W
sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer.
Z półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel
dnia. Przechodnie,
brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem,
a
podciągnięta górna warga odsłaniała im dziąsła i zęby. I
wszyscy brodzący w tym
dniu złocistym mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce
nałożyło swym wyznawcom
jedną i tę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy,
którzy szli
dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,
pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na
twarzy,
szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskę kultu
pogańskiego.
Rynek
był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu
gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z
pustki
żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami
szlachetnie
uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych
gobelinach. Zdawało
się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając teatralnie swe korony,
ażeby w
patetycznych przegięciach ukazać wytworność wachlarzy listnych o
srebrzystym
podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane
wiatrami wielu
dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami
barw,
rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje
dni
letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni
tynku)
obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej
prawdziwe
oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które
formowało je od wewnątrz. Teraz
okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu
swą
pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.[1]
Czy nie
należałoby nazwać mocarnym alchemikiem
kogoś, kto posiadłszy sekret transmutacji słowa, przywrócił
do życia na kartach
swych opowieści efemeryczne epoki czasu minionego, mitycznego: czasu
dzieciństwa? Który zgłębił tajemnicę pozornie martwej
materii, w której wnętrzu
pulsuje nieopanowany potencjał najbardziej nieoczekiwanych przeobrażeń,
gotowych uwolnić się w niespodziewane, fantastyczne formy?
Który zdołał słowem,
niczym magicznym zaklęciem, przechytrzyć nieubłaganą nieodwracalność
czasu,
każąc mu wciąż na nowo się odradzać? Który obdarzył wiecznym
trwaniem tych,
którzy dawno już odeszli i te miejsca, których
dawno już nie ma?
Urodzony w 1892 roku w
kupieckiej rodzinie Żydów
galicyjskich jako najmłodsze i najwątlejsze z trojga rodzeństwa, Bruno
Schulz
dał się poznać jako autor jedynych w swoim rodzaju utworów
literackich, jakimi
niewątpliwie pozostają Sklepy Cynamonowe
oraz Sanatorium
pod Klepsydrą.
Druga
strona jego dorobku artystycznego to twórczość plastyczna,
która jest dowodem
niezwykle oryginalnej, indywidualnej intuicji twórczej
Schulza, który przecież,
o czym należy pamiętać, był malarskim i literackim samoukiem. Przez dwa
lata studiował
co prawda architekturę na politechnice
we Lwowie, naukę przerwał jednak z powodu choroby(ciężkie zapalenie
płuc i
niedomoga serca), a wybuch pierwszej wojny światowej uniemożliwił mu
powrót na
studia. Otarł się jeszcze o architekturę w Wiedniu, ale nie zagrzał tam
miejsca. Wraz z wybuchem I wojny skoczyła się na zawsze
„genialna epoka”, którą
zapoczątkowała śmierć ukochanego ojca. Schulz, żarliwy czciciel kultu
materii i
wyznawca demiurgicznych mocy dzieciństwa, szukał ucieczki w
twórczości, która
stała się dla niego antidotum na trwogę przed zachłannym czasem, własny
pogarszający się stan zdrowia, tragiczne wydarzenia wojenne, wreszcie
grozę
Holocaustu.
Rodzinne miasto Schulza, Drohobycz, jedno z
prowincjonalnych miast Małopolski Wschodniej, na skutek
rozbiorów Polski, już w
XVIII w. znalazło się we władaniu Austrii. Po niespełna stu latach od
upadku
Rzeczpospolitej, jej południowe ziemie, Galicja, doczekały się praw
autonomicznych, także w zakresie oświaty i szkolnictwa. Dlatego też
urodzony
ćwierć wieku po wprowadzeniu autonomii Schulz pobierał nauki w szkole
noszącej
co prawda imię cesarza Franciszka Józefa, lecz z polskim
językiem nauczania. Przełom
XIX i XX w. był czasem wielkich przemian
ekonomicznych i społecznych ; także Drohobycz, z pobliskim Borysławiem,
za
sprawą rozbudowy i eksploatacji znajdującego się tam zagłębia
naftowego, stał
się centrum naftowego przemysłu. „W
cieniu tych wielkich przemian, na uboczu rozległych inwestycji, w swych
starych, zasiedziałych kątach wiodło swój żywot drobne
kupiectwo i podupadające
rzemiosło, często na krawędzi biedy i bankructwa. Z takiego to właśnie
rodu
drobnych kupców żydowskich wywodzi się wielki herezjacha
– Bruno Schulz”. [2]
![[Rys.1] Drohobycz- miasto Schulza (ok.1905).](images/11a.jpg)
Jakub i Henrietta, rodzice
Brunona zajmowali wraz
z rodziną pierwsze piętro osiemnastowiecznej kamieniczki mieszczącej
się na
drohobyckim rynku, tuż nad sklepem bławatnym, prowadzonym przez pana
Jakuba pod
szyldem „W
pamięci Brunona ojciec jego zachował się jako
człowiek już podeszłym wieku, o „
przygarbionej postaci, ascetycznie
wychudzonej, z posiwiałą brodą bielejącą w głębi mrocznego
sklepu”[3] – nic
w tym
dziwnego wziąwszy pod uwagę, że Jakub Schulz liczył lat czterdzieści
sześć w
roku, gdy przyszedł na świat jego najmłodszy potomek, Bruno,
który jako
dojrzały już człowiek i twórca będzie w takiej właśnie
postaci – starczej,
dostojnej, tajemniczej, obdarzonej niekiedy atrybutami maga –
przedstawiać ojca
w swoich rysunkach i opowieściach. Jakub Schulz był znany w miasteczku
jako
kupiec-marzyciel, wyróżniający się błyskotliwym dowcipem i
inteligencją, przy
czym słabego zdrowia, chudy i wątły, często niedomagający.
Bruno uwielbiał go niemal bałwochwalczo,
czując z nim silne duchowe pokrewieństwo a sklep jego czyniąc
później główną
scenerią swych mitycznych historii. Tak też śmierć ojca w 1915 roku,
dla
dwudziestotrzyletniego niespełna Bruna była tragicznym,
najboleśniejszym ciosem
zatrzaskującym na zawsze „szczęśliwą epokę” jego
życia, a jego najpierwsze
literackie przedsięwzięcia były próbą mitycznego
wskrzeszenia ojca, którego na
kartach Sklepów
Cynamonowych i Sanatorium pod
Klepsydrą
wciela w świat
rzeczy otaczających: w wypchanego sępa, futro pulsujące jego oddechem,
w kraba
ugotowanego, ale jeszcze zdolnego do udanej ucieczki. W ten
sposób duch ojca
przechodzi przez różne inkarnacje, istniejąc nieprzerwanie w
czasie mitycznym,
przywróconym, mimo swej pozornej nieobecności w czasie
rzeczywistym,
jednokierunkowo upływającym, nieodwracalnym.
Henrietta Schulz, kobieta
tęgawa, przy czym
łagodna i zrównoważona, pełna pogody duchowej, była
uosobieniem praktyczności,
życiowej trzeźwości, gwarancją bezpieczeństwa, a przy tym matką
niezwykle
troskliwą, opiekuńczą i czułą, oraz absolutnie oddaną, zwłaszcza wobec
Bruna,
od dziecka wątłego, skrytego, nieśmiałego i chorowitego. Matka była
poręką
bezpieczeństwa i gwarantem stabilności domu rodzinnego: Bruno bardzo
do niej
przywiązany , odczuwał jednakże już od lat najmłodszych wyższość
sklepowych
rytuałów ojca nad domową krzątaniną matki. Duchowo dalsza,
pojawia się
parokrotnie w utworach literackich Schulza, jednak nie znajdując w
mitologii
schulzowskiej miejsca równie poczesnego, jakie przypadło
postaci ojca, który
staje się de facto wyrazicielem poglądów
twórczych swego syna.
