
„Istnieje na skali kultury punkt krytyczny, w którym ulatnia się wszelka wiara, wszelkie objawienie, wszelki autorytet, człowiek zaś chce dotrzeć do sedna rzeczy: nauki pragnie, ale i tego też, by został przekonany. Odrzuca dziecinne szeleczki: chce stać o własnych siłach. Zarazem jednak potrzebę metafizyczną odczuwa równie mocno jak potrzeby fizyczne. Wówczas koniec zabawy, wówczas filozofia staje się naprawdę niezbędna i ludzkość przyzywa na pomoc wszystkie wielkie duchy, jakie wydała ze swego łona”
[E. Grisebach, Arthur
Schopenhauers
sämtliche Werke in sechs Bänden, Leipzig,
b.d,
wyd. Reclama, t.
III, str. 139, przekł. J. Garewicz]
* * *
Dziewiętnasty wiek przyniósł
nową
rzeczywistość, w
której zrodziło się w ówczesnych umysłach
przeczucie wyjątkowej misji, której
spełnienie miało się niebawem dokonać a zarazem przeczucie konieczności
sformułowania nowego fundamentu ideowego wśród
narodów, które postrzegane teraz
jako zbiorowości obdarzone szczególnymi misjami
ideowo-moralnymi miały stać się
podmiotami kształtowania dziejów. Gwałtowność przemian,
które dokonały się i
dalej się dokonywały – wyłonienie się z walk wyzwoleńczych
wśród
północnoamerykańskich posiadłości brytyjskich
Stanów Zjednoczonych, wciąż żywa
pamięć krwawych momentów rewolucji francuskiej,
która zdruzgotała feudalny ład
i podkopała autorytet tradycyjnego Kościoła, nowe podziały terytorialne
Europy
i nowe zasady ustrojowe - spotęgowała
w
świadomości ówczesnych społeczeństw
wrażenie cywilizacyjnego kryzysu, odczucie niepewności,
schyłku, zmierzchu, wręcz nadchodzącej katastrofy,
odzwierciedlając się
zarazem
na gruncie ideowym, prowadząc do sformułowania nowych postaw,
koncepcji,
tęsknot, lecz też nadziei. Z
drugiej
strony bowiem, obok wydarzeń, które przyniosły zburzenie
dawnego porządku – czy
to w skali narodowej, czy w życiu indywidualnych jednostek –
pojawiały się
symptomy triumfu siły człowieczego indywidualizmu, talentu,
jednostkowej
energii czynu, której moc odmienić mogła choćby kształt
świata: za przykład
posłużyć mogła wielka kariera Napoleona I Bonaparte,
postaci kontrowersyjnej, jakkolwiek
bez wątpienia zasługującego na miano jednego z najwybitniejszych
mężów stanu,
przywódców, strategów wojny,
reformatorów ustroju państwowego (nawet jeśli dla
dużej części jemu współczesnych będącej zwyczajnym tyranem i
agresorem), swoim
działaniem dowodzącej, że jeden człowiek może dokonać zmian w skali
ogólnoświatowej. Życie Napoleona jest o tyle jeszcze
doskonałą ilustracją
nastrojów epoki romantyzmu, że schyłek jego życia naznaczyło
brzemię upadku,
ziszczając niczym
mroczną przepowiednię,
nastroje antycypowanej katastrofy, przed którą nie może być
ucieczki i
uświadamiając z całą jasnością nieuchronność przemian.
Historia, ekonomia, literatura piękna, myśl
społeczna i polityczna, formułowały nowe zainteresowania i programy,
szukając
nowych rozwiązań, ustosunkowując się do nowego świata, który
wyłonił się w
wyniku powszechnych metamorfoz ustrojowych, społecznych, kulturowych. Również na polu
filozofii zmiany nie mogły być
powstrzymane: nowa rzeczywistość domagała się świeżego podejścia,
zadośćuczynienia nowym wyzwaniom, jakie stawiał świat tak daleki od
stabilizacji. Przekonanie o misji znalazło swe odzwierciedlenie także
na
gruncie filozofii: dominowała z jednej strony wiara w
konieczność zmiany losów świata, poczucie
odpowiedzialności za nie, z drugiej doskwierało poczucie zawodu,
rozczarowania,
że do tej pory nie zdołano skutecznie i właściwie wykorzystać tak
potężnego narzędzia,
jakim jest filozofia; odpowiedzialność i poczucie winy a zarazem wiara
w
możliwość zmiany biegu wydarzeń stawały się więc motorem wszelkich
poszukiwań i
formułowania nowych postaw.
Arthur Schopenhauer zgadzał z koncepcją ukazującą
filozofię jako narzędzie metamorfozy, siłę zdolną przeobrażać władającą
nią
jednostkę, przyznając przy tym z
goryczą, jak bardzo chybione były dawne cele filozofii; jednak
zasadniczy
rozdźwięk pomiędzy jego poglądem na misję filozofii, a wiarą jemu
współczesnych, opierał się na zogniskowaniu uwagi nie na
ludzkiej zbiorowości,
lecz pojedynczym, indywidualnym ludzkim istnieniu. Co prawda za
czasów, gdy
Schopenhauer podejmował swą działalność, filozofia niemiecka z istoty
swej była
antropocentryczna: przedmiotem jej rozważań były pytania dotyczące bytu
ludzkiego, przede wszystkim problemy wolności. Jednak co
odróżniało myśl
Schopenhauera od podejścia innych filozofów
ówcześnie działających, to
podkreślanie, że filozofia nie pojęła jeszcze należycie własnej istoty,
a
filozofowie opatrznie pojęli swoją rolę: pretendują do wpływu na
wydarzenia
miast zrozumieć, że powinni uprawiać refleksję nad biegiem
losów świata a nie
łudzić siebie i innych, że są w stanie faktycznie na cokolwiek wpłynąć,
szerząc
złudzenie, tworząc szkodliwe mity. Schopenhauer dodaje wręcz, że o ile
przed
Kantem filozofowie sprzeniewierzali się swemu prawdziwemu zadaniu w
sposób
nieświadomy, o tyle później z premedytacją przeobrazili się
z filozofów w
„szarlatanów”.
To z pozoru jawne
nawoływanie Schopenhauera do przyjmowania biernej postawy, postawy
bezsilności,
niezaangażowania, obojętności, przy bliższym zagłębieniu się w
przesłanie
schopenhauerowskiej myśli okazuje
się
ukazywać zupełnie oryginalną myśl, która stawia przed
jednostką zadanie
wymagające znacznie więcej samopoświęcenia i hartu ducha, aniżeli
czynne
„wojowanie” z bieżącymi problemami społecznymi.
Schopenhauer sprzeciwia się
również tezie sławiącej przydatność zgłębiania historii,
jako źródła nauki o
świecie i człowieku; uważa, iż poznanie natury ludzkiej nie wymaga
sięgania do
przeszłości, a obserwacja świata aktualnego dostarczy absolutnie
wystarczającą
ilość tego rodzaju informacji – ludzkie zachowania i ich
motywy nie podlegają
tak naprawdę zmianom w czasie. Historia ma zatem wyłącznie tego rodzaju
wartość, iż jest zbiorową pamięcią. Natomiast źródłem
prawdziwej mądrości nie
jest pamięć, lecz intelektualna przenikliwość i spostrzegawczość
poznawcza.
Podstawowej roli filozofii i filozofa Schopenhauer
upatruje w zaspokojeniu człowieczej potrzeby metafizycznej, żywiąc
przeświadczenie, że filozofia ma do objawienia prawdy niezwykłej wagi.
Człowiek
potrzebuje busoli, powiada Schopenhauer, busoli pod postacią prawdy
bezwzględnej: nie mogą dostarczyć jej nauki, które przynoszą
wyłącznie wiedzę względną, a filozof nie może poprzestać na relacjach,
chce dotrzeć do
istoty
rzeczy. Potrzebę metafizyczną dawniej zaspokajała religia, jednak od
czasu
ukazania przez Kanta kruchości dotychczasowych dowodów na
istnienie Boga, oraz
wskazania zasadniczej niemożliwości przeprowadzenia takiego dowodu w
ogóle,
religia jako wyłączna postawa człowieka światłego wobec świata jest nie
do
przyjęcia. Dlatego
teraz filozofia w obliczu bankructwa religii ma przejąć jej zadania:
uratować
człowieka przed rozpaczą, odpowiadając na pytanie o sens życia. Rola
filozofii
dla Schopenhauera ma mieć charakter pozaczasowy a odpowiedź na pytanie
o cel i
sens ludzkiego istnienia ma mieć walor ogólnoludzki,
pozaindywidualny,
ponadnarodowy, ponadczasowy. Z jednej strony więc uprawianie prawdziwej
filozofii wymaga zdystansowania się wobec bieżących wydarzeń, w
które wikłanie
się sprzeniewierza się właściwej
roli
filozofa, przy czym ma on być odważnym, samodzielnym odkrywcą i
badaczem –
mimo, iż wciąż obserwatorem – świata, który w
najwyższym zaangażowaniu i rozumnym
docieraniu do tajemnic rzeczywistości (które odkryć ma przed
nim filozofia)
będzie władny sformułować rozwiązania mające zastosowania na
uniwersalnym,
ogólnoludzkim polu. Wiara Schopenhauera w konieczność
indywidualnego,
oryginalnego badania, „czytania w księdze świata”
jaka obowiązuje prawdziwego
filozofa spotyka się u niego z jawną niechęcią wobec tzw.
