ZAPISKI Z BŁĘKITNYCH RUIN.
OPOWIEŚCI
OPOWIADAJĄCYCH
„Opowiadając
dokonywali rozległych
podbojów”
wprost
97. Jest chłodno
i w trzeźwym świetle poranka wierzbowy liść błyszczy zielenią tu i tam
zblakłą
w jasnożółte plamki. Jaskółki już odleciały, a w
cieniu, na suchych trawach
topnieje odrobina szronu.
z
sąsiedniej wsi
98. Oto z
sąsiedniej wsi przybył do mnie znajomy, bliski i dobry znajomy, z
którym znamy
się od lat i znamy się naprawdę. Opowiada mi o wierzbowym liściu,
który widział
przed chwilą i odrobinie szronu topniejącej na suchych źdźbłach. Ten
liść jest
naszym bliskim znajomym, nieraz słuchaliśmy jego kazań. Słucham i widzę
liść,
opowieść przyjaciela jest formą jego obecności [i nie jest to tylko
„poetycka”
przenośnia, to jest naprawdę przenośnia]. On, ten mój
przyjaciel ma kompetencje
do opowiadania. Są nimi: jego przytomność, żywa pamięć, umiejętność
użycia
[wypowiadania] słów. Ja mam kompetencje do słuchania, to
przytomność, żywa
pamięć [liścia] i umiejętność użycia [słuchania] słów.
Jestem przytomny
opowieści i liść staje się obecny. Jest obecny, jest tam przy drodze,
na swojej
gałęzi, a my, pijąc herbatę, siedzimy sobie w domu. To się nazywa
obecnością
[formalnie] pośrednią [w bezpośredniej opowieści]. Ktoś opowiada nam
coś, co
sam zna, to się także nazywa pierwszym zapośredniczeniem i ono na tym
właśnie
polega.
99. Dobrze znany
przyjaciel opowiada, a ja jestem przytomny jemu i jego opowieści.
Wszystko jest
jasne, ale gdybyśmy zechcieli coś dołożyć [albo ująć] to pojawić się
mogą
kłopoty. Gdybyśmy na przykład zechcieli policzyć żyłki liścia to trudno
nam
będzie to zrobić. W opowieści bowiem, liść obecny jest jak we mgle,
jakby w
pewnym oddaleniu. Kontur może być wyraźny, ale żyłki niełatwo dostrzec
i tak
jest z liściem we mgle: on jest konturem [a miejscem pobytu żyłek jest
nasza
pamięć] i to jest prawda [liścia we mgle]. Jak jest we mgle tak też
jest w
opowieści. W tym sensie mówimy, że opowieść może być
abstrakcyjna tj. może
wyrażać [uobecniać] liść w pewnej mierze, właśnie abstrahując od
pewnych jego
własności.
100. O świcie
liść jest ciemnym konturem na tle nieba, a jego kolory trwają w [mojej]
pamięci. Człowiek przytomny jest przytomny właśnie tego i podobnych
spraw, wie,
że miejscem szczegółów jest pamięć i widzi ciemny
kontur na tle jaśniejącego
nieba. Używając języka negacji możemy powiedzieć: on nie projektuje
treści
swojej pamięci na rzeczywistość i dlatego prawda nie jest dla niego
niczym
ukrytym. Nie projektuje ich w sposób dla rzeczywistości
[prawdy] wiążący,
pamiętając, wie przecież, że ten oto liść ma, niewidoczne we mgle,
nerwy. Wie,
że może je wyczuć dotykiem, ale wie też, że nie muszą tam być. To się
nazywa
świadomością granic wiedzy [opartej] na pamięci i z szacunkiem dla
prawdy
[wolności liścia].
101. Gdybym w
swoim życiu oglądał tylko nagie skały i betonowe miasta, to słuchając
opowieści
przyjaciela byłbym jak ślepiec, a gdybym i ja próbował dalej
o tym opowiadać,
to moja opowieść byłaby jak opowieść ślepca. Kto wie co by [na jej
podstawie
pomyślano] i co by sobie wyobrażano. Nie tylko wyobrażano, ale także
projektowano później na świat, co by przypisywano
rzeczywistości. Łatwo byłoby
bowiem ulec pokusie dołożenia jakiegoś wyobrażenia. Takiego
„dokładania do
prawdy” wystrzegamy się szczególnie w naukach i
dlatego właśnie mówimy, że „nie
ma duchów”.
102. Jeżeli
patrzę na liść jakbym słuchał jego opowieści snutej językiem barw i
kolorów, to
moją kompetencją jest zgodność z tą jego opowieścią [co umożliwia potem
wierne
jej powtórzenie]. To jest moja [mnie] zgodność z liściem.
Jeżeli cokolwiek
dołożę [np. negację czegoś] to pierwotna opowieść nie dotrze do mnie w
postaci
oryginalnej, prawda zostanie [dla mnie i możliwych słuchaczy]
przesłonięta.
Jeżeli chodzi o takie patrzenie na liść, to jest ono pod tym względem
podobne
do słuchania przyjaciela, tu także dołożenie czegokolwiek jest błędem
ze
względu naprawdę [wierność] jego opowieści.
103. Może się
zdarzyć, że ktoś żyje [dla siebie, w swoim doświadczeniu] w świecie
opowieści.
O rzeczywistości o o tym co ważne dowiaduje się z [mniej lub bardziej]
bezpośrednich opowiadań. Taki ktoś traktuje wtedy [za każdym razem]
prawdę
[rzeczywistość] jakby opowiadała, była opowieścią. Taki ktoś żyje w
sytuacji
pierwszego zapośredniczenia.
104. Cnotą
opowieści bezpośredniej jest zgodność z jej źródłem, ona
[zgodność] jest także
kwalifikacją, kompetencją, zarówno opowiadającego jak i
słuchacza. To zgodność
słuchającego z mówiącym, myślącego z przedmiotem myśli,
powtarzającego z
tekstem oryginalnym. W sytuacji pierwszego zapośredniczenia znajdują
się
najczęściej ludzie żyjący w świecie zdominowanym przez ustny i
bezpośredni
przekaz wiedzy [i powinności]. Sytuacja ta może się skomplikować,
jeżeli jest
zarazem sytuacją negacji. Wtedy opowieść jest czymś [radykalnie] innym
od
opowiadającego i od przedmiotu, nie jest jego obecnością, ale tylko
obecnością
słów o nim [cokolwiek miałoby to znaczyć]. Kiedy do
doświadczenia
zapośredniczenia dołączy się negacja, sama zgodność przestaje być czymś
jasnym,
jak [wtedy] można porównywać rzeczy i słowa [myśli]?
z
zamorskich krajów
105. Jestem w
mieście i odwiedza mnie pewien człowiek, który przybył z
daleka, z kontynentu,
który znam [tylko] z mapy. Opowiada mi, że spotkał tam
starca, który
opowiedział mu o lasach obfitujących w drzewa mające liście wielkości
parasoli.
Jestem przytomny mojemu gościowi i jego opowieści. „Liście
wielkości parasoli”,
to zostało powiedziane, mój gość „powiedział co
powiedział” a ja znam drzewa o
liściach wielkości talerza i mam parasol [i takie są, między innymi,
moje
kompetencje jako słuchacza]. To piękna opowieść i może moja wyobraźnia
podsunie
mi obrazy wielkości tych liści, ich rozłożysty kształt, ich głęboki
kolor, ich
skórzastą ustępliwość [jak uszu słonia]. Może wyruszymy na
poszukiwanie tych
drzew. Dopóki jednak jestem przytomny i nie zawężam uwagi na
[wyobrażonym]
kształcie liści, nie będę poszukiwał [tylko] drzewa z liśćmi jak uszy
słonia
[chociaż może właśnie takie rosną w odległym lesie]. Opowieść o
[bezpośredniej]
opowieści: to się nazywa drugie zapośredniczenie.
106. Cnotą
pośrednich opowieści jest ich spójność. Patrzymy czy tworzą
one spójny obraz,
czy jego składniki są zgodne z sobą, jednym słowem, czy jest on
całością. To
nazywamy spójnością wewnętrzną [zapośredniczonej] opowieści.
Patrzymy też czy
to, co słyszeliśmy jest spójne z tym, co już znamy. Może się
z czymś nie
zgadzać [negacja], ale właśnie przez to wpływać na rewizję, zmianę
naszych
wyobrażeń czy wiadomości. To, co spójne ma znaczenie [dla
tego, z czym jest
spójne]. Dlatego mówi się, że relacja
spójności jest bardziej podstawowa od
relacji negacji.
107. W sytuacji
drugiego zapośredniczenia prawda staje się spójnością, tak
jest doświadczana i
to się za nią uważa. Jeżeli egzystujemy w tej sytuacji to
spójność stanowi
także kryterium prawdy i do tego sprowadza się nasze doświadczenie
prawdy w
ograniczeniu do tej sytuacji. Ale drugie zapośredniczenie może
występować w
sytuacji sprzeciwu, negacji czy unicestwienia. Wtedy mamy także
doświadczenie
kłamstwa [przeciwstawianie] albo nawet fałszu [negacja]. Wtedy
kryterium staje
się nam rozpaczliwie potrzebne, przecież podróżnik może
kłamać, opowiadać fałsz
i my sami możemy w tej sytuacji zostać oddaleni od prawdy
zarówno wierząc mu,
jak i nie wierząc [a trzeciej możliwości wtedy nie ma]. W sytuacji
drugiego
zapośredniczenia z negacją opowieści się [po prostu] nie słucha, je się
przyjmuje albo nie, dlatego komentowanie [wartościowanie] tego, co
usłyszane
jest bezwyjątkowym [w tym języku] przymusem. Ale kryteria mają swoje
oparcie w
kompetencji, a ta w drugim zapośredniczeniu jest niewielka [jeżeli
idzie np. o
kształt liści]. Jednak w sytuacji zapośredniczeń z negacją usiłuje się
uczynić
kryteria „teoretyczne” mocniejszymi od ich podstaw
[wydających się czymś
niegodnym uwagi, prostackim i „nienaukowym”]. To
sytuacja nierzadka: pożądać
proceduralnych kryteriów w miejsce kompetencji [to jest:
zamiast przytomności].