W domu Schulzów używało się języka
polskiego i
niemieckiego, a jego mieszkańcy „bardziej
byli związani ze sklepowymi liczydłami niż synagogalną menorą”[4].
Tak też rodzice
Bruna nie przekazali mu języka przodków, którego
nigdy nie poznał. Jakkolwiek
nieobojętne mu były żadne mity, czy sakralne obrządki. „Obcując z nimi, pogrążał się w aurze mitycznych
początków, w magii
rytuału, powracał do >>matecznika poezji<<,
wbrew mijaniu czasu,
brał niejako udział w tworzeniu się kosmogonii”. [5]
Już jako dojrzały
pisarz, Bruno lubił, choćby biernie, uczestniczyć w uroczystych
obrzędach
religijnych i choć daleki w istocie praktykom religijnym, zdarzało mu
się
wmieszać w tłum hałaśliwie obchodzący żydowskie święto Jom Kippur.
Również
postać Chrystusa, jak wspominają niektórzy z
uczniów Schulza, fascynowała go w
dużym stopniu, za sprawą czego niektórzy wyciągali pochopny
wniosek, że Schulz
przeszedł na katolicyzm, co faktycznie nie było prawdą.
Nadwrażliwy,
chorowity, lękliwy wobec
rówieśników
i uciekający w samotność a przy tym niezwykle czuły (litujący się
–karmiąc je
cukrem- nawet nad jesiennymi muchami obijającymi się o szyby, )
chłopiec, jakim
pozostał właściwie do końca swych dni, był bardzo uzdolnionym uczniem:
(jedynie
gimnastyka, jak zresztą można by przypuszczać, była dla Bruna udręką)
szczególnym zamiłowaniem darzył jednak już od pierwszych
klas język polski i
rysunki. Tak wspomina dojrzały już Schulz swoje dziecięce zamiłowanie
do
rysunku w liście do
Stanisława Ignacego
Witkiewicza: „Początki mego
rysowania
gubią się we mgle mitologicznej. Jeszcze nie umiałem mówić,
gdy pokrywałem już
wszystkie papiery i brzegi gazet gryzmołami, które wzbudzały
uwagę otoczenia”[6].
Schulz wspomina
także o pewnych symbolach (np. obraz
konia
i dorożki nocą wyjeżdżającej z mrocznego lasu), które
objawione już w
dziecinnych rysunkach, przetrwały w dojrzałej jego
twórczości.
![[rys.2] Autoportret (1919).](images/7.jpg)
Wielki duchowy
marzyciel i
samotny indywidualista
mimo swej nieśmiałej, nienarzucającej się i wycofanej natury wzbudzał
wśród kolegów
pewien rodzaj zabobonnego szacunku; paradoksalnie, niepozorna
powierzchowność
Schulza, potęgowała jeszcze jego niekwestionowaną zjawiskowość (czy
nawet
„demoniczność”, jak niektórzy określali)
odczuwaną przez tych, którzy się z nim
zetknęli. Już sam jego sposób mówienia
– głosem miękkim, ściszonym, zbliżonym
niekiedy do szeptu- miał jakąś nieodpartą siłę przekonywania.
Nieśmiałość jego
i pewien rodzaj nieustannego zakłopotania sprawiały, iż
rozmówcy jego instynktownie
nie pozwalali sobie wobec niego na poufałość, co potęgowało
doskwierające
Schulzowi przez całe życie poczucie wyobcowania[7],
które z biegiem lat miało stawać się tym większe, im
bardziej wyjaskrawiały się
samotnicze skłonności twórcy. Dręczony fobiami, m.in. lękiem
przed przepaścią
(zdarzyło się, że Schulz przebywając w Zakopanem, doznał na tyle
silnego
przypływu agorafobii, że w zupełnie bezpiecznym miejscu zaczął pełznąć
na
czworakach, póki z Boczania czy ze Skupniczego Upłazu nie
sprowadzili go ludzie
do Kuźnic) tym mocniej doświadczał wrogości otaczającego go świata.
Pełen
lęków, kompleksów, ogarnięty poczuciem niższości
Schulz jako twórca był
jednak niezwykle otwarty, szczery i
odrzucający wszelkie maski nawet w sferze najwstydliwszych choćby
treści,
ujawniając swoje najintymniejsze sekrety w całej ostrości: już we
wczesnym
okresie rysunki jego nabierają niedwuznacznie masochistycznego wyrazu,
a
pojawiające się w nich kobiety to wyrachowane władczynie dzierżące w
dłoniach
bicz, otoczone przez skarlałych, tarzających się wręcz z lubością we
własnym
upokorzeniu, czołgających się mężczyzn, z których jeden
niemal zawsze,
zwłaszcza w późniejszej twórczości, miewał
fizjonomię samego Schulza.
![[rys 3] "Dedykacja" vel "Introdukcja" , grafika z cyklu Xięga Bałwochwalcza](images/15a.jpg)
„Gdyby
można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą
powtórnie
dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnię i bezmiar – to
byłoby to ziszczeniem
>>genialnej epoki<<,
>>czasów mesjaszowych<<,
które nam
przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem
jest
>>dojrzeć<< do dzieciństwa. To by dopiero
była prawdziwa dojrzałość”[8]-
tak w roku 1936
pisał Schulz do młodego krytyka,
Andrzeja Pleśniewicza. I zdaje się, że Schulzowi udało się odnaleźć
klucz do
zaczarowanych wrót za którymi leżą krainy czasu
minionego: opowieści
schulzowskie to nie odtworzone wspomnienia, zastygłe niczym zasuszony
bratek
włożony między kartki książki, przypominający jakieś szczęśliwe dni,
lecz
przywrócenie, cudowne odzyskanie mitycznego świata
„genialnej epoki” ,
dynamicznie ożywionej, nieustannie stwarzanej w aktach nieograniczonej
wyobraźni dziecka w której rzeczywistość, zaznawana po raz
pierwszy, nie
usystematyzowana żadnym doświadczeniem, nie obciążona żadną wiedzą o
jej
prawidłach i strukturze odradza się wciąż uwolniona z pęt czasu
linearnego,
nieubłaganego. W świecie odzyskanym wyzwolony zostaje urok tandety,
przyziemna
krzątanina staje się obrządkiem, następuje proces mitologicznego
wniebowstąpienia pospolitości: mit ożywia powszedniość, rzeczywistość
odzyskana
zostaje umityczniona. Wszechobecna materia skrywająca w sobie zalążki
najniezwyklejszych
przemian ulega tajemniczym metamorfozom, skrywając w sobie jakiś ukryty
sens,
wykraczający poza jej aktualną formę. „
Mit krąży po Drohobyczu, odmieniając obdartusów grających w
guziki w magicznych
wieszczbiarzy, którzy z pęknięć muru wróżą
przyszłość, a kupca przemieniając w
proroka lub kobolda”[9].