„filozofii
profesorskiej”, która uprawiana przez
akademików, filozofów opłacanych przez
państwo („filozoficznych błaznów”,
żyjących nie dla filozofii, lecz z
filozofii) jest dla Schopenhauera źródłem
duchowego zniewolenia i myślowej
niekompetencji; w jego mniemaniu warunkiem bezwzględnego myślenia,
rzetelnego
sądu i rozumienia jest bowiem absolutna niezależność filozofa od
wszelkich
ograniczających czy zobowiązujących go związków. Ci
„filozoficzni błaźni”
sprzeniewierzają się swemu powołaniu w taki jeszcze sposób,
że „dziedziczą”
świat myśli dawnych filozofów, przeinterpretowywując go po
tysiąckroć,
zmieniając go, bez końca z nim dyskutując, nawet
deprawując, tymczasem – podkreśla
Schopenhauer – najważniejsze jest bezpośrednie doświadczenie
życiowe, które
samo z siebie ma skłaniać do filozofowania, kształtować myśli,
refleksje,
wspierać decyzje co do kierunku poznania świata, prowokować do
samodzielnej,
duchowej penetracji rzeczywistości. Schopenhauer ostro zatem krytykuje
akademickie pojęcie uczoności, którego stróże
wyżej cenią wartość naukową
wszystkiego, co wymyślono wcześniej, aniżeli własny, oryginalny punkt
widzenia
pobudzany wolnym od przesądów rozważaniem i percypowaniem
rzeczywistości. Powie
nawet, że uczeni to ci, którzy czytali książki, tymczasem
myśliciele, geniusze
i nauczyciele świata, rodzaju ludzkiego to ci, którzy
czytali bezpośrednio z
księgi świata. „Peruka jest dobrze
dobranym symbolem czystego uczonego jako takiego. Zdobi głowę obfitą
ilością
cudzych włosów przy braku własnych, tak jak uczoność polega
na wyposażeniu w
wielką ilość cudzych myśli, które co prawda, nie zdobią
uczonego tak dobrze i
naturalnie ani nie są tak przydatne w każdym przypadku i dostosowane do
każdych
celów, ani nie mają tak mocnych korzeni, ani zużyte nie
zostają zastąpione
natychmiast innymi, pochodzącymi z tego samego źródła, jak
te, które wyrosły z
własnego podłoża (…). Faktycznie, najdoskonalsza uczoność ma
się tak do
geniuszu, jak zielnik do powstającego wciąż na nowo, wiecznie świeżego,
wiecznie młodego, wiecznie zmiennego świata roślinnego i nie ma
większego
kontrastu niż między uczonością komentatora i dziecięcą naiwnością
starożytnego
pisarza”. [ A. Schopenhauer, W
poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i Paralipomena, str.
408-409, wyd.
ANTYK, Kęty 2006]

Mizantrop skłócony z całym światem,
megaloman i
nonkonformista, samodzielny myśliciel lekceważący scholastyczną i
uniwersytecką
filozofię, bezwzględny i nielitościwy krytyk ludzkich przywar,
słabości,
duchowej szpetoty, zaciekły antagonista Hegla, bezkompromisowy wobec
ludzkiej
bezmyślności, liberalny w odniesieniu do tabu w rodzaju
homoseksualizmu,
samobójstwa czy pederastii, a
przy tym
wszystkim obdarzony nieprzeciętną umysłowością Arthur Schopenhauer,
nigdy nie
stworzył szkoły, przedkładając ponad wszystko inne swą indywidualną,
oryginalną
drogę myśliciela-samotnika, której kierunek naznaczyło
przekonanie, że „życie
to sprawa chybiona” i „zadanie do
odrobienia” a najlepsze, co można uczynić, to
spędzić je w rozmyślaniach nad nim. „Świat
jest właśnie piekłem, a ludzie są w nim z jednej strony umęczonymi
duszami, a z
drugiej diabłami. Znów pewnie usłyszę, że moja filozofia
jest beznadziejna –
właśnie tylko dlatego, że mówię prawdę, ludzie zaś chcą
słyszeć, że Pan Bóg
wszystko dobrze urządził. Idźcie do kościoła i pozostawcie
filozofów w spokoju.
Przynajmniej nie wymagajcie, by budowali swoje nauki zgodnie z waszymi
wyobrażeniami; tak postępują nicponie, filozofastrzy; u nich możecie
dowoli
zamawiać sobie nauki”[A. Schopenhauer, W
poszukiwaniu mądrości życia.
Parerga
i Paralipomena, roz.XII, str. 266; wyd. ANTYK, Kęty 2006]
Świat piekłem? Przy powierzchownej recepcji myśl
Schopenhauera jawić się może jako zanurzona w ostatecznym nihilizmie i
poczuciu
ostatecznej beznadziejności. Jednak bliższy ogląd ujawnia
wieloaspektowość
koncepcji tego filozofa-pesymisty, otwierając zupełnie świeże, nieznane
dotąd
filozofii zachodniej płaszczyzny odniesienia do otaczającej
rzeczywistości,
ludzkiego istnienia, sensu życia, śmierci, roli i celu filozofii.
Punktem wyjścia dla Schopenhauera stała się
filozofia Kanta, od którego przejął zasadniczą problematykę;
sam Schopenhauer
uważał, że dopiero na gruncie kantowskiego idealizmu transcendentalnego
w sposób
właściwy zostało postawione pytanie o stosunek tego, co realne, do
tego, co
idealne – już nie jako prymat jednego bytu wobec innego, lecz
jako pytanie o
stosunek obrazu do wyobrażonej przezeń rzeczywistości. Jakkolwiek
podkreślał,
że Kant nie sformułował właściwej odpowiedzi na owo pytanie; o ile
schopenhauerowska krytyka Kanta będzie się zresztą z czasem nasilać, to
jednak
Schopenhauer do końca pozostał wyznawcą filozofii transcendentalnej i
racjonalizmu, przeciwny iluminizmowi.
Drugim, nie mniej istotnym źródłem
inspiracji
schopenhauerowskiej myśli, stała się filozofia wschodu, zwłaszcza
wedanta: po
przeczytaniu Upaniszad Schopenhauer był tak zachwycony, że określił je
mianem
„wytworu najwyższej człowieczej mądrości”, skarbca
bogatego w najdoskonalsze
koncepcje dotyczące człowieka. Zresztą księga Upaniszad leżała zawsze
otwarta
na jego stole, a fakt, że literatura sanskrytu zaczęła być
ówcześnie tłumaczona
na rozmaite języki, postrzegał Schopenhauer jako najwspanialszy
podarunek dla
świata zachodniego. Myśl Schopenhauera przejawia także wiele paraleli z
koncepcją buddyjską: uderza podobieństwo między przesłaniem Czterech Szlachetnych Prawd (stanowiących
rdzeń doktryny buddyzmu, który wedle tradycji miał przekazać
Budda, po
przebudzeniu, w kazaniu dla Pięciu Ascetów, zwanym "Kazaniem o Wprawieniu w
Ruch Koła
Dharmy", określającym naturę świata jako cierpienie, które
należy
przezwyciężyć) a założeniem Schopenhauera, że świat, którego
doświadczamy,
świat przejawiony, z samej swojej istoty jest złem, cierpieniem,
które uleczyć
można jedynie za sprawą absolutnego wyrzeczenia się i
odmówienia partycypowania
w tymże świecie. Inna ważna – jeśli nie najważniejsza
– zasada łącząca
filozofię Schopenhauera z myślą filozoficzną wschodu, to wiedza jako
dobro
najwyższe, ale wiedza rozumiana jako prawdziwe poznanie, wyzwolone z
pęt
błędnego mniemania, iluzorycznej zasłony Maji, wiedza przynosząca
zdolność
przejrzenia prawdziwej natury rzeczywistości, możliwość ostatecznego
uwolnienia
się z niewoli, czy też przekładając na język Schopenhauera uprzedmiotowionej woli,
ślepej, bezwzględnej,
wewnętrznie skonfliktowanej, przysparzającej zła i cierpienia, wiecznie
nienasyconej w swej żarłoczności egoistycznej samoafirmacji i
wywyższenia. A
słynna schopenhauerowska myśl „świat jest moim
przedstawieniem” koresponduje z
treścią doktryny szkoły jogaczara
buddyzmu mahajany (w pierwszej
strofie traktatu Wińśatika, mistrz
Wasubandhu wypowiada słowa: „ten
świat
jest tylko i wyłącznie przedstawieniem [vijnapti-matra], ponieważ
stanowi przejaw
rzeczy nieistniejących realnie”).

Kategoriami kluczowymi dla filozofii Schopenhauera
stają się więc pojęcia „woli” i
„przedstawienia”, noszące w sobie tak bliskie
pokrewieństwo do metafizycznych fundamentów filozofii Indii.