108. W istocie
spójność jest słabszą zgodnością. To, co spójne,
może coś dodawać, może coś
ujmować, ale pozostaje w związku z tym, co porusza i w ten
sposób jedno
odpowiada drugiemu. Całość jest zachowywana, nawet jeżeli nie jest
całkiem i
wszędzie zgodną ze sobą całością.
nieznane
źródła
109. Pewnego razu
ktoś opowiadał mi, że jego znajomy przeczytał w pewnej książce, iż ktoś
kiedyś
stwierdził, że języki pewnych ludów zawierają same słowa
pozytywne i nimi
wyłącznie posługują się ci ludzie. Co znaczy, że nie używają nigdy
słowa
będącego odpowiednikiem „nie”. Innym razem
przeczytałem w podstawowym
podręczniku geologii, że ziemia zbudowana jest ze skalnej skorupy,
obfitującej
w krzem [oraz magnez i aluminium], warstwy zwanej płaszczem oraz
ciężkiego,
żelazo-niklowego jądra. Obie te opowieści mają coś [dla mnie]
wspólnego. Ich
stopień zapośredniczenia jest wysoki, gdybym próbował go
wyznaczyć, to
policzenie kolejnych etapów wymagałoby sporej pracy. W
pierwszym przypadku
zapośredniczenie jest przynajmniej częściowo explicite
zawarte w opowieści. W drugim, opowieść milczy o
źródłach, ale przecież ja wiem, że jest to rezultat
interpretacji jakichś
badań, jakichś obserwacji. Istotnie są to obserwacje pewnych
zapisów
sejsmograficznych i one są interpretowane w świetle innych obserwacji
dotyczących masy ziemi i własności fizykalno-chemicznych
różnych substancji.
Opowieść podręcznika to właśnie ta interpretacja: obraz, skondensowany
opis
najlepiej wyrażający dane, którymi dysponujemy i może
najlepszy, na jaki stać
obecnie naszą inteligencję [i wyobraźnię]. O tym wie każdy kompetentny
geolog,
ale źródła te są bardzo odległe [zamglone, niejasne] dla
kogoś, kto po raz
pierwszy styka się z geologią korzystając z podstawowego podręcznika.
110. To
zapośredniczenie jest tak wysokiego stopnia, że źródła
opowieści nie są dla nas
[prosto] dostępne. Jeżeli jesteśmy przytomni to zdajemy sobie jasno
sprawę z
tego prostego faktu. Jeżeli będziemy jakoś tak zapośredniczoną opowieść
wykorzystywać
to pamiętając o granicach naszej kompetencji. Świadomość granic jest tu
kompetencją najważniejszą, a jednocześnie granice nie są
ograniczeniami,
ponieważ możemy je [świadomie] przekraczać. Ograniczenia pojawiają się
wtedy,
kiedy świadomość [odległości źródeł] jest zaburzona. Może
się zdarzyć, że
będziemy myśleli [wierzyli], iż na pewno jest tak jak głosi podręcznik
[opowieść]. Wtedy grożą nam kłopoty, jeżeli zabierzemy się np. za
geologię.
Mając jedno źródło te kłopoty są dwojakiego rodzaju. Po
pierwsze zamknięta
będzie dla nas droga do poszerzania i poprawiania naszej wiedzy o
obrazie
ziemi. Tu widzimy, że ograniczenie świadomości jest zarazem
ograniczeniem
[możliwości] nauki, dość często się z nim spotykamy i zawsze jest dla
poznania
niebezpieczne. Po drugie możemy doznać „oświecenia”
i zacząć zwalczać ten „błąd
i sztywny dogmat nauki”. Lepiej nazywać je dokładniej, nie
„oświeceniem” ale
[oślepiającym] olśnieniem. Oczywiście obraz budowy ziemi nie jest w
geologii
żadnym „dogmatem”, jest czymś prostym, zwykłym,
osiągniętym długą pracą, która
trwa nadal i każde jego poprawienie a nawet [poważna] sugestia
możliwości
takiej poprawy będzie powitana z radością przez wszystkich
przyrodników. Wiemy
z doświadczenia, że okolice nauki zamieszkują pewni osobnicy usiłujący
np.
„obalić” teorię ewolucji, czy teorię względności.
Naprawdę nie ma jednak nic do
obalania, za wyjątkiem może ich nieprzytomnego poglądu na sprawę. Tym
niemniej
jest faktem, że wiele podręczników i opowieści popularnych
prezentuje wiedzę w
sposób dogmatyczny, pielęgnując tym samym nieprzytomność
czytelników; ich
faktyczną ignorancję [jest taka kategoria: głupiec przeuczony]. Ta
faktyczna
dewastacja nauk należy sama do pewnej sytuacji, pomału zmierzamy w
stronę jej
zrozumienia.
111. Nauki są
zaawansowanym wytworem życia, kłopoty [niemerytoryczne problemy] będące
ich
faktycznym udziałem są często tylko odzwierciedleniem tego, co dzieje
się na
poziomach bliższych podstawy życia. Odbiciem i częścią tego, co dzieje
się, jak
to mówimy, „w życiu codziennym”, w
którym, nie gdzie indziej przecież, ma swoje
miejsce i nauka. Ona jest urzeczywistniana w codzienności i do niej
należy.
Otóż życie codzienne jest [bywa] przesycone
mnóstwem opowieści mających bardzo
[dla nas] odległe źródła, zwłaszcza należą tu opowieści o
tym, co dobre i co
złe, a także o tym, czym jest prawda. Często też oczekuje się od nas,
że
zachowamy się tak jakbyśmy byli [źródłowo] kompetentni. Czyż
nie jest to
pielęgnowaniem fałszu i zamieszania? Ponieważ w nauce względnie
starannie dba
się o źródła, to niejednokrotnie staje się ona swoistym refugium dla ludzi wrażliwych a
utrudzonych zamieszaniem życia
codziennego. To [tylko] jedna z dróg prowadzących do
„twierdzy nauki”
zamieszkiwanej przez „roztargnionych
profesorów”.
112. Sytuacja
wysokiego zapośredniczenia to sytuacja nieznanych [odległych]
źródeł. Sytuacja,
w której żyjemy przede wszystkim wśród opowieści
i to nie byle jakich, ale
właśnie bardzo pośrednich, wśród n-tego [n>>2]
stopnia opowieści o
opowieściach. Ponieważ są tak powszechne, to łatwo stają się dla nas
same
źródłami, stają się naszą rzeczywistością, przenikają nas od
dzieciństwa, od
okresu, w którym trudno jest jeszcze samodzielnie
pielęgnować przytomność, ale
jest się, w naturalny sposób, podatnym na nauki. Tak więc
możemy zostać
nauczeni nieświadomości [zawężania przytomności] i wielu podobnych
błędów.
113. Inspiracja,
budzenie wyobrażeń, wywoływanie obrazów, umożliwianie
poszerzania wiedzy; to
jest właściwe użycie zasłyszanych opowieści. I to jest prawda, one
bywają [wielorako]
pożyteczne. Ale jeżeli staną się obowiązujące, wiążące, to może
rozpocząć się
przedsięwzięcie znane jako poszukiwanie kryterium [ich] prawdy.
114. Czytam
fragment starożytnego tekstu, został znaleziony przez
archeologów, a jego autor
nie jest znany nawet z imienia. Tekst został przetłumaczony najpierw na
pewien
język współczesny, a potem na ten, w którym go
czytam, uwagi translatorów nie
zostały zamieszczone. Źródła tej opowieści są gdzieś bardzo
daleko. Jednak
kiedy ją czytam, udaje mi się zrozumieć zawarte w niej wskazanie, oto
odnajduję
coś dla siebie, coś rzeczywiście poznaję. Prawdą jest, że autor tekstu
mógł
wyrażać coś innego, może mamy do czynienia ze zniekształceniem w czasie
translacji, a może współczesne odczytanie [interpretacja]
odległe jest od
pierwotnego. Prawdą jest też, że może właśnie to napisał, co ja
[istotnie]
odczytałem. Tak samo prawdą jest, że to moje odczytanie pozwoliło mi
coś
dostrzec, umożliwiło mi pogłębienie rozumienia. Jeżeli chodzi o
opowieści,
których źródła są odległe, to nazywamy to
[poznawczym] pożytkiem. Na tym polega
korzystanie z takich opowieści. Czytając dawne pisma odnajdujemy ten
sens,
który one nam faktycznie wskazują jako swój sens
najlepszy [dla pielęgnowania
naszej świadomości]. Jesteśmy przytomni tego, że autor mógł
wyrażać coś innego,
może nawet było to coś niezbyt przytomnego. Ale nasze odczytanie może
być
pouczające i dlatego mówi się: „mądry uczy się
[także] od głupiego”. Oczywiście
możemy podejmować wędrówkę do źródeł, możemy np.
zacząć studia historyczne
dotyczące naszego tekstu. Niezależnie od wyniku tych
źródłowych badań pozostaje
prawdą, że opowieść bez ich znajomości także jest dla nas inspirująca.
Ewentualne ograniczenia interpretowania [np. w imię poprawności
historycznej]
jest pewnym pielęgnowaniem głupoty, podobnie jak przedstawianie
swobodnej
interpretacji jako źródłowo [np. historycznie] prawdziwej.
Jest jednak i tak,
że odnajdując to, co opowieść jasno wyraża, stajemy zarazem u jej
źródła. Choć
czas i przestrzeń są wielkie, to ludzie przytomni porozumiewają się
łatwo. W
sytuacji wysokiego zapośredniczenia nie dostrzega się jednak co jest
prawdą,
wtedy, w natłoku opowieści o nieustalonej wartości, prawdą staje się
to, co
przydatne. Przestajemy zwracać uwagę na spójność,
„ostatecznie” liczy się tylko
przydatność [poznawcza] dla nas, to jest prawda i zarazem jej kryterium.
