej sytuacji władzy. Bez zdawania sobie z tego sprawy trudno zrozumieć rozmaite teorie prawdy. Rozważając je tylko „merytorycznie” tracimy z oczu ich właściwy [sytuacyjny] sens i wtedy trudno mówić o merytoryczności. Stare obrazy pokazują Platona z palcem uniesionym ku górze i Arystotelesa skierowującego palec w dół. Tak przedstawia ich słynny fresk Rafaela. Oto dwaj mędrcy: jeden wskazuje na ziemię a drugi na niebo, obaj są [tu] nieprzytomni [o ile ich wskazania równoznaczne są z pewnymi obietnicami prawdy]. Ale też niejedna kariera zrobiona została przez przyprawianie im tych palców albo stawianie jednego przeciw drugiemu. Także i władzę sprawowano niebo i ziemię, w ich imieniu, obiecując.



Czytaj dalej
poprzednia
   strona

 

                                                      
                                                     Czytaj dalej
                                czytaj dalej