Jednak, co należy
mocno podkreślić, paralele te nie są żadną kalką ani przeszczepieniem
koncepcji
wschodu na grunt zachodni: Schopenhauer dokonuje indywidualnego
opracowania
wschodnich intuicji metafizycznych, znajdując je bardzo bliskimi jego
własnej,
oryginalnej refleksji i doświadczeniu z samodzielnego
„czytania w księdze
świata”. Część historyków filozofii, m. in. J.
Garewicz, wybitny tłumacz
Schopenhauera oraz interpretator jego twórczości, podkreśla nawet, iż
Schopenhauer z filozofią
wschodu zetknął się raczej późno, już
po
uformowaniu się jego dojrzałej koncepcji, więc nie można przyjmować, że
filozof
w jakiś sposób przetransponował wschodnie doktryny na język
własnego systemu,
retuszując tylko terminologię oraz pewne niuanse na użytek tradycji i
kultury,
w której przyszło mu tworzyć.
Czym są więc schopenhauerowska
„wola” i „przedstawienie”
?
„Świat jest
moim przedstawieniem” powiada Schopenhauer i
dodaje, iż jeśli jakąkolwiek
prawdę można wyrazić a priori, to
jest nią ta właśnie. W doświadczeniu zewnętrznym umysłowi jawi się
świat, który
jest jego własnym wytworem, przy czym poza przedstawieniem, a tym samym
poza
umysłem, nic nie istnieje. Świat trwa zatem wyłącznie jako wyobrażenie:
wyobrażenie każdej żywej istoty obdarzonej zdolnością poznania. Świat – dany w
doświadczeniu i istniejący
jako przedstawienie dla podmiotu poznającego – nie jest
jednak wytworem
indywiduum, wytworem podmiotu, który byłby wobec świata
niezależny, jemu
zewnętrzny; podmiot zawsze znajduje odpowiednik w przedmiocie, a
przedmiot, w
podmiocie, przy czym świat otaczający podmiot ma charakter
przedmiotowy.
Pojęcie „przedstawienia” daje wyraz
nierozerwalności podmiotu i przedmiotu,
które istnieją niczym dwie strony tej samej substancji: nie
odrębne byty, lecz
dwie strony w tym samym procesie poznania, pomiędzy którymi
nie zachodzi
stosunek przyczyny i skutku, lecz stosunek formy i treści. Co istotne, świat
przedmiotów doświadczenia
jest jedynym światem realnym a jego uwarunkowanie przez podmiot nie
umniejsza
jego empirycznej realności. W ramach świata uwarunkowanego przez
podmiot (który
sobie „przedstawia”, czy też któremu
„się przedstawia”), każdy przedmiot, każdy
byt przedmiotowy jest z istoty swej niesamodzielny: zależny
zarówno od
podmiotu, jak i uwikłany w nieskończoną sieć związków z
innymi przedmiotami.
Konkretny zatem przedmiot pojawia się zawsze jako ogniwo w łańcuchu
zależności.
W splocie tych wzajemnych powiązań Schopenhauer wyróżnia
cztery zasadnicze typy
zależności, oraz odpowiadające im cztery klasy przedmiotów:
1) sferę związków
przyczynowych, którą cechują 1a) przedmioty oglądu
zmysłowego; 2) sferę
związków logicznych, której odpowiadają 2a)
pojęcia; 3) sferę czystych relacji
czasowych i przestrzennych, w której mieszczą się
3a)stosunki liczbowe, figury,
bryły; wreszcie 4) sferę stosunków emocjonalnych,
której przedmiotami są 4a)
motywy i działania. Świat przedmiotowy nacechowany jest zatem
wielością,
zmiennością, ruchliwością, przy czym w każdym z przedmiotów
istnieje cecha,
która go od innych wyróżnia. Typ związku między
przedmiotami (przestrzennego,
czasowego, logicznego, etc.) ustala poznanie, a każdy typ relacji
ustalanej w
poznaniu można rozpatrywać od strony właściwości przedmiotów
wchodzących w daną
relację, po wtóre z punktu widzenia właściwości podmiotu
poznającego. Związki
przyczynowe tłumaczą nieustanną płynność i zmienność świata, a związki
strukturalne – jego stałość, motywy wciąż obecne i
powracające na przestrzeni
historii świata i ludzkości. Narzędziem poznania, umożliwiającym
doświadczanie
i rozróżnianie związków i zależności
między-przedmiotowych, są cztery władze
poznawcze (odpowiadające czterem klasom przedmiotów i
czterem rodzajom
zależności między nimi): 1b) intelekt, stanowiący narzędzie poznania
przedmiotów zmysłowych, 2b) rozum, za pomocą
którego poznaje się pojęcia 3b)
ogląd czysty, pozwalający wniknąć w sferę czystych form przestrzeni i
czasu,
oraz 4b) samowiedza, wyodrębniająca sferę woli.
Za elementarną postać poznania Schopenhauer uznaje
ogląd, w którym wrażenia stają się przedstawieniami
przedmiotowymi; wszelka
myśl, wiedza, refleksja, jest wobec oglądu wtórna
(jakkolwiek to właśnie
refleksja, przyrodzona wyłącznie istocie ludzkiej, staje się kluczem ku
zrozumieniu uwikłania w świat zła i przezwyciężeniu go: dopiero na jej
szczeblu
stanie się możliwe zaprzeczenie woli, źródła wszelkich
cierpień). Jednak aby
ogląd mógł wywieść ku poznaniu prawdziwemu, wiedzy o
prawdziwej naturze
rzeczywistości, podmiot poznania musi wyrzec się indywidualnych
pragnień i
pożądań, stać się reprezentantem całej ludzkości, wznosząc się na
poziom
pozaindywidualny, uniwersalny. Domeną tego pozaindywidualnego oglądu
jest wg
Schopenhauera sztuka, którą postrzega jako rodzaj wiedzy,
swoistą naukę: myśleć
można bowiem nie tylko za pomocą słów, lecz także
obrazów. Dlatego też
schopenhauerowskiej definicji sztuki przysługuje również
– jak nauce – walor
prawdy i fałszu, który charakteryzuje nie tylko sądy, lecz także wytwory sztuki:
dzieło wyraża
prawdę wówczas, gdy przemawia do wyobraźni, intuicji, a
dzieje się tak
wyłącznie w takim przypadku, gdy sztuka wyobraża nie konkretny
przedmiot, lecz
jego ideę. Zresztą sztuka przewyższa, wedle schopenhauerowskiej myśli,
naukę o
tyle, że nauka przynosi wiedzę wyłącznie o świecie uprzedmiotowionej
woli,
tymczasem sztuka dociera do istoty rzeczy. „Nie
tylko filozofia, ale też sztuki piękne zmierzają w gruncie rzeczy do
rozwiązania zagadki bytu. Albowiem w każdym duchu, który
choć raz oddał się
rozważaniom nad światem, rodzi się dążenie do uchwycenia prawdziwej
istoty
rzeczy, życia, bytu, nawet jeśli jest głęboko ukryte i nieświadome.
Tylko ta
sprawa bowiem interesuje umysł jako taki, tj. uwolniony od
celów woli, czysty
podmiot poznania, tak jak podmiot, który poznaje tylko jako
jednostka,
interesują wyłącznie cele woli. – Dlatego efektem każdego
czysto obiektywnego
ujęcia rzeczy, a więc także ujęcia ich przez sztukę, jest jeszcze jeden
wyraz
istoty życia i bytu, jeszcze jedna odpowiedź na pytanie:
„Czym jest życie?” (…)
Każde dzieło sztuki stara się więc pokazać życie i rzeczy tak, jakie są
naprawdę, choć nie każdy potrafi je w ten sposób uchwycić,
gdyż patrzy przez
mgłę przypadków obiektywnych i subiektywnych. Sztuka
rozprasza tę mgłę. Wiadomo
powszechnie, że w dziełach poetów, plastyków i w
ogóle artystów, którzy coś
ukazują, kryją się skarby głębokiej mądrości, a to dlatego, że
przemawia przez
nie prawda samej natury rzeczy, a one tłumaczą ją tylko przez
uwyraźnienie i
czystsze powtórzenie. Ale dlatego każdy, kto czyta wiersz
lub ogląda dzieło
sztuki, musi sam przyczynić się do wydobycia na jaw tej mądrości;
pojmuje z
niej więc tyle tylko, na ile pozwalają jego zdolności i wykształcenie
– jak
żeglarz, który swą sondę zapuszcza tak głęboko, na ile
pozwala jej długość.
Przed obrazem każdy powinien stać jak przed władcą, czekając, czy i jak
się on
do niego odezwie, ale pierwszemu odezwać się do niego nie wolno, tak
jak do
władcy, bo wtedy usłyszy się tylko siebie samego”.