115. W sytuacji
odległych źródeł prawda staje się przydatnością poznawczą,
zgodnie z zasadą
„skoro wieści te są niepewne i niewiadomego pochodzenia to
weźmy te z nich,
które pomogą nam w snuciu naszej opowieści”. Ta
użyteczność ma być najpierw
użytecznością poznawczą [np. jest postulatem predykcji teorii
naukowych], ale w
sytuacji ograniczenia nauka też czemuś [komuś] jest podporządkowana i w
rezultacie prawdziwe staje się to, co służy głównej sile
podporządkowującej,
stanowiącej ograniczenie a wraz z nim całą sytuację oddalenia
źródeł. Prawda
jest bliska i zwyczajna a źródła znajdują się niedaleko, ale
ten, kto ustanawia
i podtrzymuje sytuację zapośredniczenia stara się je oddalić, uczynić
odległymi
i niewiarygodnymi. O tym trzeba pamiętać, można mówić o
mechanizmach sytuacji,
ale każda z nich jest utrzymywana, urzeczywistniana przez ludzi i każda
ma
swoich beneficjantów [doświadczających jej jako korzystnej].
Żadna sytuacja [tak
jak tutaj używam tego terminu] nie jest naturalna i każda wymaga
podtrzymującej
siły do ograniczenia [naturalnej] przytomności.
116. Jeżeli
sytuacja niewiadomych źródeł jest jednocześnie sytuacją
negacji to rzeczywiście
użyteczność staje się ważniejsza od prawdy, zostaje ponad nią
przedłożona i w
tym [sytuacyjnym] sensie staje się prawdą samą niezależnie od tego, co
by
oficjalnie deklarowano. Metaforą sytuacji wysokiego zapośredniczenia
jest
zagubienie w mrocznym lesie. Jeżeli dochodzi negacja to las jest nie
tylko
mroczny, ale i grożący unicestwieniem i liczy się tylko to, co obiecuje
ucieczkę i tylko to ma znaczenie, bowiem w tej sytuacji także znaczenie
staje
się [ostatecznie] tylko przydatnością.
opowieść
kupca
117. Na pewnej
wyspie leżała nadmorska osada. Była nieco oddalona od
głównych szlaków
morskich, więc jej mieszkańcy żyli trochę na odludziu. Nie byli to
ludzie
„światowi”. Przybywszy z odległego kraju, kupiec
opowiadał im o niezwykłym
szczęściu ludzi tam, za morzem żyjących, o ich codziennie niezwykłej
radości,
życiu lekkim, łatwym i pełnym przyjemności. Opowieść całkowicie
pochłonęła
uwagę słuchaczy a na jej zakończenie kupiec objawił, iż szczęście jest
udziałem
mieszkańców zza morza nie bez specjalnej przyczyny. Oto
ludzie tamtejsi zawdzięczają
swoją kondycję noszeniu klejnotów sporządzanych z
kryształów specjalnego
rodzaju. „Mam ich tu kilka” zakończył kupiec
sięgając do swoich bagaży. Finału
nie musimy opowiadać. Tak ustanowiona zostaje sytuacja specjalnego
rodzaju: to
sytuacja zapośredniczenia ustanowiona mocą ulegnięcia pokusie, czyli
mocą
ograniczenia przytomności na do niej i jej pożądania. W tej sytuacji
oddajemy
swoje [prawdziwe] życie. Można w tym sensie powiedzieć, że oddajemy
wszystko z
coś [szczególnego]. Co to znaczy „oddajemy swoje
życie”? To znaczy właśnie
przestajemy być przytomni [swojemu] życiu a wszystko [oto ujęte jako
”coś”]
zostaje czemuś [innemu] podporządkowane. To nie jest [mglista]
metafora, to
prosta prawda. Zawężenie uwagi ustanawia samą kategorię pożądania
[czegoś jakby
było wszystkim lub wszystkiego jakby było czymś] i właśnie z tego
skorzystał
kupiec snując swoją opowieść. On sam jest także mieszkańcem tej samej
sytuacji,
pomimo iż dumny ze swojego sprytu, to przecież używa go do gromadzenia
skarbów,
których pożąda jego serce, do których zawężona
jest jego przytomność. Kiedy
uwaga mieszkańców osady została pochłonięta przez opowieść,
oni sami wchłonęli,
zinternalizowali jego sytuację, stali się kupcami siebie i kupcami dla
siebie.
Starożytni cynicy nazywali bogaczy „nadżebrakami”,
mówili prawdę.
118. Opowieści o
kupcach są malownicze i odznaczają się dosadnością, ale jakkolwiek
spotykamy i
ich, to kuszące bywają nie tylko opowieści handlarzy. W nauce taką
opowieścią
może być np. hipoteza teorii lub metody uniwersalnej, której
znajomość
uwalniałaby od kompetencji źródłowej [przytomności, prawdy].
W sztuce można tak
poszukiwać technik wykonawczych albo rozstrzygnięć kompozycyjnych, ich
znajomość zapewniałaby najbardziej upragniony sukces [zysk]. Nic to
innego jak
poszukiwanie kamienia filozoficznego i o tym mówi nam jego
legenda; pokusy
nauki i techniki mogą być niebezpieczne dla życia [oraz nauki i
techniki], nie
w ten sposób, że zabijają, ale zachowując nazwę i kształty
czynią je czymś
innym [niezgodnym z jego naturą, niemerytorycznym]. Dotąd zajmowaliśmy
się po
prostu prawdą, tym, co ona umożliwia a także formami jej obecności.
Teraz
spotykamy coś, co ustanawia sytuację, coś, co może być użyte do nadania
jej
mocy wiążącej. Opowieść kupca, jej przez niego użycie, to właśnie
użycie takiej
mocy, odtąd, w sytuacji zapośredniczenia i pożądania, moc zajmuje
miejsce
najważniejsze, ona jest tym, co w sytuacji święte i prawdziwe
[„naprawdę
prawdziwe”]. Wiedziano o tym od dawna, a świadectwem tego
jest inna opowieść,
opowieść o wygnaniu z raju. Na początku wąż [szatan] przykuwa uwagę
opowieścią
o nieustalonych źródłach. Opowieść skupia świadomość
słuchaczki na tym, co
przez sam fakt ograniczenia uwagi staje się pożądane:
„będziecie jako bogowie”
i transakcja zostaje dokonana. Jednak faktycznie zostaje kupiona
sytuacja
negacji [symbolizowana przez owoc drzewa wiadomości złego i dobrego].
To należy
do podstawowych adaptacji naszego gatunku i do naszej kondycji: mogąc
się nimi
[adaptacjami] posługiwać swobodnie, musimy [sankcją jest nie przeżycie]
być
świadomi niebezpieczeństw niewłaściwego ich stosowania. Dlatego od
najdawniejszych czasów formułowano stosowne przestrogi.
Każda transakcja
przebiegająca jak w naszej opowieści [117] powtarza i powoduje upadek;
jest
wąż, jest pokusa i [natychmiastowe] skutki [utraty świata dla siebie].
119. W sytuacji
kupca [zapośredniczenia i negacji obowiązujących mocą pożądania] prawda
staje
się tożsama z zyskiem. Jest tu coś interesującego, znam sporo
różnych teorii
prawdy. Współcześnie filozofowie opracowali ich wiele.
Jednak nie znam żadnej
teorii prawdy utożsamiającej prawdę wprost z zyskiem, lub takiej, w
której
stanowiłby on jej kryterium. Chociaż nie znam żadnej takiej
[zasługującej na to
miano] teorii to jednak przekonania tego rodzaju nie należą do
rzadkości.
Zdarzało mi się np. słyszeć zachętę do studiowania [uprawiania nauki]
ujętą w
słowa: „poznawaj to, bo kiedy poznasz, będziesz
mógł dobrze zarabiać”. Słowa te
były wygłaszane z przekonaniem. To przekonanie podporządkowujące naukę
zyskowi,
czyniące z niego jej wartość, a przecież to, co jest wartością nauki
[poznania]
to prawda. Zatem mamy tu przekonanie utożsamiające prawdę z zyskiem,
chociaż
nie ujmujące tego wprost. Zresztą to, co dotyczy zysku, proceduralne
metody,
muszą być strzeżone. Gdyby każdy miał dostęp do klejnotów
znikłby profit kupca.
Dlatego w handlu strzeże się tajemnicy, a w „nauce”
ukrywa recepty na kamień
filozoficzny. Są też inne przyczyny nieobecności „profitowej
teorii prawdy”,
zainteresowanie zyskiem uchodzi za coś nagannego, niestosownego, [bo i
rzeczywiście jego pożądanie jest błędem] a „prawda”
za coś wzniosłego, nie
wypada więc wiązać jednego z drugim. Mówiąc
krótko: „profitowa” teoria prawdy
byłaby towarem, którego nie dałoby się sprzedać, a jako nie
gwarantujący zysku
nie jest też wytwarzany. To spostrzeżenie mówi coś o naszej
sytuacji. Zresztą
„wstydliwość” zysku doskonale sprzyja utrzymywaniu
w cieniu jego spraw, to jest
znakomita adaptacja wewnątrzsytuacyjna. Widać stąd, że jeżeli zysk
zacząłby być
wychwalany, to oznaczałoby, że „kupcy” stracili
swój [sytuacyjny] rozsądek albo
pojawiła się adaptacja skuteczniejsza [np.
„wychwalanie” okazało się
skuteczniejszym kamuflażem] albo też, że sytuacja ulega zmianie,
zaczyna być
organizowana przez inną od pożądania siłę.
120. Oczywiście
można być kupcem, można zajmować się handlem i być przytomnym. To
nazywa się
właśnie kompetencją handlującego. Taki kupiec przybywając do pewnej
miejscowości mówi: „mam różne [np.]
gwoździe i mogę je wam sprzedać, jeżeli
będziecie robić coś, co one ułatwiają czy umożliwiają [coś do czego są
potrzebne]”. Mieszkańcy odpowiadają: „tak,
zamierzamy robić stoły. Jeżeli masz
odpowiednie gwoździe a my dość pieniędzy to je od ciebie
kupimy”. Kupiec
odpowiada: „mam takie gwoździe, na stole nimi połączonym
możecie posadzić dwu
ludzi i przesuwać go od rana do wieczora, a o zachodzie słońca będzie
tak samo
mocny i stabilny jak był rano”. „Takich gwoździ
potrzebujemy” odpowiadają
mieszkańcy i nabywają je płacąc cenę umożliwiającą kupcowi
pielęgnowanie jego sztuki.