W świecie
przywróconym, umitycznionym ożywają zwykłe znaki, gdzie Anna
Csillag, postać
reklamująca środek na porost włosów popularny w latach
młodości Schulza, staje
się „apostołką włochatości”, wybawicielem świata
łysiejących, których
pielgrzymie zastępy obdarza monstrualnymi brodami. Cudownie
„uwłosieni”
przeobrażają się następnie w kataryniarzy, aby ze swych katarynkowych
melodii
uwalniać chmary kanarków harceńskich. Ten schulzowski świat
spokrewnia ze sobą
wszelkie przeobrażenia materii,
a
odrębności wątków i przedmiotów zostają w
czarodziejski sposób zatarte. W eseju
„Mityzacja
rzeczywistości”[10]
Schulz w
teoretycznych rozważaniach
nakreśla swój stosunek do sfery poznania wyrażając
przekonanie o bezradności
epistemologicznej człowieka, a także dając asumpt do zmniejszenia
dystansu
między sferą wiedzy a sztuki. Dodaje przy tym, że poezja i nauka
zmierzają do
jednego celu, mimo iż odmiennymi drogami. Tak jak poezja[11]
mitologizuje świat, tak-w mniemaniu Schulza- wiedza buduje mit o
świecie;
podczas gdy poezja dochodzi do sensu świata na podstawie
„wielkich i śmiałych
skrótów i przybliżeń”, tak wiedza dąży
do tego samego metodycznie,
uwzględniając cały materiał doświadczeń, aby w końcu – poezja
i nauka – spotkały
się w jednym, tym samym punkcie. Wielki admirator i badacz
twórczości Brunona
Schulza, Jerzy Ficowski[12],
dostrzega paralele pomiędzy tą schulzowską intuicją co do natury
rzeczywistości
a wynikami dociekań współczesnej wiedzy: m.in. ze
zrelatywizowanym pojęciem
czasu w teorii Einsteina.
![[rys.4] Bruno Schulz](images/8a.jpg)
Twórczość
staje się dla Schulza kluczem
do
wyzwolenia się z czasu „potocznego”, codziennego, do ucieczki od
nieuchronności reguł
rządzących rzeczywistością: czas schulzowski to czas mityczny,
uwolniony z pęt linearności.
Sam Schulz mówi o „bocznych odnogach czasu, trochę
nielegalnych”, o „czasie
dwutorowym”, a proces przenoszenia się w owe
„problematyczne sfery czasu”
określa „nieczystą manipulacją”. Należy wyjaśnić,
iż Schulz nie ma tutaj
bynajmniej na celu deprecjacji tych mitologicznych przestrzeni bocznych
odnóg
czasu, a jedynie nadanie pewnego w pełni zamierzonego ironicznego
kolorytu
poprzez celowe posłużenie się nomenklaturą zdrowego rozsądku
mieszczanina
potępiającego wszelkie odchylenia od „normalności”
i od utartych
dogmatów, które bezrefleksyjnie
przyjmuje uważając je za prawdy jedyne i niemodyfikowalne. .Stąd też w terminologii
schulzowskiej pojawiają się
również wyrażenia „wielka herezja”,
„illegalny”, czy termin
„herezjacha”,
którym to mianuje swego ojca, nadając mu tym samym atrybuty
jakiegoś
starożytnego i mądrego alchemika, który kpi sobie z
realności, władny dokonywać
cudownych przeobrażeń, niepomny na prawa rzeczywistości. „Herezjachą”
Schulz określa niekiedy boga (jak
w opowiadaniu Wiosna), czyniąc go
tym
samym buntownikiem przeciwko panującej religii nudy. Tak też Bruno
Schulz staje
się „bluźniercą”, ośmielając się głosić prawdę
poezji wśród wyznawców „ewangelii
prozy”.[13]
Mircea Eliade określał praktykę sakralną jako
aktualizację mitu, która unicestwia czas powszedni, rządzony
chronologią. W
przypadku Schulza koncepcja owa stanowi oś świata przez niego
kreowanego z tym,
że nie obrządek religijny, a poezja, twórczość artystyczna
staje się siłą
przywracającą czas mityczny. I tak w przypadku Sanatorium
pod Klepsydrą, już w samym tytule można dostrzec jego
podwójny sens: z jednej strony bowiem klepsydra, to
ogłoszenie o śmierci,
nekrolog, z drugiej – czasomierz. Sens ów sugeruje
ujarzmienie czasu i
zanegowanie nieuchronności śmierci, tak silnie sprzęgniętej z pojęciem
przemijania- u Schulza cudownie unicestwionym. Rację bytu przestają
mieć także
w świecie schulzowskim pojęcia czasu przeszłego i teraźniejszego,
minionego i
obecnego, tak jak w opowiadaniu Wiosna,
gdzie czas staje się czasem odkryć i tworzenia, czasem wiosennej
odnowy,
wskrzeszenia minionych wydarzeń, ożywienia historii zamierzchłych,
ponawiających się bez końca inkarnacji mitów splecionych z
bieżącą chwilą. W
tym przywróconym świecie „genialnej
epoki” nasyconej „miąższem dzieciństwa”
zwykłe dorożkarskie szkapy zyskują status bezskrzydłych
Pegazów, przydrożny
włóczęga zamienia się w bożka Pana, a przechodnie,
którym „oczy przymrużył
i wykrzywił usta oślepiający blask sierpniowego dnia,
nakładając im maski kultowe”[14],
stają się
pogańskimi czcicielami słońca. Mitologicznej nobilitacji na kartach
schulzowskich opowieści dostępują także postaci drohobyckiej
codzienności, jak
na przykład znana w Drohobyczu obłąkana żebraczka, którą
Schulz czyni żeńskim
demonem obłędu: wariatką Tłują, pojawiającą się w opowiadaniach Sierpień i Kometa,
czy półgłówek Dodo, który
faktycznie był niedorozwiniętym
kuzynem pisarza. Sam dobór postaci tworzących swoisty
panteon bożków
umitycznionej codzienności zdradza głębokie zafascynowanie Schulza
deformacją,
formami kuriozalnymi rozdymającymi nieujarzmioną materię.
„Bankructwo
realności” – takiego sformułowania użył Schulz w
kontekście Sklepów Cynamonowych,
akcentując
odwrócenie się od jednoznaczności, bunt przeciw
codzienności, postulat obalenia
dogmatów mieszczańskiej „oczywistości”.
Materia schulzowskiego świata, kpiąc
sobie z form, które więżą ją w zwyczajnej rzeczywistości,
zaczyna ulegać jakimś
dziwnym, niepokojącym przemianom „fermentacji”,
napędzając „mitycznienie”
realności. Rzeczy zwyczajne, zjawiska powszednie nabierają nowych
wymiarów i
nieoczekiwanych, zaskakujących znaczeń: wichura, która
wybucha nad miasteczkiem
jest „erupcją ciemnych graciarni
nieuprzątanych strychów” a „we
wnętrzach starych mieszkań >>rozkłada się (…)
cisza do cna zepsuta i
zdemoralizowana w tysiąckrotnych przemyśleniach, w samotnych
deliberacjach,
obiegając obłędnie tapety w bezświetlnych
błyskawicach<<”[15].
Te niepokojące,
nieujarzmione „metamorfozowanie” materii określane
jest przez Schulza jako
„zatrucie”, „rozkład”,
„fermentacja”, a owa degeneracja i
„dziwnienie”
przedmiotów i zjawisk schulzowskiej rzeczywistości
zmitologizowanej staje się
wręcz zasadą estetyki wykreowanego przez pisarza świata. Przy czym ów
„rozkład” nie jest ostatnim
etapem, śmiercią, unicestwianiem dotychczasowej formy a przyczynkiem do
narodzin nowych jakości, odnowy poprzez przemianę:
wszelka „infekcja” staje się
czynnikiem
napędzającym rodzenie się piękna…tymczasem z głębin owego piękna
przeświecać znów zaczyna
degeneracja: przeobrażeniom nie ma końca. „Piękno
jest bowiem chorobą (…), jest pewnego rodzaju dreszczem
tajemniczej infekcji,
ciemną zapowiedzią rozkładu, wstającą z głębin
doskonałości..”- powiada
Schulz wkładając te słowa w usta ojca, w opowiadaniu Druga
jesień. Wszelkie te fantastyczne metamorfozy, pełne
wewnętrznych napięć, narastają, wzbierają, realizują dynamicznie swoją
wewnętrzną potencję, by znów zamieszkać w odmienionej
formie, nowym wcieleniu.