[ A. Schopenhauer, Świat jako wola i
przedstawienie, t. II,
Warszawa 1995, str. 581-582, przeł. J. Garewicz]
Jedyne źródło wiedzy o świecie to dla
Schopenhauera doświadczenie, przy czym wszelka wiedza jest zawsze
wiedzą
relatywną – odnosi się zawsze do przedmiotu w danym układzie
odniesienia,
ulegając zmianie z każdym przeobrażeniem układu. W poznaniu nie ma
przedmiotów
niezależnych, każdy przedmiot ma odpowiednik w podmiocie i występuje w
określonym układzie odniesienia; nie ma innej wiedzy o przedmiocie poza
wiedzą
o jego relacjach z innymi. Z
jednej
strony Schopenhauer stoi zatem na gruncie empiryzmu (z doświadczenia
czyniąc
jedyne narzędzie poznania), z drugiej wciąż będąc głęboko zanurzonym w
idealizmie transcendentalnym (zdobywana wiedza dotyczy
przedmiotów, które
istnieją tylko dla podmiotu, są subiektywne i uwarunkowane, zespolone z
podmiotem, któremu się przedstawiają). Termin
„doświadczenie” obejmuje u niego
zarówno wiedzę intersubiektywną, uzyskaną na drodze
zmysłowego oglądu i
rozumowania, jak i wiedzę czysto subiektywną, wywiedzioną metodą
introspekcji.
Elementarną czynnością poznawczą jest więc, inaczej mówiąc,
obserwacja, a
elementarnym składnikiem wiedzy fakt, pojęty jako naocznie stwierdzona
relacja
między przedmiotami. Wiedzę o świecie wg Schopenhauera posiadają także
zwierzęta: uchwycenie w doświadczeniu związków między
przedmiotami jest
pierwotne wobec wszelkiej myśli, a tego rodzaju poznaniem obdarzone są
również
inne poza człowiekiem istoty wyposażone w narzędzie doświadczania,
percypowania
świata.
O ile poznanie wyjaśnia więc związki zachodzące
między przedmiotami, wyodrębnia łączące je zależności, wciąż jednak
ukryta
pozostaje natura tych związków, istnienie
przyczynowości i wynikania, źródła motywacji.
To metafizyka, nie
epistemologia, ma zatem odpowiedzieć na pytania o źródła
takich a nie innych
praw rządzących światem przedmiotowym. Jakkolwiek
„zrozumienie zagadki świata”
musi prowadzić przez doświadczenie, które jako jedyne
możliwe narzędzie
przywieść może do zrozumienia świata: metafizyka nie może
„przeskoczyć” przez
empirię, lecz wyniknąć z dogłębnego jej zrealizowania.
Centralną kategorią metafizyki Schopenhauera, za
pomocą której świat może być w pełni zrozumiany i osądzony,
staje się pojęcie
woli, a w kontekście świata przejawionego, przedmiotowego –
woli
uprzedmiotowionej. Schopenhauer głosi, że świat jest przedstawieniem,
lecz
świat jest też wolą: jak możliwe staje się pogodzenie tych
dwóch odrębnych
kategorii? W akcie samowiedzy (jednym z narzędzi poznania,
którymi dysponuje
umysł) podmiot poznania odkrywa własną identyczność z podmiotem woli:
jeden i
ten sam podmiot istnieje na dwa sposoby, jako podmiot poznania i
podmiot woli.
Wiemy także, że podmiotowi odpowiada zawsze przedmiot, zatem i on jest
nie
tylko przedmiotem poznania, lecz również przedmiotem woli.
Ta jedność podmiotu
i przedmiotu poznania czyni świat przedstawieniem; natomiast jedność
podmiotu i
przedmiotu woli składa się na świat pojmowany jako wola, świat, w
którym każdy
ruch jest wyrazem jakiegoś dążenia, pragnienia – czy to
świadomego, czy
zupełnie bezwiednego.
Wola staje się więc kategorią ukazującą drugie
oblicze świata, przedstawiającą go jako zespół celowych
powiązań, gdzie każde
zjawisko ku czemuś zmierza i czemuś służy, gdzie u podstaw wszystkiego
co
istnieje kryje się niezróżnicowane, nieokreślone, ślepe lecz
zawsze bezwzględne
dążenie ku zachowaniu własnej istoty, przetrwaniu za wszelką cenę,
przybraniu
określonej postaci i zachowaniu jej. Wola nie jest bytem odrębnym od
świata, to
przedmiot idealny, za pomocą którego możemy świat zrozumieć,
pojąć zawarte w
nim sprzeczności: jedność a wielość, jednorodność a
różnorodność, zmienność a
niezmienność, porządek a chaos, celowość a bezsens.
Kluczem do zrozumienia problemu przejawiania się
świata jest sytuacja przejścia woli w stan przedmiotowy: moment jej
samookreślenia się, uprzedmiotowienia. Dlaczego więc wola ulega
uprzedmiotowieniu, co powoduje, że ze stanu pierwotnej jednorodności
przeobraża
się, „rozczłonkowuje”, wkracza w świat wielości
zróżnicowanych przedmiotów? W
pojęciu woli zawarta jest wolność; ponieważ wola jest wolna, w wolności
swej
nie może nie dokonać wyboru: swą wolność może potwierdzić jedynie
wybierając
spośród nieograniczonych możliwości, które przed
nią stoją, wola musi więc
dążyć do samookreślenia się, inaczej nie byłaby wolą. Jednak wraz z
chwilą, gdy
dokonuje się akt samookreślenia się woli, potwierdzenie jej wolności
bezwzględnej, wola traci swą wolność, nabierając cech indywidualnych,
ulegając
przeobrażeniu, zróżnicowaniu. Odtąd, wcielona w konkretny
przedmiot, podlega
prawom, które tym przedmiotem rządzą, dobrowolnie poddając
się konieczności.
Wolność woli, a zarazem w ogóle wolność jako taka kończy się
zatem definitywnie
wraz z chwilą wkroczenia w „ten” świat, świat
przejawiony, przedstawiony,
przedmiotowy. Z pierwotnej wolności zostaje tylko niejasne,
nieuświadomione i
mgliste wspomnienie, które gdy zrodzi się świadomość, staje
się źródłem
nieustających duchowych cierpień. Co należy dodać, uprzedmiotowienie
woli jest
aktem spontanicznym, świadomość nigdy go nie poprzedza – wola
z natury swej
jest ślepa, uprzedmiotowienie jej jest więc kaprysem, którym
nic nie kieruje,
strukturalizacji świata nie można więc traktować jako realizacji z
góry
powziętego planu.
Poza wolą, podobnie jak poza przedstawieniem, nic
nie istnieje, nic więc nie może z zewnątrz woli określić. Umysł,
narzędzie
poznania woli, zostaje także powołany do życia przez wolę, siłę
manifestującą
się w całym świecie przedmiotowym. Wola to także „siła
natury”, źródło
powszechnej celowości zjawisk, z których każde jest wyrazem
określonych dążeń,
a wszelkie zachowanie – czynne czy bierne –
znajduje wytłumaczenie w specyfice
woli wcielonej w dany przedmiot. Ponieważ jednak wola w wyniku
uprzedmiotowienia jest zarazem
„skłócona”, mimo indywidualnych
„celowości”
pojedynczych elementów, świat jako całość nie dąży do
żadnego określonego celu.
Bieg losów świata staje się wypadkową wszystkich
krzyżujących się dążeń
indywidualnych: świat woli uprzedmiotowionej to zatem świat jednostek,
z
których każda ma na względzie wyłącznie swe indywidualne,
egoistyczne cele, a
relacje pomiędzy poszczególnymi indywiduami można
zilustrować według maksymy,
która powiada, że wybierać można wyłącznie między
pożeraniem, a byciem
pożeranym.
Wola uprzedmiotowiona jako sprężyna wszelkiego
działania jest wiecznie głodna, zachłanna, żarłoczna, kapryśna,
nieprzewidywalna, bezwzględna, wewnętrznie skłócona;
utożsamiwszy się z
przedmiotem za wszelką cenę próbuje zachować przybrany
kształt, a nie mogąc
przezwyciężyć nieuniknionej z istoty śmiertelności przedmiotu, w
który się
wcieliła, przejawia się w dążeniu do zachowania gatunku. Akt
uprzedmiotowienia
woli jest pierwszą afirmacją woli, która od tej pory skazana
jest na nieustanne
potwierdzanie siebie, narzucając wciąż swoje dążenie wszystkiemu, co
spotka na
swej drodze: niezależnie, czy jest to przedmiot martwy, kamień,
któremu nadano
pęd, czy proces chemiczny, odmieniający właściwości ciał oddziałujących
na
siebie, czy dążenie rośliny do wody i słońca, czy wreszcie walka
zwierząt o
pokarm i przetrwanie.
Również człowiek jest istotą poddaną
woli, która w
nim znajduje kulminację swej zachłanności; to człowiek bowiem jest
istotą
prześladowaną przez najrozmaitsze tęsknoty i pragnienia, pożądania i
duchowe
męki. Nie człowiek więc ma wolę, lecz wola ma w posiadaniu człowieka,
to nie
wola podporządkowana jest indywidualnej świadomości, lecz powołuje ją
do życia.