Tą sztuką jest pielęgnowanie przytomności, a handel jest jej formą. To
właśnie
nazywamy cnotami kupca: nie wykorzystuje on niekompetencji klienta, ale
je
zwiększa [jeżeli są zbyt małe], zwiększa
także swoje kompetencje [słuchając czego klient potrzebuje]. Zysk jest
dla
niego tym, co umożliwia jego sztukę i jest jej podporządkowany. O takim
kupcu
możemy powiedzieć, że osiąga on prawdziwe zyski, a nie, że pozostaje w
ich mocy
[nieustannie za nimi goniąc]. Krótko mówiąc
osiąga zyski, ponieważ nie sprzedał
swojego życia. Widać tu i to, że jak są kompetencje sprzedającego, tak
są i
kompetencje [cnoty] kupującego [nie próbuje on swojego życia
kupić]. Spotykając
się dla dokonania transakcji mogą je pielęgnować, handel to umożliwia.
opowieść
pirata
121. Zestarzawszy
się pewien pirat postanowił zakosztować spokojniejszego bytu. Zawinął
do
bogatej osady nadbrzeżnej, ale nie spalił jej ani nie ograbił.
Przeciwnie,
ugościł jej mieszkańców [oczywiście, że rumem] i opowiedział
im o krajach,
które odwiedził podczas swego obfitego w przygody życia.
Mówił o dzikich
plemionach okrutnych nomadów morskich, o bestialskich
torturach, krwawych
pożogach i ogromnych okrętach pełnych bezwzględnych żołnierzy
szykujących się
na podbój takich jak ta osad. W miarę jak mówił,
jego twarz stawała się coraz
groźniejsza aż wszyscy słuchacze byli przerażeni. Skupiwszy uwagę na
opowieści
stary pirat przejął ich lękiem przed niewiadomym niebezpieczeństwem
czającym
się za błękitną linią horyzontu. Wtedy zaproponował im ochronę, żądając
w zamian
zapewnienia mu umiarkowanych wygód, do których
przywykł. Nie musiał właściwie
tego robić, przerażeni jego opowieścią i wyglądem mieszkańcy osady i
tak by mu
wszystko oddali. Tym sposobem nasz dzielny pirat ustanowił w osadzie
sytuację
zapośredniczenia, a mocą, której użył było uczestniczenie
jej mieszkańców w
lęku, w jego lęku. Mówię, jego, ponieważ on bał się bardziej
od nich, bał się
nędzy, głodu, długiej i szarej starości zakończonej śmiercią w
zapomnieniu. To
widać, jego lęk był większy [niż lęk mieszkańców osady] i to
jest prawidłowość:
kto posługuje się lękiem ten sam pozostaje w jego mocy często nawet o
tym nie
wiedząc [unicestwienie]. Pirat był dzielny, nie bał się śmierci w
bitwie, bał
się o życie, pirat nie był odważny.
122. To jest
specjalny rodzaj stanowienia sytuacji: przez lęk. Aby jednak pojawił
się lęk
potrzebne jest ustanowienie sytuacji negacji [bądź przeciwieństw]. Obie
te
sytuacje warunkują się nawzajem, [nadużyta] negacja wzmacnia lęk, a lęk
[ograniczając i będąc ograniczeniem świadomości] wzmacnia
[rozpaczliwie]
stosowanie negacji.
123. W sytuacji
zapośredniczenia z lękiem prawda jest tożsama z bezpieczeństwem. Nie
tyle nawet
z bezpieczeństwem, co z zabezpieczeniem. Ona jest tym, co zabezpiecza,
powstrzymuje, neguje czy unicestwia groźbę. Jako negująca to, co nas
neguje
[przynajmniej potencjalnie] jest podwójną negacją,
egzystencjalnie będzie więc
wymagała dużego wysiłku. Wśród znanych mi teorii prawdy nie
znajduję żadnej,
która wprost by o tym mówiła, ale wątek
zabezpieczenia przed [groźnym] błędem
jest właściwy wielu z nich. Także wśród potocznych przekonań
odnajduję takie,
które utożsamiają prawdę z zabezpieczeniem, najczęściej
zabezpieczeniem przed
tym, co nazywa się nędznym życiem i co taką [nieuświadamianą] grozą
napełniało
naszego pirata. Skąd o tym wiem? Wiem o tym ze zdań zasłyszanych i
przeczytanych, były one np. takie: „warto uprawiać naukę, ona
zabezpiecza przed
nędznym życiem”. Znam ludzi zajmujących się np. filozofią, w
pewnej mierze
właśnie z tego powodu, a także studentów podejmujących
naukę, aby zabezpieczyć
się przed mniej lub bardziej uświadamianą groźbą. Groźbą zawartą w
pewnej
opowieści, która nigdy może nie była wprost opowiedziana,
ale jednak przesyca
powietrze kultury. Ta opowieść zawarta jest w pewnym nieuświadamianym
światopoglądzie tej kultury. To oczywiście wywiera wpływ także na tak
zaawansowaną twórczość, jaką jest opracowywanie teorii
prawdy.
124. Jeżeli ktoś
jest przytomny prawdzie to jest spokojny. Będąc spokojnym nie podlega
lękowi,
prawda umożliwia spokój. W tym sensie jest zabezpieczeniem,
ale zabezpieczenie
w sytuacji lęku jest ustanawiane jako coś, co jemu się przeciwstawia,
tak jak
on przeciwstawia się prawdzie [spokojowi]. To właśnie jest błędem
„podwójnego”
zawężenia świadomości i podwójnego wysiłku.
125. Pirat jest
barwną postacią w metaforycznej opowieści, ale spotkałem wielu
uprawiających
to, co należy do istoty jego fachu: stosujących lęk. W istocie pirat
nie bardzo
różni się od kupca, obaj sprzedają ograniczenia i obaj są
ograniczeni. Jeden
posługuje się lękiem drugi pożądaniem. Ale każdemu lękowi towarzyszy
pożądanie
[bezpieczeństwa], a każdemu pożądaniu pewien lęk [przed utratą]
stanowiący jego
cień.
opowieść
władcy
126. W pewnej
wsi, żył człowiek przytomny. Będąc przytomnym potrafił dostrzec
problemy
sąsiadów, a co, ilekroć znaleźli się w kłopocie, wikłając
się w jakąś sytuację,
przychodzili do niego i prosili o radę, której im udzielał.
Potrafił wskazać im
prawdę a oni potrafili ją [dla siebie] odnaleźć. W tej [szczęśliwej]
wsi
kłopoty nie trwały długo. Dlatego jej mieszkańcy szanowali mądrego
sąsiada,
przychodzili do niego ze swoimi sporami [jakby był sędzią] i prosili go
o
polecenia [jakby był zarządcą]. Kłaniali mu się z [naturalnym]
szacunkiem
[jakby był kimś dostojnym], a także dbali o jego potrzeby, aby
mógł pielęgnować
swoje, tak cenne dla nich, zdolności. Człowiek ten panował w swojej
wsi, ale
tym, nad czym panował nie byli ludzie, on panował nad [możliwymi]
sytuacjami,
on miał kompetencje panującego, a oni mieli kompetencje słuchających [i
to są
warunki panowania pozostającego w swoich granicach]. Cóż
może być
naturalniejszego, a jednak, choć tak naturalna i prosta opowieść ta
należy do
legend złotego wieku. Wydaje się odległa, zdaje się zupełnie
niewiarygodna,
jest wskazywana jako niebezpieczna [utopia]. Komu wydaje się odległa?
Kto [nie
mogąc znieść widoku możliwego szczęścia] odrzuca ją jako niewiarygodną?
Dla
kogo i dlaczego jest niebezpieczna, a nawet nienawistna? Dlaczego nawet
słuchając jej można doświadczać sprzeciwu, [ukrytego] lęku albo pogardy
[dla
tak naiwnego bredzenia]. Te wszystkie sprawy mają dla nas znaczenie,
bez ich
zrozumienia trudno zrozumieć różne sytuacje, w
których mówi się „to prawda”.
127. Do wsi, w
której mieszkał nasz człowiek przytomny, przybył pewien
wędrowiec. Trochę
kupiec, trochę pirat, podległy w niemniejszym stopniu lękowi co
pożądaniu i
umiejący się nimi posługiwać. Zobaczył szacunek, który
wzbudzał mędrzec,
zobaczył składane mu dary, posłuszeństwo sąsiadów. Zobaczył
więc to, co mógł
zobaczyć: zyski, bezpieczeństwo i władzę [nad ludźmi]. Takie widzenie
było
wszak naturalne dla kogoś w jego sytuacji [zawężenia uwagi]. Widząc to
wszystko, ale nie będąc świadomym przyczyn, pomyślał, że mędrzec
dysponuje
mocą, której używa do władania ludźmi. Gdyby mu ktoś
powiedział, że mędrzec nie
dysponuje mocą, ale jest mocny [i dlatego może dawać oparcie innym] to
w ogóle
nie wiedziałby, o co chodzi. Przecież, dla niego, być mocnym czy mieć
moc na
swoje usługi to jedno i to samo. Nawet o swoim ciele mówił,
że je ma i był w
chorobie niezadowolony jakby z buntu służącego albo zawodności
narzędzia
[przedmiotu]. Los chciał, że wkrótce po przybyciu wędrowca
mędrzec zmarł. Wtedy
wędrowiec osiadł na stałe we wsi i dał do zrozumienia mieszkańcom, że
on także
jest mędrcem, a niektórzy z nich mu uwierzyli.
Zdarzyło się więc, że
przyszło do niego dwóch spierających się, aby
pomógł znaleźć im wyjście z ich
kłopotliwej sytuacji. Ponieważ był sprawny w rozumowaniach, podał im
rozwiązanie, ale takie, że choć nie było ono zadowalające [nadal
pozostawali w
swojej sytuacji] to jednak nie potrafili już nic powiedzieć. Odeszli
skłóceni
jak na początku, ale twierdząc, iż zostali pogodzeni. Z czasem ich
wzajemna
złość, nie mogąc znaleźć ujścia, przerodziła się w nienawiść: cichą i
morderczą. Zaraz na początku, wędrowiec zwołał wszystkich
mieszkańców wsi i
opowiadał im o odległych krajach, opowieść jego była opowieścią pirata
i kupca
zarazem. Mówił o tym, co straszne i o tym, co pożądane i w
ten sposób uwiódł
uwagę słuchaczy aż zaczęli się bać i pożądać. Zapragnęli
łupów z grabieży i
zysków z handlu, przerazili się nadciągających
nieprzyjaciół i jedynym ich
pragnieniem stało się posiadanie mocy. Zaczęli bowiem
„rozumieć”, że brak mocy
jest jednoznaczny z unicestwieniem. Pragnęli jej więc z całą siłą
rozpaczy i
wszystko czynili jej narzędziem; język, mądrość, prawda stały się o
tyle tylko
usprawiedliwione o ile dawały moc [władzę]. Usprawiedliwione, ponieważ
przed
władcą nikt nie był bez winy i kto nie usprawiedliwiał się
permanentnie, ten
był tracony. W ten sposób wędrowiec uwikłał
mieszkańców wsi w swoją sytuację.