Te na wpół realne, na wpół wyimaginowane twory
„potworniejącej” materii
zamieszkują niekiedy stare mieszkania „przesycone
emanacjami wielu żywotów i zdarzeń – zużyte
atmosfery, bogate w specyficzne
ingrediencje marzeń ludzkich – rumowiska obfitujące w humus
wspomnień, tęsknot,
jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja kiełkowała szybko i
powierzchownie,
pasożytowała obficie i efemerycznie, pędziła krótkotrwałe
generacje, które
rozkwitały raptownie i świetnie, ażeby wnet zgasnąć i
zwiędnąć”.[16]
Podobnie
rzeczywistość Ulicy Krokodyli
naznaczona jest rysem owej „pseudowegetacji”
materii: dzielnica ta, jak
komentuje Schulz, „nie jest niczym
innym,
jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i
pustą. W
atmosferze nadmiernej łatwości kiełkuje tutaj każda najlżejsza
zachcianka,
przelotne napęcie puchnie i rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela
szara i
lekka wegetacja puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych
maków, zrobiona z
nieważkiej tkanki majaku i haszyszu”.[17]
Czynnikami przeobrażającymi
materię, obok „fermentacji”, są ludzkie
emocje, zwłaszcza
te najbardziej pierwotne: gniew, złość : polujący na karakony ojciec,
ogarnięty
łowiecką furią naznaczoną ambiwalencją wstrętu i zafascynowania sam w
końcu
zaczyna przeobrażać się w karakona, a ciotka Perazja opętana własną
złością i
zacietrzewieniem (pointując panującą na dworze wichurę), w oszalałej
bieganinie
i gestykulacji maleje, zsycha i czernieje, aby się w końcu
„zetlić
na płatek
popiołu, skruszyć w proch i nicość”[18]
Tak też owo
materializowanie, ucieleśnianie metafory pod postacią
„fermentującej” materii
staje się jednym z praw rządzących rzeczywistością pisarską Schulza,
odzwierciedlającą
twórczo naturę samego pisarza, który zwykł
mówić, że żyje „ tylko w głąb, a
nie wszerz, jak inni ludzie”. Wyposażona
realnym
życiem metafora konstruowana jest za sprawą niezwykłego,
ekwilibrystycznego
wręcz mistrzostwa Schulza w posługiwaniu się słowem [19],
przeszczepianym na grunt rzeczywistości
„illegalnej”, a pisarz zdaje się
posiadł niemożliwą z pozoru umiejętność uchwycenia niewyrażalnego,
posługując
się słowem niczym magicznym zaklęciem: tak też jarzyny przyniesione
przez Adelę
z targu, to już nie pospolite ziemniaki czy marchew, lecz „wodorosty
jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy surowy materiał
obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i jałowym, wegetatywne i
telluryczne
ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym”[20]
;
albo opis zwyczajnego kota, który zdumiewa trafnością w
oddaniu
najgłębszej istoty tego eleganckiego stworzenia, jak w niniejszym
fragmencie: „Ich
doskonałość zatrważała. Zamknięte w
precyzji i akuratności swych ciał, nie znały błędu ani odchylenia. Na
chwilę
schodziły w głąb, na dno swej istoty, i wtedy nieruchomiały w swym
miękkim
futrze, poważniały groźnie i uroczyście, a oczy ich zaokrąglały się jak
księżyce, chłonąc wzrok w swe leje ogniste. Ale po chwili już,
wyrzucone na
brzeg, na powierzchnię, ziewały swą nicością, rozczarowane i bez
złudzeń”. [21]
Bruno Schulz, zachwycający
czarodziej słowa,
posługiwał się nim niczym
jakiś mocarny
alchemik nie tylko na kartach swych opowieści: zdarzało mu się wchodzić
w rolę
natchnionego bajarza, gdy jako nauczyciel gimnazjalny, pragnął uspokoić
rozdokazywaną klasę, czy po prostu „utylizować
twórczo” prowadzone przez siebie
zajęcia rysunków. I choć nauczycielskie obowiązki stały się
dla Schulza w
pewnym momencie brzemieniem (niezrozumienie i niedopasowanie do
środowiska
profesorów gimnazjalnych, problemy osobiste, zdrowotne,
także rozterki twórcy
obarczonego ciężarem pedagogicznej odpowiedzialności), uczniowie jego
wspominają postać swego profesora z nieukrywanym zachwytem, wręcz
miłością. I
tak też gdy
profesor Schulz zaczynał
swoje opowieści, uczniowie nieruchomieli, milkli, nie ważąc się
zakłócić
rodzącej się, niezwykłej opowieści, wypowiadanej przez tego cichego,
skrytego,
lecz emanującego jakąś nieopisaną mocą, człowieka. Ilustrując niekiedy
swe
opowieści kredą na tablicy, Schulz zabierał swoich podopiecznych w
cudowną
wędrówkę po krainie fantazji, kreśląc słowem niepowtarzalną
aurę jakiejś
dziwnej, nieopisanej magii, improwizując i przeobrażając w zaskakujący
sposób
również znane z klasycznych baśni motywy.
„Usiadł na krześle jak na koniu i zaczął opowiadać nam bajkę.
O błędnym
rycerzu, którego przepołowiła wraz z rumakiem zamykająca się
niespodzianie
brama. Odtąd jeździec wędrował po świecie na połowie swego konia,
>>pół
na pół<<”[22]
– wspomina jedna z byłych uczennic Schulza. Także
wśród starszych swoich uczniów
praktykował zasadę rozbudzania nowego, oryginalnego podejścia do
znanych im
zjawisk, zawsze apelując do siły imaginacji młodego człowieka i
próbując
zainteresować sztuką, jej historią i wielkimi twórcami.
Również na wycieczkach,
na które czasem zabierał swych szkolnych podopiecznych,
starał się odwoływać do
wyobraźni i prowokować patrzenie na znane zjawiska „świeżym
okiem”, nieskalanym
wyuczonymi przyzwyczajeniami poznawczymi, niezkażonym
„mieszczańskością”:
tak też XV-wieczna cerkiew św. Jura, na
której zwiedzanie wybrał się kiedyś z klasą, przeobraziła
się za sprawą
profesora Schulza w wiejską babę, która wystrojona w sutą
kieckę z odstającymi
„bortami”, oburącz przytrzymuje swoje dwie
córy, też odświętnie ubrane,
podążając na niedzielną mszę. Z kolei podczas
lekcji rysunków, Schulz starał się
uwrażliwić młodzież na dostrzeganie nowych, zaskakujących
sensów w przez nich
samych stworzonych szkicach (choć prawdą jest, iż zajmował się
głównie tymi ze
swych uczniów, w których dostrzegał pewien talent
i twórczą potencję), albo
sugerował, aby spróbowali – rysując ludzkie
postaci – doszukać się w rysach czy
sylwetce portretowanej osoby cech upodobniających do zwierząt,
wzbogacając tym
samym swe naszkicowane wizerunki w pewną trudno uchwytną, lecz jakże
wzbogacającą wieloznaczność. Kilku z podopiecznych Schulza, m.in.
Bogusław
Marszal, Samuel Lieberwerth czy Feiwel Schreier, nie tylko zawiązało ze
swym
profesorem głęboko przyjacielską i pełną wzajemnego oddania zażyłość,
lecz w
latach dojrzałych uczyniło sztukę plastyczną treścią i celem swego
życia,
zostając profesjonalnymi i cenionymi twórcami.