To, kim człowiek jest, sprawił kaprys od niego niezależny, kaprys
ślepej woli,
która wrzuciła go w świat nieustających tęsknot, pragnień,
cierpienia, zła. W
tym miejscu należy pełniej nakreślić stanowisko Schopenhauera wobec
wolności,
czy też nie-wolności człowieka. Otóż każda istota,
również człowiek, działa
tak, jak jest zmuszony działać, nawet gdy działa bez żadnego
zewnętrznego
przymusu, ponieważ „chce”, to jednak tego swojego
„chcenia” nie wybiera, to
świat otaczający go dostarcza określonych motywów, to
wreszcie takie a nie inne
cechy osobowości człowieka perswadują określone działanie i nawet jeśli
kształtowanie i modyfikowanie własnego charakteru jest możliwe, to
zawsze
pozostaje jakaś granica, jakiś podstawowy, specyficzny dla danego
człowieka
„rys” duchowy, który czyni go taką a nie
inną istotą, reagującą w taki a nie
inny sposób. Więc
o ile akty woli, akty
człowieczych wyborów i decyzji, można wytłumaczyć jego
charakterem, sam ów
charakter jest niewytłumaczalny, można go tylko zdefiniować jako
niewyjaśniony
kaprys woli, która go ukształtowała. Jednak
człowiek nie jest zupełnie bezbronny
wobec tej bezwzględnej siły woli, która uczyniła go tym, kim
jest: nawet w tym
zdeterminowanym świecie istnieje droga zbawienia, którą
staje się wyrzeczenie
się woli. Człowiek zresztą jest kluczem do całej przyrody, świata; w
nim,
stojącym na szczycie piramidy zjawisk i przedmiotów świata
przejawionego, wola
znajduje narzędzie, które ma moc rozszyfrowania świata i
jego prawdziwego oblicza
– dzieje się tak za sprawą aktu refleksji, efektu połączenia
zewnętrznego i
wewnętrznego doświadczenia, do którego zdolna jest tylko
istota człowiecza.
Jeśli więc w człowieku wola objawia najsilniej swą bezwzględność i
skłócenie,
to jednocześnie człowiek jedynie otrzymał szansę przezwyciężenia jej.
Powstaje
nawet pewien paradoks: wola uprzedmiotowiona, ujednostkowiona,
największą swą
moc manifestuje w indywiduach wybitnych, obdarzonych niespotykanymi
talentami –
mędrcach, geniuszach, świętych. I w nich też właśnie, wyjątkowych,
wybranych,
dokonać się może przełamanie iluzji automistyfikacji woli, oni to mają
największą moc trwałego i zupełnego wyrzeczenia się woli i
powrócenia na łono
pierwotnej Jedności.
Kategoria schopenhauerowskiej woli wyłania zatem
świat, w którym cierpienie, zło, niepewność, podniesione
zostają do rzędu
zasady a poczucie lęku, zagubienia, poczucia niesprawiedliwości i
permanentnego
zagrożenia ustanawia
przedmiot rozważań
Schopenhauera (choć „lęk” jako kategorię naczelną
wprowadzi dopiero
Kierkegaard), który tym samym staje się przedstawicielem
filozoficznego
pesymizmu, kreśląc świat jako zły z samej swojej istoty, jako
„najgorszy z
możliwych”. Metafizyka woli – rozbitej,
skłóconej, bezwzględnej, ślepej – ma
wskazać i uzasadnić bezczynność i powstrzymanie się od działania
(chyba, że w
imię dobra innej istoty), uwolnić od wyrzutów sumienia wobec
świata, w którym
zło nieskończenie przewyższa wszelkie dobro. Tylko całkowite
powściągnięcie
woli życia, a zatem pragnień, dążeń, tęsknot, pożądań i nadziei,
wywieść może
ku najwyższemu dobru: ustaniu cierpienia, wiecznemu spokojowi
(znów uderza
podobieństwo do wschodniej koncepcji osiągnięcia nirwany, czy też
mokszy, jako
ostatecznego celu i sensu życia).

Pozostańmy jeszcze chwilę przy kategorii zła w
schopenhauerowskiej wizji świata, aby przyjrzeć się etycznym
konsekwencjom jego
wszechobecności. Zło istnieje nieuchronnie, przewyższa nieskończenie
sumę
dobra, a jego źródłem jest indywidualizacja,
ujednostkowienie,
uprzedmiotowienie woli, która skłócając się
wewnętrznie - w efekcie czego
pojawia się świat pełen powszechnego partykularyzmu i egoizmu,
wypełniony
tłumem skonfliktowanych istot mających na względzie wyłącznie swe
indywidualne
cele – stwarza tym samym piekło. Wina świata polega więc na
samym jego
istnieniu, a elementarna prawda wszelkiej samowiedzy leży w
dostrzeżeniu, że
istnienie jest synonimem cierpienia (znów narzuca się
porównanie z myślą
indyjską, gdzie jednym z imion świata przejawionego, świata samsary, jest duhkha,
czyli cierpienie). Każda istota tego świata wiecznie czegoś
pragnie, do czegoś dąży, doświadcza nieustannego niedosytu, a przez to
cierpienia. Zło jest wg Schopenhauera zawsze pierwotne do dobra,
które jest w
zasadzie „brakiem zła”, czy też jego tymczasowym
zawieszeniem. Zawsze też
istnieje krzywda: wyrządzana (sygnalizują ją wyrzuty sumienia) lub
doznawana
(odczuwana jako cierpienie, zło bezpośrednie). W obliczu zła człowiek
stoi sam,
nie ma co liczyć na żadnego mesjasza, anioła-mściciela, Boga czy
przyszłe pokolenia,
a dopóki będzie istniał świat, dopóty będzie zło
i cierpienie. W tym miejscu
warto zwrócić uwagę na kolejny punkt stanowiący o rozdźwięku
myśli
schopenhauerowskiej z koncepcjami jemu współczesnych: w
dziewiętnastym wieku
idea mesjanizmu, koncepcja narodu, świata odkupionego przez jednostkę
była
przecież niezwykle żywa, tymczasem Schopenhauer głosi: „tylko
ty sam uratować
możesz samego siebie, tylko od ciebie zależy, czy wyrzekniesz się
zła”. Już za
życia Schopenhauera dopatrywano się w jego filozofii nawoływania do
samobójstwa, interpretując w ten sposób postulat
„wyrzeczenia się woli i
świata”, jednak stanowisko filozofa wobec odbierania sobie
życia jest bardzo
wyraźne: podkreśla, że samobójstwo nie jest bynajmniej
sprzeciwieniem się woli
życia, a wręcz najwyższą jej apoteozą! Dzieje się tak, ponieważ u
podstaw
decyzji o ukróceniu własnego życia leży frustracja wywołana
takim natężeniem
pragnień danej jednostki, których nie jest ona w stanie
zaspokoić, że
postanawia ona sama się unicestwić. Jednak taka ucieczka do samego
siebie w
samobójstwo jest tylko jeszcze jednym kaprysem woli, dlatego
Schopenhauer
podkreśla: odbieranie sobie życia nie jest drogą zaprzeczenia złu, tą
drogą
jest jedynie świadome wyrzeczenie się świata, wyzbycie się wszelkich z
nim więzów
pod postacią pragnień czy nadziei.
“Na
samobójstwo można też patrzeć jak na
eksperyment, pytanie, które stawia się przyrodzie, chcąc
wymusić na niej
odpowiedź, a mianowicie, jakiej zmiany doznaje przez śmierć ludzkie
istnienie i
poznanie. Ale jest to eksperyment poroniony, gdyż likwiduje tożsamość
świadomości, która miałaby uzyskać odpowiedź”
[ A. Schopenhauer, W poszukiwaniu mądrości
życia. Parerga i
Paralipomena, str. 275, wyd. ANTYK, Kęty 2006]
Więc jaką postawę ma przybrać człowiek,
który wybrać
chce drogę wyrzeczenia się woli? Szlak prowadzi przede wszystkim przez
poznanie: prawdziwe, przenikające iluzoryczność świata
automistyfikującej się
woli, inicjowane przez ogląd, wiodące ku refleksji mającej moc
rozpoznania
rzeczywistej natury świata. Po wtóre, na pytanie o metodę
ustosunkowania się do
świata odpowiada etyka Schopenhauera, której kardynalną
zasadą staje się
postawa współczucia wobec wszelkich żyjących istot i
wyrzeczenia się własnych
pragnień. Każda krzywda wyrządzona z premedytacją, lecz i każdy czyn
wzbudzony
pobudkami osobistymi, sprzeciwiają się schopenhauerowskiej etyce.
Wartość
etyczną mają zatem wyłącznie czyny skierowane ku czynieniu dobra innej
istocie,
przy czym – tak jak u Kanta – liczy się intencja.