Uczyniwszy to został ich władcą, a następnie panem wielkiego imperium,
słynnym
z bezwzględności i sprawności w rządzeniu. Wszyscy zostali mniej lub
bardziej
uwikłani w sytuację władzy, pragnęli mocy, a siebie i innych traktowali
jak
przedmioty [władzy], kiedy we wsi zamieszkał znowu człowiek przytomny
to nikt
nie miał czasu, aby go zauważyć. Uważano go za niemoralnego, ponieważ
nie
uczestniczył w wielkich przedsięwzięciach i miał swój czas
dla siebie. Będąc
przytomnym, człowiek ten ukrył swoje światło [zdolności] i nikt nie był
w
stanie go rozpoznać. Zresztą wieś była już wielką stolicą.
128. Opowieści o
władcach i władzy nie mają końca, ponieważ przyjmuje ona niezliczone
formy i
może dla swych celów wykorzystać [prawie] wszystko. Ale to,
co przez nią
wykorzystywane, używane jest poza swoimi naturalnymi granicami, jest
czymś
innym niż może [i ma] się wydawać. Sytuacje: wyrażania,
rozróżniania,
sprzeciwu, negacji, unicestwiania, zapośredniczeń, kulminują i
spotykają się w
sytuacji władzy.
129. Istotę
sytuacji władzy stanowi postrzeganie przede wszystkim siebie, a także
innych
ludzi jako przedmiotów, które o ile nie są
[całkowicie] w jej [władzy] mocy, o
tyle są nieznośne, niedopuszczalne, ponieważ grożą [w domniemaniu
władcy]
unicestwieniem. Oczywiście traktowanie i doświadczanie innych jako
przedmiotów
ma swoje źródło w tym, że uczestnik władzy sam uważa się za
przedmiot.
Rzeczywiście, władza „świadomie” ma się za
człowieka [jedynego] ale jego
faktycznym, unicestwianym przeświadczeniem jest właśnie to, że jest
przedmiotem. Dlatego dąży do uwikłania wszystkich w swoją sytuację i
zajęcia w
jej ramach miejsca uprzywilejowanego, pierwszego, najważniejszego
[przedmiotu].
Nędza [kondycji] niewolników jest tylko odzwierciedleniem
nędzy [kondycji] ich
pana; kogoś, kto doświadczyłby nieszczęścia, nie mając w swojej mocy
innych.
Niewolnik, o ile nim jest w sensie egzystencjalnym, ma tylko jedno
marzenie:
zostać nadzorcą [panem] niewolników. Wszystko to jest
skutkiem zawężenia
świadomości i dlatego też nieświadomość jest w sytuacji władzy
pielęgnowana, a
świadomość, prawda wydaje się [władzy] koszmarem z najgorszego snu.
13. Sytuacja
władzy wcale nie wymaga istnienia tyrana z bajki. W istocie, taki tyran
jest
bardzo nietrwałą formą władzy. Tyranie nie trwają długo. Wszystko, co
widoczne,
nie trwa długo w sytuacji władzy. Dlatego najbardziej zaawansowane
sytuacje
władzy oferują ją wszystkim. W ten sposób każdy staje się
„władcą”, przede
wszystkim własnym, a więc i własnym niewolnikiem, podczas gdy władza,
jej
mechanizm, pozostaje poza horyzontem [świadomości]. Tym sposobem
rozwiązuje się
stary problem: „kto będzie pilnował pilnujących”,
to się nazywa internalizacją
[powszechnej] władzy. Mamy tu pewną autonomizację mechanizmu sytuacji,
zapewne
są też uprzywilejowani beneficjanci. Istnienie autonomicznego
[niezależnego od
kontroli świadomej] mechanizmu i grup beneficjantów znajduje
odzwierciedlenie w
tzw. „teoriach spiskowych”, one także uczestniczą w
sytuacji władzy [będąc
narzędziami walki o nią]. Zautonomizowany mechanizm władzy utrzymujący
sytuację
to coś w rodzaju demona [kompleksu autonomicznego] w rozumieniu
psychologii,
lecz realizującego się także w historii. „Duch
dziejów” tak trafnie opisany
przez Hegla jest właśnie takim demonem. Najlepiej rozpoznajemy to po
jego
dialektyczności oraz po tym, że posługuje się chętni nieświadomością,
jest po
Heglowsku „chytry”, uczestnicy historii dążąc do
zaspokojenia swoich celów
budują swoje własne ograniczenia i tak wznoszony jest gmach
dziejów
powszechnych. Ten demon mechanizmu władzy jest pewną realnością, ale
kto jest
przytomny, ten traktując go poważnie bynajmniej go nie demonizuje. W
istocie,
żaden mechanizm nie działa sam, to my udzielamy mu siły i obracamy jego
tryby
poświęciwszy część swojej uwagi temu, co ją uwiodło: pokusie mocy. Od
kilku
tysięcy lat używano mówiąc o tych sprawach metafory demona,
aż i ona uległa
zdemonizowaniu i została policzona pomiędzy narzędzia przymusu [np.
kościołów
straszących piekielnym diabelstwem].
131. Oto wszyscy
uczestniczą [w jakimś stopniu] we władzy, wszyscy, tak czy inaczej do
niej
aspirują. Wszystko też może służyć władaniu, każda profesja jest ważna
o tyle,
o ile jej uprawianie daje możliwość uczestniczenia w mocy, dysponowania
nią. W
szczególności nauka prezentowana jest jako źródło
mocy ostatecznej. Trybunał,
od którego nie ma odwołania, Edmund Husserl napisał, że :
„jej ustalenia
zamknięte są na pieczęć wieczności”. Każda władza aspiruje do
tego by być
„naukowo uzasadnioną”, ponieważ dla każdej ideałem
jest nadanie stanowionym
przez nią prawom statusu równego prawom natury. Widzimy to
zarówno w polityce
wielkoskalowej chętnie powołującej się na
„konieczność” [np. dziejową albo
ekonomiczną] jak i w życiu codziennym. Prawie każdy nakaz, zakaz,
postulat
kierowany do kogokolwiek [dziecka, kolegi, współpracownika,
itp.] w jakiś
sposób odwołuje się do mocy nauki. „Pij
mleko” oznacza „pij mleko, ponieważ
badania wykazały, że to zdrowe” [jednocześnie zdrowie jest nakazane,
np.
jako „dobro”]. Ten obraz jest tak w naszej kulturze
utrwalony, że mając pewną
praktykę naukową często z trudem rozumiemy, o czym mówią
niektórzy dziennikarze
czy metodolodzy, kiedy zaczynają rozprawiać o nauce. Oczywiście nauka,
jako
szczególna forma pielęgnowania przytomności, kompetencji,
gromadzenia dostępnej
wiedzy, jest mocna, ale nie jest mocą. To znaczy nie jest mocą,
która mogłaby
być [bezkarnie] używana w celach pozamerytorycznych, w
szczególności do
ograniczania uwagi [przez uwodzenie mocą]. Jednak, nauka uczestnicząc
we władzy
właśnie tak bywa używana i staje się wtedy narzędziem korumpowania
umysłów,
stanowienia sytuacji egzystencjalnej. Dlatego także wielu
spośród tych, którzy
się nią [oficjalnie] zajmują zainteresowanych jest raczej prestiżem,
zyskiem,
czy możliwością wypowiadania apodyktycznych sądów niż
poznaniem prawdy. Nie
znaczy to, żeby oni całkiem nic w nauce nie robili, ale że oni
przedkładają w
jakimś stopniu moc ponad naukę [prawdę] i w tym stopniu uczestniczą w
stanowieniu sytuacji, sprzeciwiającej się samej istocie nauki
[poznania]. Wiem
o tym dobrze, ponieważ sam, w młodości, chciałem dowieść pewnego
twierdzenia,
ze względów najzupełniej pozamerytorycznych, na szczęście
nic z tego nie
wyszło, [bo i nie mogło, ta rzecz wymagała pełnej uwagi] pomimo
wielkiego
napięcia i niemałej pracy.
132. W sytuacji
władzy tworzone jest także to, co nazywamy teoriami prawdy. Oczywiście
nie
wszystkie te teorie powstają jako skutki takiego uwikłania, ale po
pierwsze:
każda taka teoria może być w sytuację władzy uwikłana, a po drugie,
wiele z
nich jest tak uwikłanych już w swoich początkach. Dlatego nie można ich
w pełni
zrozumieć nie będąc świadomym tych początków. One wyrażają
sytuację, w której
powstały, ale same jej nie opisują, dlatego chcąc je pojąć, chcąc
odnaleźć ich
granice, nie możemy ograniczać się tylko do tego, co wedle nich [czy
ich
„oficjalnego wykładu”] merytoryczne.
133. Oto
społeczność władców, na pół piratów,
na pół kupców owładniętych pożądaniem
mocy, z którego nie zdają sobie sprawy [przyznanie się do
tego choćby przed
sobą byłoby niebezpieczne]. Prawda jest dla nich o tyle ważna o ile
może być
użyta do sankcjonowania ich ustanowień. O tyle o ile jest przydatna
jako
narzędzie. O tyle o ile sama pozostaje w ich dyspozycji, aby się nią
mogli
„swobodnie” posługiwać. Do tego służą właśnie
[pewne] teorie prawdy i [pewne]
pielęgnowane przekonania nie znajdujące teoretycznego wyrazu [gdyż nie
powinny
być w ogóle formułowane: wtedy można by je zobaczyć]. W
sytuacji władzy prawda
sama jest pewnym przedmiotem [własnością, statystyką itp.],
który ma prawo bytu
tzn. jest znośny i przydatny tylko wtedy, kiedy pozostaje w dyspozycji
władzy.