![[rys.5] Nauczyciel.](images/13a.jpg)
Czas jednak przyjrzeć się
nieco wnikliwiej
twórczości plastycznej samego Schulza, która w
gruncie rzeczy stanowiła dla
ludzi otaczających go ówcześnie bardziej znaną (jeśli nie w
ogóle znaną) ,
aniżeli jego oblicze literata, stronę jego życia. Tak jak już zostało
wspomniane we wcześniejszej części niniejszej pracy, Schulz od
najmłodszych lat
wykazywał ogromną pasję i uwielbienie do rysowania, zapełniając „wszystkie papiery i brzegi gazet
gryzmołami”,
jak pisał później w liście do S. I. Witkiewicza. Ten
wewnętrzny imperatyw do
wyrażania swojego twórczego żaru za pomocą rysunku,
przetrwał przez całe życie
Bruno Schulza, a nawet w pewnym sensie można by rzec, iż stał się
swoistą
puentą życia twórcy – ostatnim bowiem
przedsięwzięciem plastycznym artysty
stało się wykonywanie portretów, a przede wszystkim
malowideł ściennych w
domu Felixa Landaua, referenta do spraw
żydowskich w drohobyckim gestapo, jednego z głównych
morderców Żydów z
Drohobycza, który pełnił rolę pewnego rodzaju
„opiekuna”, „mecenasa” Schulza,
zatrudniając go do niewolniczej w gruncie rzeczy pracy, tym samym
zapewniając
mu jednak status „potrzebnego Żyda” (jedyna
ówczesna ochrona przed łapankami
czy wywózką).
![[rys.6] Bruno Schulz- Autoportrety.](images/112.jpg)
Dorobek plastyczny Schulza jest znany
tylko
cząstkowo: ocalała i odnaleziona spuścizna artystyczna składa się z
około 400
rysunków i grafik [23],
stanowiąc niewielką tak naprawdę część prac artysty, z
których większość
zaginęła bądź uległa unicestwieniu. Zachowane rysunki to w dużej mierze
prace
ołówkiem, rzadko sygnowane, czy opatrzone datą. Rysunki
piórkiem i tuszem w
większości przeznaczone były do druku jako ilustracje do wydanego w
1937 roku Sanatorium pod Klepsydrą.
Niestety tylko
kilka z nich ocalało, a pozostałe z nich znane są z reprodukcji
zamieszczonych
w druku, lub z ilustracji zamieszczonych w przedwojennych gazetach. Nie
do
końca wiadomo także, które z prac były ilustracjami do
utworów literackich, a
które samodzielnymi pracami, choćby biorąc pod uwagę fakt,
iż nieznane są do
tej pory losy zaginionej powieści Mesjasz,
która miała być ostatnim dziełem Schulza, nie wiadomo zatem,
czy cykl rysunków
o tematyce żydowsko – chasydzkiej nie był przypadkiem
przeznaczony na
ilustracje do tej właśnie powieści. Sam Schulz podkreślał towarzyszący
charakter ilustracji przeznaczonych do jego utworów
literackich: „Na pytanie, czy w
rysunkach moich przejawia
się ten sam wątek, co w prozie, odpowiedziałbym twierdząco. Jest to ta
sama
rzeczywistość, tylko różne jej wycinki. Materiał, technika,
działają tutaj jako
zasada selekcji. Rysunek zakreśla ciaśniejsze granice swym materiałem,
niż
proza. Dlatego sądzę, że w prozie wypowiedziałem się pełniej”[24]-
zdradził artysta
w liście do Witkiewicza. Tak też o ile rysunek Schulza zakreśla pewne
wątki,
pewne zatrzymane „klatki” przemian, proza jego jest
erupcją i nieopanowanym
rozwinięciem, lawinowym i dzikim przeobrażaniem się motywów
zasygnalizowanych w
twórczości plastycznej.
Motywy obsesyjnie wręcz pojawiające się w rysunku
schulzowskim to przede wszystkim obraz powozu konnego, czy też dorożki,
elementy drohobyckiej architektury, postać ojca i jego sklepu, niekiedy
jakieś
hybrydyczne istoty (ludzie-psy, człeko-tygrysy) czy wreszcie cały
szereg
postaci męskich (często obdarzonych rysami realnych znajomych Schulza,
jak
choćby osoba Emanuela, „Mundka” Pilpla,
czy Stanisława Weingartena) najczęściej pokracznych, skarłowaciałych,
skonfrontowanych na ogół z postacią triumfującej nad nimi
swą urodą, siłą i nieodpartym
demonizmem, kobiety. W tym
wszystkim należy wspomnieć, iż w najbardziej nawet fantastycznych
wytworach
plastycznych nieopanowanej wyobraźni Schulza, odnaleźć można
odniesienia do
autobiograficznych realiów: czy to za sprawą jakiegoś
szczegółu
architektonicznego, mającego swój odpowiednik w realnym
Drohobyczu, czy to w
wiernie oddanej – choćby u najbardziej hybrydycznych postaci
nakreślonych
schulzowską dłonią- specyfice rysów twarzy osób z
otoczenia artysty. Schulz
zatem to z jednej strony dziki kreacjonista nieprawdopodobnych
metamorfoz
materii, z drugiej zachowujący pewną wierność wobec znaków
realnej
rzeczywistości dokumentalista.
![[rys.7] "Jeszcze raz Undula" 1920-1922 oraz "Zaczarowane miasto II" grafika z cyklu Xięga Bałwochwalcza](images/56.jpg)
Józef Nacht, jeden z dziennikarzy
lwowskiego
czasopisma „Nasza Opinia”,
w artykule
Wywiad
drastyczny,
kieruje do Schulza w 1939 r. takie oto słowa: „Już
dawno zauważyłem, że w pisaniu wyżywa się pan duchowo, a w rysunku
seksualnie”. Artysta tak mu odpowiada: „Tak
też jest. Nie potrafiłbym napisać masochistycznej powieści. Zresztą
wstydziłbym
się”. [25]
Rzeczywiście: o ile w
utworach literackich Schulza wątki erotyczne (jak choćby we fragmencie Traktatu o Manekinach, odnoszącego się
do Adeli: „…podniosła
brzeg sukni, wystawiła
powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.
(…)
Wypięty pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża.
Mój ojciec
podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok
naprzód jak automat i
osunął się na kolana”[26]
), są przedstawione na sposób subtelnie stonowany, powiązany
z innymi
elementami mitycznej rzeczywistości, pulsującej przeobrażeniami, o tyle na rysunkach erotyzm
jawi się na sposób
„bałwochwalczo – obnażony” i niekiedy
bardzo dosłowny. Podczas gdy we
wcześniejszej twórczości plastycznej, jak np. Xiędze
Bałwochwalczej[27],
zwanej niekiedy
„Biblią Erosa”, większość postaci kobiecych,
otoczonych czołgającymi się
postaciami męskimi o rysach Schulza, choć już uwodzicielskich i
demonicznych,
przedstawiona jest w otoczeniu bogatej scenerii i odziana w eleganckie
szaty, w
sposób nie do końca dosłowny i sytuujący je gdzieć w
przestrzeni mitologicznej
obok Judyty i Salome, to w
późniejszych
rysunkach kobiety pozbawione zostają strojów a ich
demoniczność, femme-fatalizm
koncentruje się w ich
nagich ciałach, często znajdujących się w jakiejś rozmytej przestrzeni
zwykłych
ulic, czy małym pokoiku ze zmiętą pościelą. Figury uległych,
zdominowanych
mężczyzn, „bałwochwalców” są w
późniejszej twórczości coraz bardziej
zdeformowane, szpetne, rozmyte. Należy
jednak podkreślić, iż w najbardziej nawet dosłownych szkicach,
zdradzających
erotyczną tęsknotę autora za dominującą, demoniczną kobietą , wobec
której,
pełen poddaństwa i nieprzytomnego uwielbienia, wcielałby się niemalże w
rolę
podnóżka, Schulz, chciwie kontemplujący tę
„boską” kobiecość, nie przekracza
jednak granicy wyuzdania czy obsceniczności, pozostawiając atmosferę
niespełnienia i pozostając zawsze i wyłącznie czcicielem okrutnej urody
i
kobiecego magnetyzmu. Zresztą jeśli przyjrzeć się wizerunkowi kobiety w
sztuce
europejskiej przełomu wieków XIX i XX, postać femme-fatale,
Kobiety-Wampira, czy drapieżnej Chimery o
nieposkromionych, seksualnych apetytach staje się motywem
charakterystycznym
dla symbolistów, sztuki modernistycznej czy
ekspresjonistycznej, gdzie kobieta
bywa niekiedy uosobieniem zła, demonem sprowadzającym na mężczyznę
potępienie,
groźnym monstrum kuszącym do popełniania najbardziej grzesznych
występków. Z
tym, że w przypadku rysunków Schulza kobieta jest raczej
Idolem, dalekim i niedostępnym,
ani dobrym ani złym: to kobieta – władczyni, otoczona rzeszą
„bałwochwalców”.