Czyn etyczny musi być czynem
bezinteresownym, nie mającym na celu dobra osoby działającej (czyli jej
dobrej
opinii, jaką zyska w oczach innych, czy swoich, czy jakiejkolwiek innej
korzyści). W akcie współczucia dokonywać się ma natomiast
zniesienie różnicy
między „ja” a „ty”, między mną
a resztą istot, będących przecież przejawem tej
samej woli, która i mnie powołała do życia. Utożsamienie,
zrównanie „tu” i
„tam”, „teraz” i
„kiedyś”, „mnie” a
„jego”, „twoje” a
„moje”, to jedna z
kardynalnych zasad etyki Schopenhauera, który powiada, że
podział na „ja” i
„ty” istnieje tylko w przedstawieniu, a w
rzeczywistości jedna i ta sama wola
wcieliła się w dwa różne przedmioty. „Moja
wola” i „cudza wola” są tym samym,
dlatego też cudze cierpienie można odczuć jako własne, za sprawą
swoistego przypomnienia,
anamnezy przywołującej wspomnienie pierwotnej jedności woli. Cierpienie
innego
budzi zatem współczucie uświadamiając istocie
współczującej jej własne, realne
zagrożenie, oraz lęk przed nim (choćby nieuświadomiony). Co istotne,
każdy akt
współczucia musi być nie tylko bezinteresowny, lecz w
równym stopniu
spontaniczny, wypływać ze szczerej, głębokiej intencji, lecz nigdy z
obowiązku,
jak dzieje się to w etyce kantowskiej. Schopenhauer zresztą podkreśla
także, że
uniwersalnej maksymy, co do której można by chcieć, aby
stała się obowiązującym
prawem, nie da się sformułować, gdyż potrzeby ludzkie są nieskończenie
zróżnicowane i podejście do nich musi być zawsze podejściem
indywidualnym,
uwzględniającym różnorodną duchową gradację potrzeb każdej
pojedynczej istoty i
nie może być mowy o żadnym ujednolicaniu – czy to duchowym,
fizycznym, czy
emocjonalnym, etc. Współczucie, jako podstawa moralności,
jest dla
Schopenhauera jedynym motywem działania, któremu przysługuje
walor dobra.
Jakie miejsce w etyce Schopenhauera zajmuje
kategoria winy oraz zjawisko wyrzutów sumienia? Schopenhauer powiada, że
wina nie zaczyna się
wraz z czynem, lecz z samym istnieniem podmiotu zdolnego do czynu,
faktem, że
człowiek jest potencjalnie zdolny do czynu złego. Uprzedmiotowiona wola
wyposaża człowieka w zdolność refleksji pojęciowej, opierającej się na
mechanizmie racjonalizacji czynów, które wzbudziły wyrzuty sumienia. Człowiek
usiłuje udźwignąć ciężar winy, którą wywołały działania
będące w istocie
niewytłumaczalnym kaprysem woli, racjonalizując te działania za pomocą
refleksji pojęciowej: wyrządzając zło, (a potem doświadczając, choć nie
zawsze,
poczucia winy) maskuje je pod płaszczykiem idei w rodzaju sławy,
honoru, dumy
narodowej, postępu, sprawiedliwości, wolności czy Boga, ukrywając tak
naprawdę
egoistyczne, partykularne dążenie do autoafirmacji i samopotwierdzenia
woli,
która w nim triumfuje. Refleksja pojęciowa staje się więc
narzędziem woli,
która zaspokajając swe pożądania, nim ucisza wyrzuty
sumienia, przyrodzone
wyłącznie człowiekowi. Specyfikę ludzkiej winy określa próba
ucieczki przed
wyrzutami sumienia wspierana przez racjonalizację świata oraz własnych
działań,
decyzji, wyborów.
Schopenhauerowski człowiek to istota samotna,
rzucona we wrogi, obcy, skłócony świat, istota cierpiąca bez
miary w swym
osamotnieniu, w swoich najbardziej zróżnicowanych potrzebach
i wrażliwości
„istota najnieszczęśliwsza pod słońcem”, wciąż
prześladowana nie dającymi się
zaspokoić pragnieniami, pożądaniami, tęsknotami. Kościoły, narody,
idee,
rozmaite instytucje, zostały w dużej mierze stworzone ku
przezwyciężeniu
człowieczego osamotnienia, darowaniu choćby minimum bezpieczeństwa i
poczucia
sensu w nieprzyjaznym, groźnym świecie. W człowieku jednak świat
znajduje swój
sens, w nim wola zyskuje świadomość i tylko w nim może być
przezwyciężona.
Jednak możliwość przełamania bariery własnego, jednostkowego istnienia
dana
jest nielicznym: Schopenhauer definiuje ich jako geniuszy i jako
świętych. Oni
to – w swym geniuszu, czy w swym altruizmie –
potrafią powściągnąć indywidualne
pobudki i zaprzeczyć woli życia, własnemu egoizmowi. Geniusze to
przewodnicy
ludzkości, którym obca jest przyziemna krzątanina
wokół swych małych,
egoistycznych problemów; to twórcy, myśliciele,
artyści, widzący głębiej,
czujący mocniej, potrafiący wyrazić to piękniej i pełniej. Geniusz nie
potrzebuje „pocieszaczy” pod postacią idei,
instytucji, Boga: sam jest władny
udźwignąć własną
samotność i spojrzeć
złu prosto w oczy. Jedyne, co usprawiedliwia istnienie świata, to
pojawianie
się w nim istot genialnych i świętych: stanowią oni jedyną przeciwwagę
dla
potopu wszechobecnego zła. Schopenhauer postuluje nawet taki ład
społeczny,
który miałby na względzie przede wszystkim dobro świętych i
geniuszy,
reprezentantów i przewodników całej ludzkości;
najszczytniejszym zadaniem
ludzkości określa nawet stworzenie takich warunków (uwaga ta
odniesiona jest w
stosunku do modelu idealnego państwa wg Schopenhauera), w
których mogłaby
rozwijać się potęga ducha wcielona w te wybitne jednostki (w myśl
zasady, że
wielkość duchowa jednostki jest dobrem wspólnym). Domeną geniuszu jest wiedza,
również (czy
nawet przede wszystkim) ta przemawiająca językiem sztuki. Dzieło sztuki
stworzone przez geniusza, dostarcza czystego, bezinteresownego
przeżycia, jego
odbiorca kontemplując je zapomina na ten moment o woli życia, swych
egoistycznych potrzebach, jednocząc się z pierwotną Jednią. Należy
jednak
podkreślić, że twórczość oraz jej kontemplacja nie mogą wg
Schopenhauera w
pełni wyzwolić jednostki spod panowania żarłocznej woli. Jedynym zatem
sposobem
wyeliminowania zła i cierpienia pozostaje całkowite wyrzeczenie,
absolutna
asceza, bezpragnieniowość, wygaśnięcie pożądań, będące ukoronowaniem
całej
koncepcji systemu Schopenhauera.
Jakkolwiek myśl schopenhauerowska zogniskowana
jest w dużym stopniu na problemach dotyczących człowieka jako
jednostki, oraz
jego soteriologicznemu zadaniu wyswobodzenia się spod władzy zła,
filozof
zawarł w swym systemie również niezwykle bogate refleksje
poruszające zagadnienia
z zakresu niezwykle różnorodnych dziedzin życia:
spostrzeżenia dotyczące
kwestii natury społecznej, komentarze nakreślające ówczesną
stronę obyczajową
ludzkiego życia, szkice z zakresu fizjonomiki, nauki o barwach,
wplecione
między uwagi o prawie, polityce, państwie, rozważania o kobietach,
czytaniu
książek, hałasie i wrzawie, sukcesie i klęsce, archeologii, wychowaniu,
metafizyce piękna i estetyce, praca dotycząca erystyki, aforyzmy,
wreszcie
kilka wierszy – słowem, nie ulega wątpliwości, że Arthur
Schopenhauer
zadośćuczynił z głęboką konsekwencją własnemu postulatowi, w
którym zastrzegł
poświęcić życie bacznemu przyglądaniu się życiu, w każdym z możliwych
przejawów, z którymi przyszło mu się zetknąć , a
schopenhauerowska metafizyka
woli zainspirowała potem wielu wybitnych myślicieli i
twórców: Friedricha
Nietzsche, Richarda Wagnera, Ludwiga Wittgensteina, Alberta Einsteina,
Sigmunda
Freuda, czy Karla Krausa.
*
*
*

22 lutego 1788 roku w Gdańsku, w kamienicy przy
ul. Świętego Krzyża 114 (obecnie nr 47) ze
związku Henryka Florisa Schopenhauera i
jego dwadzieścia lat młodszej żony, Johanny, przyszedł na świat
chłopiec,
któremu ojciec nadał imię Arthur. Pięć lat
później Schopenhauerowie
wyemigrowali do Hamburga. Wolą ojca, zamożnego kupca i właściciela domu
handlowego, było wykształcenie syna do przejęcia po nim zawodu: pragnął
uczynić
z Arthura błyskotliwego, obrotnego kosmopolitę, gruntownie
wykształconego i
zaangażowanego w kupiecki fach. Gdy chłopiec miał osiem lat, ojciec
zabrał go
do Francji, gdzie przez dwa lata pozostawał u przyjaciół
rodziny w Hawrze,
opanowując błyskotliwą znajomość języka francuskiego. Po powrocie,
przez cztery
lata pobierał nauki prywatnie; wtedy też pojawiły się w nim tęsknoty za
karierą
naukową, do której zdeterminowanie zaczynał w sobie
odkrywać. Jednak ojciec,
wciąż będąc przekonanym, że syn przejął po nim żyłkę kupiecką, postawił
przed
Arthurem wybór: gimnazjum albo wielka podróż po
całej Europie pod warunkiem
wyboru kupieckiego zawodu. Chłopiec, pełen ciekawości świata i wrażeń,
wybiera
podróż. Rozpoczęła się wędrówka: najpierw
Holandia, potem dziewięciomiesięczny
pobyt w Anglii, gdzie Arthur przyswoił znajomość języka angielskiego,
następnie
zimowe miesiące w Paryżu, Bordeaux, Montpellier, Nîmes,
Marsylia, Tulon, Lyon,
po czym przyjazd do Szwajcarii, Wiednia, Drezna, Berlina. Dojrzały
Arthur
Schopenhauer tak będzie wspominał tę wielką przygodę młodości:
„Jest jasne, że przez tę długotrwałą
podróż
dwa lata młodości, które można było jeszcze poświęcić na
wyuczenie się klasyki
i języków, pod tym względem upłynęły mi całkiem
bezużytecznie. A mimo to dziś
jeszcze powątpiewam, czy nie wyszedł mi na dobre plon owej
podróży, który tamtą
utraconą korzyść całkowicie równoważy, ba, nawet przewyższa!