Poszukiwanie prawdy, jako czegoś tak uwikłanego staje się, skutkiem
tego
[błędu] uwikłania, czymś trudnym, rozpaczliwie trudnym, czymś, co samo
owocuje
pewnym zamętem. Ale właśnie o ten zamęt tu chodzi. Jeżeli zdarzyło Ci
się
Szanowny Czytelniku poszukiwać np. definicji prawdy, jeżeli
próbowałeś ją z
wielkim przejęciem jakoś uchwycić, tak żeby rozstrzygnąć, czym jest a
czym nie
jest i już więcej o tej sprawie nie myśleć, to wiedz, że znajdowałeś
się
właśnie w sytuacji władzy. Pragnąłeś ten problem po prostu
„załatwić”, może
Twoje wysiłki pozwoliły Ci opuścić tę sytuację, a może tylko bardziej
Cię w
niej pogrążyły. Zdając sobie sprawę z takich usiłowań widzimy, że
termin
„sytuacja władzy” oznacza rzeczywiście sytuację
egzystencjalną, tu nie chodzi
[tylko] o „wielką” politykę czy o naszego
bezpośredniego przełożonego, tu idzie
o nasze, bezpośrednio nasze życie. Wielka polityka, oficjalne
struktury,
hierarchie i stanowione [tak czy inaczej] prawa są tylko skutkami
sytuacji
egzystencjalnej ludzi. Oczywiście skoro zostaną ustanowione to same
zaczynają
na tę sytuację wpływać.
134. Władza
posługuje się zapośredniczonymi opowieściami o odległych
źródłach, ale
[zawężając do nich uwagę] sprawia, że traktowane są jakby bezpośrednio
nas
dotyczyły. Przejmowanie się nimi jest przez władzę nakazywane,
zachowanie
spokoju uchodzi wobec nich za niemoralne. Uczestnicy tej sytuacji mają
za swój
[„święty”] obowiązek wymuszanie na sobie takiego
traktowania opowieści,
przejmowania się nimi. W ten sposób każdy zaczyna w końcu
dźwigać na sobie
ciężar całego świata, ciężar, który sam jest [tylko]
ustanowionym ciężarem.
Wszystko ma się odbywać w imię np. „dobra
ludzkości” albo „[jedynie] słusznych
zasad”. Pisma są pełne rozważań o prawdzie, pięknu i dobru
ostatecznym, a
[pochwalane i nagradzane] wpatrzenie w te wspaniałe przedmioty sprawia,
że
traci się z oczu to, co je umożliwia, same ich codzienne podstawy.
Obrazem tej
sytuacji jest człowiek tak wpatrzony w horyzont, że nie zauważa
niewielkich,
ale bliskich kamieni, o które się potyka, dążąc do wielkich
i odległych gór w
znacznej części będących wytworem jego zmęczonych wytrzeszczaniem oczu.
Upadając
sądzi on, że to dlatego, iż nie widzi jeszcze tych wspaniałości dość
dobrze, że
jest jeszcze „niedoskonały”. Dlatego stara mądrość
powiada: „ludzie nie
potykają się o góry, ale o kamienie”. Kiedy tak
się patrzy sama rzeczywistość
[prawda] staje się czymś obiecanym. Istotnie w tej sytuacji
rzeczywistość jest
obietnicą władzy. Jest nie tylko obiecana, dążenie do niej jest
nakazem. Prawda
to coś obiecanego i powinnego, a skoro tak, to w sytuacji władzy,
przestaje ona
dawać nam oparcie. Obietnica prawdy jest bowiem metodą odcięcia od
niej,
odcięcia od zwyczajnej, zawsze obecnej podstawy, gruntu umożliwiającego
wszelkie życie, włącznie z życiem władców. Obietnica prawdy
jest formułą
wygnania z [prawdziwego] świata. Obietnica ta składana jest w imię
mocy: „będziecie
jako bogowie”, w naszych czasach obietnica ta składana jest
często w imieniu
nauk jakkolwiek im samym jest [istotowo] najzupełniej obca. Jest obca,
ponieważ
nauki [istotowo] same opierają się na prawdzie, pielęgnują jej
przytomność.
Nawet najosobliwsze [dla postronnych] ich opowieści są w naukach
ugruntowane o
tyle, o ile opierają się na tym, co najbliższe i o ile do tego wracają.
Możemy
to wyrazić bardzo prosto, możemy powiedzieć, że władza jest wrogiem
nauki w
samej jej istocie, ponieważ to, na czym się opierają [prawdę] czyni
czymś, do
czego nauki mają dotrzeć swoją „mocą”
[którą właśnie przez to tracą]. Tak
zaczyna się poszukiwanie mocy nauki, upatrywanej np. w ścisłości. Jest
to
jednak zadanie nie rokujące powodzenia gdyż ścisłość będąca zaletą
wyrażania
prawdy nie może jej zastąpić ani nawet być pielęgnowana bez
przytomności.
Władza jest wrogiem nauki a nauki uwikłane we władzę nie są prawdziwymi
naukami
[błądzą i to metodycznie błądzą].
135. Oderwanie od
podstaw np. przez złożenie obietnicy rzeczywistości, jest warunkiem i
celem
władzy. Ci, którzy nie mają podstaw, autentycznego kontaktu
z własnym życiem,
dają sobą powodować bardzo łatwo, wystarczy obiecać zaspokojenie,
którego tak
bardzo brakuje. Takie oderwanie od podstaw może być realizowane np.
przez
odcięcie od [naturalnych] potrzeb. Istotnie nie będzie przesadą
powiedzieć, że
Imperium Brytyjskie było budowane w znacznej mierze na frustracji
popędu
seksualnego poddanych Korony.
136. Człowiek,
który się spieszy jest miły władzy. Także ten,
który [sam] się męczy i
[niepotrzebnie] wysila. Dlatego w tej sytuacji cierpienie staje się
cnotą.
Niejeden znajduje powód do dumy w fakcie, iż coś z wielkim
mozołem okupił. Taki
ktoś jest władcą dla samego siebie i o to tu chodzi. Teorie prawdy
budowane w
pośpiesznym dążeniu do niej, jakby była czymś, co dopiero trzeba
osiągnąć, są
prawdziwymi wyrazami sytuacji władzy. Ale i to prawda: w sytuacji
władzy prawdę
uczyniono czymś, co [dopiero] ma być osiągane. Także to nazywam
uwikłaniem w
sytuację władzy: człowiek męcząc się czyni się sobie miłym,
usprawiedliwionym i
odnajduje powód do wywyższenia [ponad innych ludzi], a
jeżeli tego nie uczyni
to staje się sobie nienawistny [doświadczając
„wyrzutów sumienia”].
137. Człowiek
spokojny jest władzy nienawistny, jest jej zgorszeniem. Ma on, bowiem
swoją moc
w sobie i nie podlega [instrumentalnemu] zarządzaniu. Władza boi się
takich
ludzi, ponieważ nie ma zaufania do niczego , co nie jest [całkowicie] w
jej
mocy, ona musi wszystko kontrolować. Teorie prawdy, które ją
wyrażają, powstają
w spokoju i są zwyczajne, a uczestnicy sytuacji władzy nie są nawet w
stanie
ich dostrzec [jako prawdziwych teorii]. Człowiek mądry może biec
[szybko] albo
przechadzać się [powoli], w obu przypadkach pozostaje spokojny
[świadomy].
138. Prawda
obiecana, pożądana, nakazana, nie jest prawdziwą prawdą. Żeby mogła być
obiecana nie może być [powszechnie dostępna]. Żeby mogła być pożądana
musi być
[przykuwającą uwagę] rewelacją, mocą i wybawieniem z sytuacji
cierpienia, w
którą wikła jej obietnica. Żeby mogła być nakazana musi być
„teoretycznie
uzasadniona”. Wielce Szanowny Czytelniku, jeżeli zdarzyło Ci
się wytrzeszczać
[do bólu] oczy , kiedy patrzyłeś na wierzbowy liść
[rzeczywistość], a jednak
nie doznawałeś zaspokojenia, to wiedz, że byłeś uwikłany w sytuację
władzy,
chciałeś nie zobaczyć liść, ale oczekiwałeś rewelacji [choćby pod
mianem
zwyczajności] i ziszczenia „cudownej obietnicy”.
Sam doświadczałem tego
wielokrotnie i czyniło to moje życie bardzo uciążliwym, a moje
obserwacje
przyrodnicze nużącymi i niewiele wartymi. Tu możemy zobaczyć jak
głęboko sięgać
może to, co nazywam sytuacją władzy, możemy zobaczyć zasięg tej
sytuacji.
Przykładem może być „rozegzaltowany poeta”,
który patrząc na liść oczekuje nie
wiedzieć jakich uniesień, jego dzieło tylko przez mdłą litość może być
nazwane
„poezją” nawet jeżeli słowo to umieścimy w
cudzysłowie. Inny przykład to
„badacz” oczekujący „rewelacyjnych
odkryć” tyle, że zamiast „poezji” mamy
wtedy
„naukę”.
139. Prawda
obiecana jest nakazana, ale prawda jest zakazana: „zabrania
się rzeczywistego
oparcia” głosi napis na każdym pałacu. To my jesteśmy prawdą
i oparciem,
sprawiamy, że wschodzą zasiewy i po nocy następuje dzień starają się
głosić
dysponenci władzy. Najczęstszą formą zakazu prawdy jest pielęgnowanie
przeświadczenia
o bezwartościowości tego, co proste i zwyczajne. Okazuje się wtedy, że
np.
„same fakty są dla nauki pozbawione znaczenia, dopiero
odpowiednia teoria może
im nadać rzeczywistą wartość”. Tak właśnie przedkłada się
wyraz prawdy ponad
nią samą, a wszystko to jest błędem władców [nazywających
się z upodobaniem
„ludźmi nauki”].
140. Prawda
obiecana, oczekiwana, ma to do siebie, że niejako z góry
wiadomo, jaka ma być.