Prawie nie ma aktów na rysunkach Schulza, w
których to kobiece bóstwo
pojawiałoby się bez męskiej asysty. W końcu Schulz, w apogeum
fanatycznego
oddania kobiecemu
bożkowi, każe sobie
samemu przedzierzgnąć się w psa, przybrawszy jego wytresowaną do służby
postać.
![[rys.8] "Procesja"1920-1922 oraz "Bestie" (Xięga Bałwochwalcza).](images/910.jpg)
Jeśli chodzi o realne
stosunki Schulza z
kobietami, zawiązał on wiele bliskich, przede wszystkim intelektualnie,
przyjaźni (m.in. z filozofką Deborą Vogel,
malarką Anną Płockier) a i sama kobiecość fascynowała go
głęboko, czemu
dawał wyraz w listach pisanych do swych przyjaciółek. W 1933
roku poznał w
Drohobyczu nauczycielkę języka polskiego, Józefinę
Szelińską, którą zamierzał
poślubić; jednak w 1937 roku zaręczyny zostały zerwane.
W dorobku plastycznym Bruno
Schulza znajdowały się
także obrazy stworzone techniką olejną; oprócz jednego (Spotkanie) , wszystkie obrazy zostały
zniszczone, a spośród
licznych pasteli, odnalezionych zostało zaledwie kilka. Niezliczona
ilość
portretów olejnych, jaką wedle przekazów wykonał,
uległa zagładzie w spalonych
domach warszawskiego getta wraz z ich zamordowanymi właścicielami lub
stała się
łupem złodziei w opustoszałych „pożydowskich”
mieszkaniach Łodzi, Krakowa czy
Lwowa, zaginąwszy bez śladu. Schulz stworzył również wiele
autoportretów, nie
mówiąc już o rzeszy
„bałwochwalców”, którym
przeważnie nadał własne rysy. Miał
także zwyczaj szkicowania drobnych rysunków
ołówkiem (często na skrawkach
papieru czy gazet, jak to czynił w dzieciństwie) , swoistych etiud
rysunkowych,
na których utrwalał twarze swych kolegów i
uczniów, często darowując im owe
mało-formatowe szkice. Obok niewątpliwego poczucia żalu, że tak duża
część
dorobku tego niezwykłego twórcy została bezwzględnie
unicestwiona, pozostaje
zadziwić się, jak płodnym, oryginalnym i obdarzonym nadzwyczajną
intuicją
twórczą był
ten, jak by nie było,
malarski, a przecież i literacki, samouk.
27 listopada 1941 roku miał
miejsce drugi masowy
pogrom Żydów w Borysławiu: wraz z setkami innych, dwoje
bardzo bliskich
przyjaciół Schulza, Anna Płockier i jej narzeczony Marek
Zwilich, zostali siłą
wyciągnięci z domów, wywiezieni na Truskawiec, gdzie
zamordowano ich grzebiąc w
zbiorowej mogile leśnej. To tragiczne wydarzenie (tym potworniejsze, iż
z
truskawieckimi lasami wiązał Schulz wspomnienia szczęśliwych dni
„genialnej
epoki”) wstrząsnęło nim do głębi i już do końca nie
podźwignął się z poczucia
definitywnego końca wszelkiej nadziei na ocalenie. Wkrótce
nastąpiło przymusowe
przesiedlenie do getta – musiał nagle opuścić dom, w
którym spędził ponad
trzydzieści lat, a także wybrać
spośród
swych prac literackich i plastycznych te najważniejsze: wszystkich nie
zdołałby
pomieścić w swoim nowym, złożonym z małej izby, domu, jaki mu
przydzielono. Aby
uratować od zagłady swoje prace, powierzał je „katolikom
spoza getta”. Do tego
stan zdrowia Schulza ulegał ciągłemu pogorszeniu: z początku
próbował leczyć
się ambulatoryjnie, potem jednak chcą uniknąć zbędnego pokazywania się
na
ulicach, zaniechał kuracji.
W początkach 1942 r. Bruno
Schulz
zwrócił się do
tzw. Judenratu[28]
oferując swoją
gotowość do pracy w zakresie
najszerzej pojmowanych usług plastycznych, upatrując w tym szansy na
zdobycie
jakiegokolwiek źródła utrzymania dla siebie i swojej siostry
Hani z synkiem.
Ktoś z Judenratu zasugerował Felixa Landaua, gestapowca i wiedeńskiego
stolarza, który rościł sobie prawa do myślenia o sobie samym
jako artyście i na
takiego się kreował. Landau faktycznie zainteresował się Schulzem i za
niedługi
czas, w zamian za glejt nietykalności „potrzebnego
Żyda” i żywność, nałożył na
Schulza zobowiązania natury plastycznej, jakkolwiek z przewagą technik
obcych
mu do tej pory: tak też obok portretów swoich i swojej
rodziny, oraz sugestii o
„prezenty” pod postacią dawniejszych grafik
schulzowskich, Landau zażyczył
sobie, aby jego „podopieczny” wykonał malowidła
ścienne w jego mieszkaniu,
zwłaszcza w pokoju jego małoletniego synka. I w ten sposób
Schulz , kupując sobie
prawo do życia, rozpoczął z
pomocą
swojego ucznia ozdabianie ścian pokoju dziecinnego fantastycznymi,
baśniowymi
kompozycjami. W tej bajkowej scenerii pojawiły się postacie mocarnych
królów,
dzielnych rycerzy na wiernych rumakach, dostojnych władców
przemierzających
przestworza w karocach. Jak twierdzi Emil Górski, autor
wspomnień o Schulzu[29],
te bajkowe postaci ze ścian mieszkania Landaua miały twarze,
uchwyconych z
niezwykłą wiernością, przyjaciół Schulza –
wychudzonych, znękanych niedolą
prześladowań ofiar ludobójstwa, które za sprawą
mitu miały doświadczyć
wybawienia w sztuce i odzyskania zdeptanej godności: przeniesieni
wyobraźnią ze
świata tragicznej rzeczywistości zasiedli jako królowie na
tronach odziani w
przepyszne sobolowe futra, z koronami na głowach, w blasku
dostojeństwa,
otoczeni dzielnymi giermkami.[30]
Przyjaciele z Warszawy, organizując dla Schulza
pomoc, przygotowywali dla niego pieniądze i fałszywe dokumenty. Jednak
Schulz,
paraliżowany strachem, nękany wizjami schwytania, a zarazem nie chcąc
zostawiać
swojej rodziny na pastwę losu, nie mógł zdecydować się na
ucieczkę. Każdy dzień
odbierał nadzieję, a trapiący Schulza głód i walka o
biologiczne przetrwanie
sprawiały, że momentami jedynym tematem jaki poruszał w rozmowach z
przyjaciółmi
było jedzenie, różnorodność smaków i niebiańska
błogość, którą przynosi
zaspokojenie głodu. W końcu Schulz podjął wreszcie decyzję o ucieczce,
otrzymawszy dolary i „aryjskie papiery”.