Ponieważ właśnie w
latach budzącej się dojrzałości, w których duch ludzki jest
najbardziej otwarty
na wszelkiego rodzaju wrażenia, jak też najbardziej chłonny, ciekawy i
złakniony poznania, umysł mój nie był napchany, jak to
zazwyczaj bywa, czczymi
słowami i informacjami o rzeczach, których nie
mógł jeszcze prawidłowo i
odpowiednio poznać, tępiąc i nużąc w ten sposób pierwotną
bystrość umysłu;
zamiast tego, podsycany oglądem rzeczy i prawdziwie informowany,
nauczył się
przeto, czym oraz jakie są rzeczy, jeszcze zanim wchłonął
rozpowszechnione
opinie o ich wyglądzie i zmianach. Koniec końców cieszę się
zatem, że idąc tą
drogą wcześnie zostałem przyzwyczajony do tego, aby nie poprzestawać na
samych
słowach, lecz bardziej niż szumne słowa cenić raczej ogląd, wrażenie i
bezpośrednie
poznanie rzeczy. W ten sposób ustrzegłem się w przyszłości
przed znajdowaniem
zadowolenia jedynie w słowach zamiast w samych rzeczach. Dlatego
zupełnie nie
mam powodu, aby żałować owego czasu spędzonego w podróży”.
[ W. Abendroth, Arthur Schopenhauer, str. 17-20, wyd.
Dolnośląskie, Wrocław 1998] .
Można zatem z dużym prawdopodobieństwem uznać, że to właśnie owa
młodzieńcza
wędrówka po Europie ukształtowała w późniejszym
filozofie przekonanie, że
prawdziwa mądrość płynie z samodzielnego, indywidualnego
„odczytywania księgi
świata”.

W początkach 1805 roku Arthur rozpoczyna
spełnianie zobowiązania: praktykę kupiecką. Mimo konieczności
zadośćuczyniania
uciążliwym obowiązkom i powinnościom pomocnika handlowego,
siedemnastolatek
pochłania książki i fascynuje się naukowymi odkryciami (jak na przykład
badaniami budowy czaszki ludzkiej prowadzonymi przez frenologa Galla,
na
którego wykłady potajemnie uczęszcza). W kwietniu ma miejsce
tragiczne
wydarzenie – śmiertelnemu wypadkowi ulega ojciec Arthura,
wypadając z luku
spichlerza do kanału. Jest to wedle dużego prawdopodobieństwa śmierć
samobójcza: w okresie poprzedzającym owo wydarzenie Heinrich
Floris cierpiał na
postępującą głuchotę, pogrążając się jednocześnie w depresji i
melancholii.
Arthur winy za całą tę sytuację upatruje w pewnym stopniu w zachowaniu
matki,
która wedle jego słów przyjmowała gości i bawiła
się, podczas gdy ojciec
pogrążał się w chorobie i smutku; „taka jest miłość
kobiety” konstatuje gorzko.
Być może owo przeświadczenie o „nieczułości” matki
stanie się jedną z przyczyn
sarkastycznego stosunku Schopenhauera w odniesieniu do kobiet. Aby
jednak
pełniej nakreślić sytuację, należy zauważyć, że Johanna Schopenhauer
była
kobietą intelektualnie błyskotliwą, światłą, o żywym usposobieniu i
fantazji,
gorącym temperamencie i dużych potrzebach towarzyskich, młodszą od
swego męża o
dwie dekady, trudno więc dziwić się, że nie pragnęła podzielać
mężowskiego
umartwienia i starczego zgorzknienia, w które popadł
Heinrich Schopenhauer, tym
bardziej, że prócz melancholii prześladowały go okresowo
napady złości. Johanna
zresztą nie poprzestała wyłącznie na beztroskim nurzaniu się w urokach
życia
towarzyskiego: w późniejszym okresie życia dała się poznać
jako zapalona
literatka, prowadząc w Weimarze salon towarzysko-literacki (gdzie
gościł m. in.
Goethe) i pisząc powieści, wiersze, drobne utwory literackie, prowadząc
także
dziennik (pt. „Gdańskie wspomnienia
młodości”, który już po jej śmierci
opublikowała jej córka Adela).
Po śmierci ojca jeszcze przez dwa lata Arthur
kontynuuje praktykę kupiecką, zanim wywalczy sobie zgodę na porzucenie
działalności handlowej. Matka wraz z młodszą siostrą Arthura, Adelą
(urodzoną w
roku 1797) przenosi
się do Weimaru. W
dwudziestym roku życia Arthur zaczyna uczęszczać do gimnazjum,
nadrabiając
braki przede wszystkim w znajomości łaciny. Już w tamtym czasie
zaznacza się
silnie charakterystyczny dla jego osobowości rys bezceremonialnego
nonkonformisty, czym niejednokrotnie zraża do siebie otoczenie. W roku
1809
zostaje przyjęty na uniwersytet w Getyndze. Przez rok studiuje
medycynę, by w
końcu zdecydować o podjęciu studiów filozoficznych,
które inicjuje zgłębiając
intensywnie dzieła Platona i Kanta, których myśl wytyczyła
późniejsze ścieżki
schopenhauerowskiej refleksji. Wówczas też uczęszcza na
wykłady ze wszystkich
dziedzin ze szczególnym uwzględnieniem przyrodoznawstwa,
pomijając jedynie
teologię.
Schopenhauer odwiedza także co pewien czas matkę w
Weimarze, uczestnicząc w organizowanych w jej domu spotkaniach
ówczesnej
„śmietanki kulturalnej”; wtedy też poznaje
Goethego, z którym połączy go
serdeczna zażyłość i wzajemny szacunek, pomimo znacznej
różnicy wieku.
Podejmują m.in. wspólne badania nad fizjologią oka i
percepcją barw.
Schopenhauer napisze potem rozprawę podsumowującą ich dwuletnią
współpracę
badawczą (O widzeniu i kolorach,
1816), której jednak Goethe nie zaakceptuje, dostrzegając
wyraźny rozdźwięk pomiędzy
własnym punktem widzenia, a wnioskami swego młodego przyjaciela.
Po przeniesieniu się z Getyngi do Berlina, w latach
1811-1812 Schopenhauer podejmuje studia u Fichtego i Schleiermachera. W
roku
1813 pisze swoją rozprawę doktorską, która przesłana zostaje
na uniwersytet w
Jenie i wkrótce opublikowana pt. Czworakie
korzenie reguły podstawy dostatecznej. Kolejny rok przynosi
definitywne
rozstanie z matką: Schopenhauer nie akceptuje sposobu życia Johanny,
jej
wolnych związków z mężczyznami oraz powierzchownych w jego
oczach kontaktów
towarzyskich; ona z kolei znużona jest jego „nieszczęsnym
dysputowaniem”,
„utyskiwaniem nad głupim światem i nędzą ludzką”,
„ponurymi minami i
dziwacznymi sądami”, czego bynajmniej nie ukrywa donosząc mu
w jednym z listów,
że jak tylko opuszcza jej dom, oddycha ona z ulgą.
Schopenhauer styka się także w tym czasie z
filozofią indyjską, osiadając w Dreźnie, ówczesnej stolicy
romantyzmu. Zaczyna
też pisać dzieło życia, które powstanie po czterech latach,
w roku 1818: Świat jako wola i przedstawienie.
Honorarium, jakie Schopenhauer otrzymuje, przeznacza na
podróż do Włoch, gdzie
ma nadzieję zawrzeć nowe znajomości, m.in. z bawiącym w Wenecji Byronem
(do
którego list polecający wysyła Goethe; podobno jednak
scenariusz spotkania ma
przebieg dość różny od tego, na jaki liczył filozof: lord
Byron mija Arthura
Schopenhauera pędząc w pełnym cwale na koniu). W czasie włoskiej
podróży
Schopenhauer zwiedza Rzym, Bolonię, Florencję, Mediolan, Neapol oraz Wenecję, gdzie wdaje
się w romans z damą
należącą do arystokracji; wbrew bowiem swemu sarkastycznemu, czy wręcz
wrogiemu
stosunkowi wobec kobiet i starokawalerskiemu sposobowi życia, filozof
przez
całe swe życie angażował się w rozmaite miłosne związki.