Oczywiście to nie jest zadane wprost, ale w przeświadczeniach
konstytuujących
oczekiwanie. Oczekuje się , że ona pewne sprawy załatwi, np. uzasadni i
rozwinie pewien obraz świata zawarty w naszych przeświadczeniach
[wyobrażeniach]. Kiedy napotykamy opór, kiedy prawda
„nie chce być wygodna”
pojawia się doświadczenie trudności [np. teoretycznych] i pożądanie
ulega
wzmocnieniu. W ten sposób wyobrażenia prawdy stają się
przeszkodami [w jej
uświadamianiu]. Istotnie nic bardziej nie przeszkadza w życiu
[przytomności]
jak przedkładanie wyobrażeń nad rzeczywistość. Takie postępowanie jest
błędem w
nauce, błędem [wiążących] założeń poprzedzających obserwację. Byłby to
zwykły
truizm, gdyby nie fakt, że jest to zjawisko tak częste, iż
niektóry teoretycy
są przekonani, że ani człowiek ani nauka [co za
rozróżnienie] nie mogą
funkcjonować bez nich, nie mogą opierać się po prostu i bezpośrednio na
prawdzie [rzeczywistości]. W ten sposób także
„teorie prawdy” stają się kwestią
założeń [pełniących funkcję jakby protez ugruntowania i tyleż
przydatnych, tzn.
w przypadku nierozpoznania].
141. W sytuacji
władzy teorie prawdy mają prawo bytu o tyle o ile czynią ją
dyspozycyjną, o
tyle o ile oddają ją w moc teorii. Teorie nie są takimi czy innymi
opisami. One
mają rzecz ujmować, czynić ją faktyczną własnością tych,
którzy się nimi umieją
posługiwać. Czyż nie jest to zawłaszczaniem prawdy, usiłowaniem jej
zrabowania.
Osobiście znam pewnego człowiek, który zetknąwszy się
zawodowo z logiką i
teoriami prawdy skłonny jest odmawiać „dyletantom”
wszelkiego prawa do
orzekania prawdziwości [napisałbym „wyrażania
prawdy” gdyby nie to, że termin
ten jest dla mojego znajomego „zupełnie pozbawiony
znaczenia”]. Pokusa władzy
to przede wszystkim pokusa zawłaszczenia rzeczywistości [prawdy]
ugruntowana w
przekonaniu, że jednak nie jest ona naszą rzeczywistością.
142. Jeżeli chodzi
o władzę to prawda jest [ma być] jej legitymacją, uzasadnieniem to
znaczy ma
być możliwością użycia mocy, jej istotą. Kiedy władca [np. ktoś sam
sobie]
powiada „to prawda” wtedy wiadomo, że nie ma już
odwołania: tak musi być.
Prawda jest mocą i przemocą [bo to właściwy dla władzy rodzaj mocy]. W
tym
sensie prawda to władza, ponieważ mieć prawdę to tyle, co mieć prawo [i
tym
samym władzę]. To właśnie jest istota teorii prawdy w sytuacji władzy.
Jej
kryterium stanowi moc, instrumentalna moc, której moglibyśmy
używać niezależnie
od naszej świadomości, uważności, kompetencji. Jest rzeczą
interesującą, że
pośród bardziej znanych teorii prawdy nie odnajdujemy żadnej
wiążącej jej
bezpośrednio z mocą, utożsamiającej ze źródłem władzy.
Chociaż nie ma takiej
teorii to jednak jest takie rozpowszechnione przekonanie. Czyż nauk nie
reklamuje się jako źródła potęgi przedkładając w ten
sposób nad prawdę to, co
ona umożliwia? A to właśnie jest błędem w nauce.
143. Wśród wielu
znanych mi teorii prawdy nie odnajduję żadnej, która wprost
ujmowałaby prawdę
jako władzę a moc miała za jej kryterium. Choć nie odnajduję takiej
teorii to
wiele teorii jest tak właśnie używanych. To, że nie ma takiej
[opracowanej]
teorii świadczy właśnie o uwikłaniu środowisk opracowujących teorie w
sytuację
władzy, bowiem ona [sytuacja] strzeże swoich tajemnic. Przecież taka, explicite sformułowana teoria, byłaby
czymś „niestosownym” [uwewnętrznienie zakazu],
wulgarnym, prostackim. Można
całe życie rozprawiać o Prawdzie, ale
sprawy mocy [każącej pisać ją z wielkiej litery] są żenująco
„niskie” [ponieważ
o nie chodzi]. To jest fakt, nauki naszej kultury są w jakimś stopniu
skorumpowane przez władzę. Skorumpowane w sensie egzystencjalnym
[uczestniczenia w przeświadczeniach sytuacyjnych] a niekiedy i w
najbanalniejszym
sensie tego słowa. To jest interesujące zadanie badawcze: zbadać, w
jakim
stopniu ma to faktycznie miejsce.
144. Tylko jeden
spośród znanych mi filozofów wyraża te sprawy
wprost. Jest nim Fryderyk
Nietzsche. Co prawda nie opracował on teorii w rozumieniu
rygorystycznej
metodologii ale też nie o to chodzi. Zresztą zrobił on więcej; dał
podstawy
wielu takim [możliwym] teoriom. Nietzsche pisze o prawdzie jako mocy,
jako sile
umożliwiającej życie [i przeżycie]. Istotnie, prawda daje oparcie, a
dając
oparcie daje też [naturalną] siłę. O ile jednak Nietzsche utożsamia
[instrumentalną] moc z prawdą [do czego wydaje się mieć niekiedy pewną
skłonność] o tyle daje wyraz właśnie sytuacji władzy. Sytuacji,
której był w
wysokim stopniu świadomy. Oczywiście władza zrobiła natychmiast jedyną
rzecz,
którą mogła zrobić. Zawłaszczyła opowieść Nietzschego
czyniąc z niej ideologię
albo oskarżając go, że sam jest ideologiem [co na jedno wychodzi],
ideologiem
wrogiego obozu. Wychodzi na jedno, ponieważ fałszywie wychwalana czy
pogardzana
filozofia Nietzschego uwikłana zostaje w sytuację władzy.
145. Pewien tyran
był władcą rozległego imperium, ale nie było to jedyne potężne państwo
na jego
planecie. Chcąc je utrzymać władca znajdował się w niemałym kłopocie. Z
jednej
strony jego niewolnicy musieli dysponować rozległą wiedzą [aby
mógł
uczestniczyć w wyścigu zbrojeń], z drugiej ludzie dysponujący wiedzą,
ludzie
nauki nie bardzo nadawali się na niewolników, właściwie byli
ich zaprzeczeniem.
Nasz tyran był jednak człowiekiem pomysłowym, ustawił więc tak sprawy
swojego
państwa, aby nikt z jego uczonych [a wszyscy musieli być uczeni]
poddanych nie
pomyślał nawet o wykorzystaniu nauki bezpośrednio dla siebie. Co
więcej, żeby
nie wiedział nawet, co takie wykorzystanie miałoby znaczyć. Wszyscy
uczyli się
więc mozolnie po to, aby zarabiać, po to, aby zyskać znaczenie [nie być
nikim],
po to, aby uczestniczyć w tym, co wielkie, wreszcie żeby jakoś żyć i
przeżyć
[teoretyczną naukę uczyniono bowiem warunkiem przeżycia]. W ten
sposób
uczestniczenie w nauce uczynił uczestniczeniem we władzy, w jej
sytuacji.
Jednak prawdziwa nauka jest możliwą formą pielęgnowania świadomości i
na tym
polega jej bezpośrednie użycie, ale o tym w imperium tyrana nikt już
nie
wiedział. Oczywiście to jest pewna bajka, ale pewne elementy tej bajki
są nam
znajome. Ta bajka jest zarazem pewnym [skrajnym i konwencjonalnym]
opisem
sytuacji rzeczywistej, wie o tym każdy, kto nie mieszka na księżycu
albo w
Imperium.
146. Jesteśmy
ludźmi i jako ludzie posługujemy się językiem. Aby się czegoś nauczyć
nie
musimy być [za każdym razem] poddawani procedurze warunkowania. Nam
wystarczy
powiedzieć i na tym także polega osiągnięcie [adaptacja], jakim jest
język.
Język mówiony, język pisany, język obrazów,
fotografii, gestów i mimiki. Dla
uprzedmiotowiającej władzy język jest optymalnym narzędziem stanowienia
[jej]
rzeczywistości. Nie trzeba walczyć i wysyłać żołnierzy, wystarczy
powiedzieć
[że przyjdą]. Nie trzeba wydawać pieniędzy, wystarczy powiedzieć, że
zostaną
wydane. Można zawężać przytomność obietnicami. Można czynić to samo
stosując
groźby, sprawiające, że o pewnych sprawach boimy się nawet myśleć.
Można
przekonywać i pielęgnować nieuświadamiane przekonania, np. przekonania,
że jest
się [„ostatecznie”] i tylko przedmiotem podległym
unicestwieniu [albo i
„nieśmiertelnym”, ale podległym sankcjom wiecznym].
To właśnie jest żywioł
władzy: rzeczywistość stanowiona przez użycie języka. Język nakazywany
jest
jako pierwsza i najważniejsza rzeczywistość. Najważniejsze stają się
sposoby
mówienia, ponieważ to one a nie bezpośrednia treść
wypowiedzi, konstytuują
[nieuświadamiane przez swoją potoczność] przeświadczenia. Wreszcie,
niejako w
granicy, cała rzeczywistość egzystencjalna, to, co obowiązuje
ograniczona
zostaje do takiego czy innego języka, np. języka telewizji. Wtedy można
ogłosić: „rozprawianie o liściu [rzeczywistości] nie ma
najmniejszego sensu a
zwrot „wyrażanie prawdy” pozbawiony jest
jakiegokolwiek znaczenia”.
147. Dobrze jest
zdawać sobie sprawę, że sytuacja władzy jest sytuacją dziedziczną. Ktoś
wychowany w przeświadczeniu, że jest [tylko] przedmiotem,
który ma mieć w
swojej władzy, przekazuje swoje przeświadczenie następnym pokoleniom.
To, co
podlega dziedziczeniu podlega też ewolucji, nawet, jeżeli jest to
ewolucja błędu.