![[Rys.9] (1934)](images/14a.jpg)
Bruno Schulz zginął 19
listopada 1942 roku
zastrzelony na ulicy swego miasta, około południa, w dniu zaplanowanej
ucieczki. Był to tzw. czarny czwartek, kiedy to gestapowcy dokonali
masowego
mordu na ludności żydowskiej. Tego dnia Felix Landau zastrzelił
Löwa, dentystę
z Drohobycza, który był protegowanym gestapowca Karla
Günthera. Landau i Günther
od dłuższego czasu rywalizowali ze sobą; Günther zdecydował
się na odwet –
ponoć odgrażał się, że „odwdzięczy” się Landauowi
usuwając jego „podopiecznego”.
I rzeczywiście: korzystając z czwartkowej akcji , zabił Schulza przy
zbiegu
ulic Czackiego i Mickiewicza, dwoma strzałami w głowę.
Nie ma śladu po grobie
Schulza,
tak jak
unicestwiony został stary, żydowski cmentarz, gdzie spoczęło ciało
pisarza w
pobliżu grobu matki i ojca. Na dawnym terenie cmentarnym wznosi się
dziś
dzielnica mieszkaniowa.
Oprócz
twórczości literackiej
i dzieł
plastycznych, należy jeszcze wspomnieć o nadzwyczaj istotnej grupie
pamiątek po
Bruno Schulzu, jaką stanowią listy do przyjaciół: są to
bowiem nie tylko źródła
przyczynkowe do biografii artysty, lecz przede wszystkim utwory
paraliterackie
o wysokiej wartości prozatorsko – poetyckiej, będące cennymi
okruchami
wielkiego pisarstwa, beletrystycznymi miniaturami o tej samej,
mitologicznej
aurze, jaką znajdujemy w Sklepach
Cynamonowych. Zresztą właśnie Sklepy
Cynamonowe powstały przecież jako intymna korespondencja
Schulza z Deborą
Vogel[31],
jego bliską mu duchowo przyjaciółką. Niestety korespondencja
owa, a wraz z nią
pierwowzory Sklepów Cynamonowych[32],
spłonęła po
wojnie, kiedy to dozorcy sprzątali „całą piwnicę papierzysk
po starych
lokatorach”. Podobny los spotkał właściwie większość
schulzowskiej
korespondencji, którą w obfitych ilościach słał do swych
znajomych i
przyjaciół, wśród których można choćby
wymienić Zofię Nałkowską, Marię
Kuncewiczówną, Tomasza Manna, Bolesława Leśmiana,
S.I.Witkiewicza, Witolda
Gombrowicza, Tadeusza Brezę, prof. Stefana Szumana, , Andrzeja
Pleśniewicza,
Romanę Halpern, Zenona Waśniewskiego czy Władysława Riffa. Często
adresaci
listów Schulza, w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa czy
też przeczuwając,
jak Romana Halpern, rozstrzelana przez gestapo, zbliżającą się zagładę,
przekazywali cenną korespondencję jakimś zaufanym depozytariuszom,
którzy być
może przekazali listy swym dzieciom, wnukom…istnieją
podejrzenia, że jeszcze są
jakieś nieznane dotąd listy i dokumenty, rozsiane być może po całym
świecie,
czekające na odkrycie.
Jeszcze jedna kwestia
pozostaje
wciąż
niewyjaśniona: począwszy od roku 1934, Schulz zaczął pracę nad nową
powieścią Mesjasz,
bo taki nadał jej tytuł,
miał aspirować do rangi swoistego opus
magnum tego wielkiego
alchemika słowa, będąc zarazem kontynuacją wątków
podjętych w Sklepach
Cynamonowych
i
mityczną transformacją judaistycznych motywów kultowych,
gdzie
nadejście
„czasów mesjaszowych” równa
się z powrotem do
„genialnej epoki” dzieciństwa. Nawet w
obliczu
nadciągającego nieszczęścia,
drugiej wojny światowej, oraz nasilających się stanów
depresyjnych i problemów
zdrowotnych, Schulz nie przerwał prac nad nowym dziełem, o czym
wspomina w listach
do przyjaciół, m.in. do Witolda Gombrowicza, czy Artura
Sandauera,
początkującego wówczas krytyka literackiego. Wiele wskazuje
jednak na to, że Mesjasz
nigdy nie został ukończony:
wraz
z wybuchem wojny i początkiem sowieckiej okupacji drohobyckich stron,
rozpoczął
się okres gehenny żydowskiego ludu – masowe przesiedlenia do
gett, bezlitosne
prześladowania i znęcanie się, wreszcie zbiorowe mordy. Wiadomo, iż
Schulz
pragnąc uchronić swoją twórczość od zniszczenia, przekazywał
regularnie swoje
rękopisy, listy, rysunki, grafiki i obrazy znajomym spoza getta, mniej
niż o
sam zagrożonym. Niestety chaos wojny, zakaz posiadania
„kompromitujących”
papierów, skazał najprawdopodobniej Mesjasza
na zniszczenie, gdy masowo palono, na wszelki wypadek, rozmaite
dokumenty i
zakazane książki. Potem znów przyszły władze sowieckie:
NKWD, inwigilacje,
rewizje, konfiskaty, deportacje, uśmiercanie. Po wszystkich tych
kataklizmach
należałoby się spodziewać, iż ocalenie
tych schulzowskich rękopisów było naprawdę mało
prawdopodobne. Na tym historia
się jednak nie kończy: w latach 90- tych, do Jerzego Ficowskiego,
wybitnego
znawcy i badacza twórczości Schulza,
zgłosił się ambasador Królestwa Szwecji w Warszawie, Jean
Christophe
Oberg, wielbiciel schulzowskiej prozy, donosząc, iż wedle wiarygodnych
informacji, w jednym z sowieckich archiwów KGB
wśród milionów dokumentów znajduje
się pękata paczka zawierająca rękopisy literackie Schulza z powieścią Mesjasz na czele, a
także inne, nigdy
nie publikowane utwory, listy i różne dokumenty. Ambasador
Oberg zaprosił
Ficowskiego jako eksperta, aby mu towarzyszył w odkrywczej
podróży na Ukrainę,
jakkolwiek otrzymał odmowę od sowieckiej placówki
dyplomatycznej, do której
składał prośbę o dyplomatyczną wizę i
odwiedzenie Drohobycza. Wkrótce Związek Radziecki przestał
istnieć. Niestety w
1992 roku, po ciężkiej chorobie ambasador Oberg zmarł w sztokholmskim
szpitalu,
nie przekazawszy ostatecznie Ficowskiemu danych, które
umożliwiłyby
kontynuowanie poszukiwań. Ślad się urwał a Jerzy Ficowski, zmarły w
2006 roku,
nigdy nie odnalazł poszukiwanych pism swego uwielbianego, jak
wielokrotnie
deklarował, twórcy: Bruno Schulza.
.
AR
Bibliografia
1. Bruno
Schulz, Sklepy Cynamonowe, Sanatorium pod Klepsydrą, esej „Mityzacja rzeczywistości”, list Do
Stanisława Ignacego Witkiewicza,
„Tygodnik Ilustrowany” 1935, nr 17.
2. Jerzy
Speina, Bankructwo realności. Proza
Brunona Schulza, Warszawa-Poznań: Państwowe Wydawnictwo
Naukowe, 1974.
3. Emil
Górski, Bruno Schulz –
listy, fragmenty,
wspomnienia o pisarzu, Kraków 1984.