W 1819 roku Schopenhauer popada w problemy
finansowe: znaczny majątek, który pozostawił po sobie jego
ojciec, zostaje
nieco nadwyrężony przez Joannę Schopenhauer, wpływ ma także gospodarczy
kryzys,
który zaczął się w roku 1817. Filozof wraca do Niemiec
– aby odzyskać
niezależność i swobodę finansową, która jest dla niego
jednym z warunków
wolności myśli, decyduje się ubiegać o stanowisko wykładowcy na
Uniwersytecie
Berlińskim. Po pomyślnie zdanym kolokwium habilitacyjnym (w
którym uczestniczył
Hegel, ówczesny rektor) podejmuje począwszy od semestru
zimowego roku
akademickiego 1820/1821 prelekcje z filozofii pierwszej. Schopenhauer
na swoje
wykłady świadomie wybiera godziny, w których zajęcia
prowadzi Hegel, który w
tym czasie święci triumfy popularności.
Schopenhauer
nie kryje się ze swą głęboką niechęcią do Hegla: skutek nie daje na
siebie
długo czekać – wykłady Schopenhauera po niespełna roku
zostają odwołane , czy
też, inaczej mówiąc, zbojkotowane przez
zwolenników (a była nimi zdecydowana
większość studentów) Hegla.
Uregulowanie sytuacji prawnej i poprawa sytuacji
gospodarczej, a wraz z nią odzyskana stabilizacja finansowa pozwalają
Schopenhauerowi spokojnie i bez wikłania się w znienawidzony przez
filozofa
świat akademicki podjąć dalsze badania, oraz kontynuować inną ukochaną
jego
działalność: podróżowanie. Z Berlina przenosi się do Drezna,
Monachium,
odwiedza znów Szwajcarię i Włochy. Przebywając w Rzymie,
ówczesnej siedzibie
niemieckiej kolonii romantyków wyznających idee
bogoojczyźnianej mistyki,
publicznie oświadcza, że uważa Niemcy za naród najgłupszy ze
wszystkich, z
czego wynika jednak istotna zaleta: niemiecki brak religijności.
Oczywiście trudno
nie domyślać się, że odtąd Schopenhauer zaczyna być postrzegany przez
swych
rodaków jako persona non grata,
a
każdy „przyzwoity” Niemiec wypowiada się o nim z
niesmakiem.
Kolejne lata upływają Schopenhauerowi nad
tłumaczeniami na łacinę jego pracy o widzeniu i kolorach, oraz
komentarzach i
uwagach związanych z problematyką Świata jako woli….. W 1831
Schopenhauer
opuszcza Berlin, przede wszystkim z uwagi na szalejącą epidemię cholery
(na
którą umiera Hegel), aby osiedlić się we Frankfurcie nad
Menem, gdzie przez
następne trzydzieści lat pozostanie, pędząc życie według ściśle
ustalonego
rozkładu, konsekwentnie unikając jakichkolwiek związków ze
środowiskiem
uniwersyteckim czy w ogóle filozoficznym, mając za
towarzystwo jedynie psy
(pudle, którym zawsze nadaje imię Atma, co w sanskrycie
oznacza ‘duszę świata’)
– zdziwaczały odludek, bojaźliwy i zabobonny, wciąż jednak
pełen ogromnego
zapału do pracy badawczej, czujny i wnikliwy obserwator świata i
człowieka.
W 1835 roku wydaje własnym nakładem pracę O woli w przyrodzie, studium mające
potwierdzić jego koncepcję metafizyki woli odniesioną do najnowszych
odkryć
przyrodoznawstwa. W roku 1838, w ramach konkursu rozpisanego przez
Norweskie
Towarzystwo Naukowe pisze rozprawę O
wolności ludzkiej woli(zdobywa ona pierwszą nagrodę),
przygotowując
jednocześnie pracę O podstawie moralności. Pracuje także nad drugim
tomem Świata jako……….,
nie zważając na
niepowodzenie czytelnicze tegoż dzieła. Pod
koniec 1851 roku ukazuje się jego ostatnie
dzieło, Parerga i Paralipomena,
luźny
zbiór rozpraw i aforystycznych uwag na rozmaite tematy.
Mimo, iż Parerga…
zawiera poglądy nie różniące
się niczym od refleksji, które składały się na dzieła
poprzednie, spotyka się
zaraz po jej wydaniu z tak wieloma pochlebnymi recenzjami, że w
rezultacie
filozofia Schopenhauera wywyższona zostaje do miana filozofii
europejskiej
rangi, a wokół filozofa zaczyna gromadzić się krąg
admiratorów jego poglądów. Nie
bez znaczenia dla tego nagłego wybuchu zachwytu dla schopenhauerowskiej
myśli
pozostaje fakt, że skończyły się czasy świetności Hegla i historyzmu
niemieckiego.
Siedemdziesięcioletni Schopenhauer doświadcza
zatem uznania, na które liczył przez całe swoje życie od
chwili, gdy
sformułował fundamentalne koncepcje swojej filozofii. W przedmowie do
trzeciego
wydania Świata…..napisze:
„Wreszcie i ja jestem u celu i mam
tę
satysfakcję, że u kresu życia widzę początek mego wpływu”.
[J. Garewicz, Schopenhauer, wyd.
Wiedza Powszechna,
Warszawa 2000, str. 79]
Arthur Schopenhauer umiera w wieku lat
siedemdziesięciu
dwóch, 21 sierpnia 1860 roku.
* * *
“Żadna
jednostka nie nadaje się do wiecznego trwania; śmierć ją unicestwia. My
jednak
nic na tym nie tracimy. Albowiem u podstaw istnienia indywidualnego
leży
całkiem inne, którego tamto jest uzewnętrznieniem. To
istnienie nie zna czasu,
a więc ani trwania, ani zagłady.
Gdybyśmy
pomyśleli sobie istotę, która by wszystko poznała,
zrozumiała i ogarnęła
wzrokiem, to pytanie, czy trwać będziemy po śmierci, nie miałoby dla
niej
zapewne żadnego sensu, gdyż poza naszym doczesnym, indywidualnym
istnieniem
trwanie i koniec nie miałyby już żadnego znaczenia. Byłyby pojęciami
nierozróżnialnymi, gdyż w stosunku do naszej właściwej i
prawdziwej istoty lub
ukazującej się w naszym przejawie rzeczy samej w sobie nie miałyby
zastosowania
ani pojęcie zagłady, ani dalszego trwania, wywodzą się bowiem z czasu,
który
jest tylko formą zjawiska. My tymczasem możemy pomyśleć sobie
niezniszczalność
owego jądra naszego zjawiska jedynie jako jego przetrwanie, i to
właściwie na
wzór materii, która przy wszystkich zmianach form
trwa w czasie. Jeśli odmówi
się mu tego dalszego trwania, to ujrzymy nasz doczesny koniec jako
unicestwienie, na wzór formy, która znika, kiedy
odbierze się jej nośnik –
materię. (…)
W
rzeczywistości jednak trzeba potraktować nieustanne powstawanie nowych
istot i
ginięcie istniejących jako złudzenie wywołane aparaturą
dwóch szlifowanych
szkieł (funkcji mózgu), przez które jedynie
możemy coś zobaczyć: zwą się
przestrzenią, czasem, a gdy nawzajem się przenikają, przyczynowością.
Albowiem
wszystko, co spostrzegamy w tych warunkach, jest tylko zjawiskiem. Nie
poznajemy zaś rzeczy takich, jakimi są same w sobie, tj. niezależne od
naszego
spostrzegania. (…)
Formą
tego istnienia, które nie bierze udziału w śmierci
jednostki, nie jest czas ani
przestrzeń; wszystko jednak, co dla nas realne, w nich się pojawia;
dlatego
śmierć ukazuje się nam jako unicestwienie.
Każdy
czuje, że jest czymś innym niż istotą stworzoną niegdyś przez kogoś z
nicości.
Stąd pewność, że śmierć może wprawdzie położyć kres jej [istoty] życiu,
ale nie
jej istnieniu.
Dzięki
czasowi jako formie poznania człowiek (tj. potwierdzenie woli życia na
najwyższym szczeblu jej obiektywizacji) ukazuje się jako ród
ludzi, którzy
stale na nowo się rodzą i następnie umierają. Człowiek jest czymś innym
niż
ożywioną nicością; a zwierzę też.
Jakże
więc można na widok śmierci jakiegoś człowieka sądzić, że tu unicestwia
się
rzecz sama w sobie? Raczej bezpośrednim i intuicyjnym poznaniem każdego
człowieka jest, że tylko zjawisko znajduje kres w czasie, tej formie
wszelkich
zjawisk, co nie narusza rzeczy samej w sobie, dlatego w każdych czasach
starano
się to wyrazić najrozmaitszymi formami i wyrażeniami, które
jednak bez wyjątku
wywodzono ze zjawiska i ich właściwy sens do niego się odnosi.
Kto
sądzi, że jego istnienie ogranicza się do obecnego życia, ten uważa
siebie za
ożywioną nicość; albowiem był nicością przed trzydziestu laty i za
trzydzieści
lat będzie znowu nicością.
Gdybyśmy poznali na wskroś, do głębi naszą własną istotę, uznalibyśmy za śmieszne domaganie się nieprzemijalności jednostki. Oznaczałoby to bowiem rezygnację z samej owej istoty w zamian za jeden z niezliczonych jej przejawów, rozbłysków”.
[ A. Schopenhauer, W
poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i Paralipomena, Przyczynek do nauki o niezniszczalności
naszej prawdziwej istoty przez śmierć, str. 241-243, wyd.
ANTYK, Kęty
2006]

AR
Bibliografia