Ewolucja, dobór, nie musi eliminować adaptacji o ujemnej
wartości
przystosowawczej, jeżeli tylko w danych warunkach nie zagraża to
wyginięciem
populacji, jeżeli ta populacja „może sobie na to
pozwolić”. Obecnie stać nas [w
sensie ewolucyjnym] na pielęgnowanie naprawdę sporego cierpienia.
148. Sytuacja
władzy jest stabilizowana przez sprzężenie zwrotne. Im większa
frustracja tym
większe pożądanie. Jeżeli sprzeciwiamy się sytuacji aktualnej władzy
chcąc
zastąpić jej zasady jakimiś innymi zasadami [władzy] to kultywujemy
tylko jej
[dialektyczną] sytuację. Walczymy bowiem dalej o władzę [w innej
formie].
Dlatego sytuacja władzy nie boi się rewolucji, one są formami jej
realizacji i
rozwoju, unieważniania tego, co było, czyli formami postępującego
odcinania
korzeni [gruntu]. Dotyczy to w równym stopniu rewolucji
politycznych, co
obyczajowych czy „naukowych” [unieważniających ex post zdobycze, które
umożliwiły postęp]. Najważniejsze
są jednak rewolucje osobiste,
chwile, w których „zrywamy z całym swoim
poprzednim życiem”, to te rewolucje
faktycznie nas dotyczą jako uwikłanych w sytuację władzy, wszystkie
rewolucje
polityczne, historyczne itp. Mają jedyne oparcie właśnie w takich
przewrotach
osobistych. Miejscem, faktycznym miejscem władzy i jej rewolucji są
wyłącznie
egzystencje [psychiki, „wnętrza”]
„prywatnych” osób.
149. Prawda,
wyrażanie, rozróżnianie, przeciwstawianie, negacja,
unicestwianie.
Zapośredniczenia pierwszego, drugiego i wyższych stopni. Uwiedzenie
uważności
przez obietnice: zysku, bezpieczeństwa i mocy. Wielce Szanowny
Czytelniku,
stosując opisane [wyrażone] tu zależności możesz klasyfikować
różne teorie,
poglądy, przeświadczenia dotyczące prawdy. Niech jednak schemat
klasyfikacji
nie ogranicza Twojej przytomności, ją nazywamy kompetencją, a schemat
ma
wartość o ile służy jej pielęgnowaniu i jest jego wyrazem. Dlatego w
każdym
przypadku bądź świadom granic [teorii] i ograniczeń [sytuacji], wtedy
ta
klasyfikacja może być pewnym narzędziem w Twoich rękach i będziesz
mógł ją
zmieniać, używać lub odkładać bez obawy błędu, nie będzie bowiem dla
Ciebie
czymś niezbędnym [ograniczającym]. Jeżeli jesteś kompetentny to jej nie
potrzebujesz [jak lekarstwa], ale właśnie Ty możesz jej [właściwie]
używać.
150. Używam
terminu ‘wyrażanie’ w specjalnym znaczeniu,
odbiegającym nieco od potocznego,
mianowicie w znaczeniu szerszym. Terminu tego używamy także
specjalistycznie
np. w teorii sztuki mówimy o wyrażaniu czyli ekspresji,
ekspresji emocji,
nastroju albo osobowości czy temperamentu autora. W teorii języka
wyrażanie
traktuje się jako oznakę np. jęk jest wyrazem [oznaką] bólu
a śmiech wesołości.
Od tej funkcji odróżnia się [ostro] funkcje takie jak np.
stwierdzanie,
orzekanie itp. Jednak wyrażanie jest najbardziej podstawową i
najogólniejszą
funkcją języka. Wyrażanie może być wyrażaniem wiedzy, wtedy słysząc
„liść jest
zielony” pytamy: „skąd o tym wiesz?”.
Wyrażać można też sąd [wtedy pytamy
„dlaczego?”]. wyrażanie może być definicją, formą
ekspresji określenia, wtedy
zadajemy pytanie o poprawność. Istnieje też wyrażanie wprost i
odpowiadające mu
pytanie „czy to prawda”. Zdanie „liść
jest zielony” może być rozumiane na
wszystkie te sposoby. Jeżeli ktoś wyraża wprost a ktoś inny pyta
„skąd o tym
wiesz” albo „czy to poprawne?” itp. to
ten pytający popełnia brzemienny w
skutki błąd. Jeżeli mianowicie pytany nie wykryje w porę pułapki [a to
nie jest
łatwe bo tak można zapytać o zdanie równobrzmiące] to
zacznie udzielać
odpowiedzi, która musi być błędna [ponieważ jest nie na
temat]. Co więcej
udzielając jej próbuje uzasadnić jako wiedzę
[szczegółową] to na czym ona się
opiera i tak powstaje [w filozofii] wielkie zamieszanie. Jednak prawda
jest
prostsza do wyrażania, liścia nikt nie pyta czy jest zielony, pytanie
to można
zadać dopiero gdy ujmiemy zieleń jako wyrażającą go cechę.
Podobnie jest
ze zdaniem, ono także należy do rzeczywistości i brzmi zanim [porządek
logiczny] zostanie ujęte jako wyrażanie, w tym przypadku nie pytamy
nawet czy
jest prawdziwe ponieważ jest prawdą faktem], na którym
wszystkie pytania muszą
się opierać. Jeżeli ktoś np. mówi „pada zielony
śnieg”, to zadając pytanie o
prawdziwość tego zdania [jako wyrażenia] opieramy się na prawdzie jego
brzmienia i znaczenia. Przyjrzyjmy się sprawie dokładniej, kiedy ktoś
mówi
„boli mnie głowa” to, ewentualnie, możemy zapytać
„czy naprawdę” ale nie skąd
to wie albo jak uzasadnia ten sąd. Jeżeli z jękiem chwyta się za nią to
nawet
pytanie o prawdziwość wyrażania jest wątpliwa. Tak, jest wątpliwa, ale
nie
zawsze, ponieważ potrafimy ‘znakomicie’ kłamać i
udawać. Kiedy udawanie jest
częste zaczyna się pojawiać, poprzedzające „wszelkie
doświadczenie” domniemanie
oszustwa, jednym słowem podejrzliwość. W granicy podejrzliwość zostaje
całkowicie zgeneralizowana, obejmuje cały świat wraz z jego [może
‘udawanym’]
istnieniem. W takiej sytuacji jedynym co pewne pozostaje sama
niepewność. Lecz
można iść jeszcze dalej, mianowicie można praktykować
„niepewność metodyczną”,
która w granicy prowadzi do całkowitego zagubienia ponieważ
nie ma nawet pewnej
[rzeczywistej] niepewności, a tylko warunkująca ją niepewność
szczególna
[uraz], której jednak w ogóle się nie zauważa i
nawet ma się za nieznaczącą
[ulega bowiem wyparciu]. Wtedy z pomocą przyjść może tylko psychologia.
Postulat metodycznej ostrożności ma oczywiście swoje dobre zastosowania
i bywa
bardzo przydatny w praktyce poznawczej, ale „metodyczne
wątpienie totalne”
stanowi tylko wyraz obłąkania i epistemicznego błędu. Krótko
mówiąc bywają
ludzie, którzy niepewność totalną podnoszą do godności
[właśnie godności]
fundamentalnego problemu filozofii i zajmują się dowodzeniem istnienia
świata
ponieważ byli np. oszukiwani przez rodziców. Jednak nie
chcąc się do tego
przyznać [lęk przed uświadomieniem urazu] odrzucą to tłumaczenie
zarzucając mu
[niepoprawnie], iż jest to „błąd psychologizmu”.
Liść jest zielony, ten, kto ma
dobre doświadczenie prawdy [np. przyrodnik albo poeta] zapyta nie
„czy to
prawda” ale „jaki liść” i „jak
zielony”. To są właśnie rodzaje pytań
umożliwiane przez prostą prawdę, zanim zdanie zostanie ujęte
przedmiotowo jako
specjalne] jej wyrażenie. Widać, że to właśnie jest rodzaj pytań
istotnie
poszerzających wiedzę, stawianych z ciekawości, a nie przez
podejrzliwość.
Jeżeli jednak ktoś ma nikłą świadomość prawdy to może operować
[świadomie] np.
na poziomie wiedzy, zwłaszcza „czysto rozumowej”,
taki ktoś zapyta zawsze „skąd
wiemy, że liść jest zielony?”. Jeżeli dodatkowo cechuje go
wysoki poziom lęku
to będzie się starał pokazać, iż „z koniecznością jest
zielony” podobnie jak
będzie chciał dowieść „czysto rozumowo” [na
poziomie wiedzy spekulatywnej]
konieczności istnienia świata.
151. Szczególnym
przypadkiem operowania na poziomie wiedzy [spekulatywnej] jest
przeświadczenie,
że prawda jest rozpoznawalna [jako prawda zdań czy myśli] dzięki
specjalnemu
poczuciu słuszności. Zwykle przywołuje się tu sokratesowego dajmoniona.
Jednak
prawda nie wymaga niczego takiego i ja w tym tekście niczego takiego
nie
postuluję ani nie zakładam. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem
nawet o czym mowa
ponieważ „poczucie prawdziwości” miewam rzadko, a
nierzadko bywało ono mylące.
To, ze obok mnie, na biurku, leży niebieskie pióro, jest
prawdą i nawet to
wiem, ale nie mam tu żadnego specjalnego poczucia. Wspominam o tym,
ponieważ
paru moich znajomych, którzy przeczytali te zapiski sądziło,
że skoro prawda ma
być czymś prostym to musi być rozpoznawana mocą jakiego takiego
„wewnętrznego
głosu”. Chcę więc jak najwyraźniej zaznaczyć, że o niczym
takim tutaj nie
mówię. Oczywiście jeżeli mamy dużą wprawę, praktykę, w
jakiejś specjalnej
dziedzinie działalności to możemy mieć poczucia i przeczucia
prawdziwości i
fałszywości np. jakichś twierdzeń, ale one same o niczym nie
przesądzają
chociaż bywają niezwykle pomocne. Nikt nie uzna prawdziwości
twierdzenia tylko
dlatego, że Gauss miał poczucie jego poprawności, ale dla każdego jest
to
bardzo ważki argument zachęcający do poszukiwania dowodu.