4. Jerzy
Jarzębski: Schulz. – Wrocław: Wydawnictwo
Dolnośląskie, 1999.
5. Jerzego Ficowskiego, Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia, Wyd. Pogranicze, 2002.
[2] Jerzy
Ficowski, „Regiony wielkiej
herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia”
Wyd. Pogranicze, 2002
[3] Tamże
[4] Tamże
[5] Tamże
[6] Do Stanisława Ignacego Witkiewicza, „Tygodnik
Ilustrowany” 1935, nr
17
[7] W
liście Do S.I.Witkiewicza zawarł Schulz następujące wyznanie (w
kontekście Sklepów Cynamonowych):
„W jakiś sposób
„historie” te są prawdziwe,
reprezentują moją manierę życia, mój los
szczególny. Dominantą tego losu jest
głęboka samotność, odcięcie od spraw codziennego życia. Samotność jest tym odczynnikiem,
doprowadzającym rzeczywistość do fermentacji, do strącenia osadu figur
i
kolorów”.
[8] Jerzy
Ficowski, „Regiony wielkiej
herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia”
Wyd. Pogranicze, 2002
[9] Tamże
[10] „Studio”
1936, nr 3-4
[11]“Poezja
– to
są krótkie spięcia sensu między słowami, raptowna
regeneracja pierwotnych mitów”-
B.Schulz Mityzacja rzeczywistości,
[12] Jerzy Ficowski (ur. 4 września 1924 r. w
Warszawie - zm. 9 maja 2006 r.
w Warszawie) – polski poeta, eseista, autor
tekstów piosenek, prozaik, tłumacz
(z hiszpańskiego, cygańskiego, rosyjskiego, niemieckiego, włoskiego,
francuskiego, rumuńskiego), żołnierz Armii Krajowej (ps. Wrak),
uczestnik powstania warszawskiego, znawca folkloru żydowskiego i
cygańskiego. W
latach 1948-1950 wędrował razem z taborem cygańskim, był członkiem
angielskiego
stowarzyszenia Gypsy Lore Society. Przełożył i
opublikował pieśni
cygańskiej poetki Papuszy. Był znawcą ludowej poezji żydowskiej
(opublikowanej
w tomie Rodzynki z migdałami 1964) oraz wybitnym
specjalistą od
twórczości Brunona Schulza, specjalizował się także w poezji
i tłumaczeniach
Federico Garcii Lorki. Jego najstarsza twórczość powstawała
pod wpływem wierszy
Juliana Tuwima, później jednak nawiązywał do awangardy
okresu międzywojennego,
groteski i elementów świata fantastycznej baśni. Następnie w
jego poezji
wyraźniejsze stały się refleksyjne wątki moralno-społeczne.W 1977
dostał
nagrodę polskiego Pen Clubu. Gdy w 1975 podpisał list 59, został objęty
zakazem
druku do 1980. Członek KOR i KSS KOR. Był członkiem Stowarzyszenia
Pisarzy
Polskich.
[13] Jerzy
Ficowski, „Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i
jego
mitologia” Wyd. Pogranicze, 2002
[14] B.Schulz,
Sklepy Cynamonowe, Sierpień
/ Wyd. Zielona Sowa, 2003
[15] Jerzy
Ficowski, „Regiony wielkiej
herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia”
Wyd. Pogranicze, 2002
[16] Tamże
[17] B.Schulz, Sklepy
Cynamonowe, Ulica Krokodyli / Wyd. Zielona Sowa, 2003
[18] B.
Schulz, Sklepy Cynamonowe /
Wyd. Zielona Sowa, 2003
[19]„ Uważamy
słowo potocznie za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze
byłoby
twierdzenie odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa. Filozofia jest
właściwie filologią, jest głębokim, twórczym badaniem
słowa(…) Proces
usensowiania świata jest ściśle
związany ze słowem. Mowa jest metafizycznym organem człowieka.
Jednakowoż słowo
z biegiem czasu sztywnieje, ustala się, przestaje być przewodnikiem
nowych
sensów. Poeta przywraca słowom przewodnictwo przez nowe
spięcia, które z
kumulacji powstają. Symbole matematyki są rozszerzeniem słowa na nowe
zakresy.
Także obraz jest pochodną słowa pierwotnego, słowa, które
jeszcze nie było
znakiem, ale mitem, historią, sensem.”- B.Schulz, Mityzacja rzeczywistości
[20] B.
Schulz, Sklepy Cynamonowe,
Sierpień / Wyd. Zielona Sowa, 2003
[21] Jerzy
Ficowski, „Regiony wielkiej
herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia”
Wyd. Pogranicze, 2002
[22] Tamże
[23] Największy zbiór prac plastycznych
Schulza —
ponad trzysta obiektów — posiada Muzeum Literatury
im. Adama
Mickiewicza w Warszawie.
<[24] List
Do Stanisława Ignacego
Witkiewicza, „Tygodnik Ilustrowany” 1935, nr 17
[25]Jerzy Ficowski,
„Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego
mitologia” Wyd.
Pogranicze, 2002
[26] Bruno Schulz, Sklepy
Cynamonowe / Wyd. Zielona Sowa, 2003
[27] Xięga
Bałwochwalcza to cykl grafik wykonanych rzadko stosowaną techniką
cliché-verre, które powstały w początkach lat
dwudziestych .
[28] Judenrat
(niem. rada
żydowska), lub Żydowska Rada Starszych -
forma sprawowania władzy
przez przywódców żydowskich nad skupiskami
żydowskimi (getta) wprowadzona przez
hitlerowców w 1939.
[29] Emil
Górski, Bruno Schulz –
listy,
fragmenty, wspomnienia o pisarzu, Kraków 1984
[30] W
lutym 2001 r. w drohobyckim domu odkryto ocalałe szczątki polichromii
Schulza, m.in. Stangret i powóz. W maju tego samego roku
przedstawiciele
izraelskiego Instytutu Pamięci Męczenników i
Bohaterów Holocaustu Yad Vashem
wycięli ze ściany część fresków i ukradkiem wywieźli je do
Jerozolimy.
Ukraińskie śledztwo w sprawie tej kradzieży umorzono w 2007 roku, gdyż
nie
stwierdzono znamion przestępstwa – freski nie znajdowały się
wówczas w
rejestrze zabytków. W 2007 Zenowij Berwećkyj, dyrektor
Muzeum Krajoznawczego
"Drohobyczczyna" w Drohobyczu, w imieniu Ukrainy zawarł z władzami
Izraela umowę, w której państwo Izrael uznaje, że freski
stanowią własność
Ukrainy, a strona ukraińska przekazuje je w wieloletni depozyt
Instytutowi Yad
Vashem.
[31] Schulz
poznał Deborę Vogel przez S.I.Witkiewicza 1930 roku w Zakopanem.
Vogel, pochodząca ze Lwowa, była doktorem filozofii, autorką tomu
wierszy i
wielką entuzjastką nowoczesnego malarstwa. Schulz znalazł w niej
osobowość
bliską mu intelektualnie i przelotna znajomość zamieniła się w trwałą
przyjaźń.
Zaczęli wymieniać listy i mniej więcej po roku zaczęły się pojawiać w
postscriptach magiczne historie, które złożyły się potem na Sklepy Cynamonowe. Debora Vogel została
wraz z rodziną zamordowana w lwowskim getcie w sierpniu 1942 r.
[32] W
tym miejscu należałoby jeszcze doprecyzować, iż sam Schulz określał Sklepy
Cynamonowe jako powieść autobiograficzną, czy wręcz
„genealogię duchową”
ukazującą jego „rodowód
duchowy aż do
głębi”, „korzenie indywidualnego ducha,
które gubią się w mitycznym jakimś
mateczniku” (z listu Do
I.S.Witkiewicza)