
[George Berkeley, Traktat o zasadach poznania,]
Nominalizm i immaterializm George’a Berkeleya
George Berkeley urodził się w 1685 roku w Irlandii, w rodzinie o angielskim pochodzeniu. Uczęszczał do Kilkenny College, a od 1700 roku do Trinity College w Dublinie. Tam studiował matematykę, języki obce, logikę i filozofię. W 1707 roku został członkiem Trinity College. Zainteresowania, którym poświęcił się w trakcie pracy na uczelni, prowadziły go, jak można stwierdzić z późniejszej perspektywy, do kwestii, które miały przynieść mu duży rozgłos w świecie filozofii. Nie bez wpływu na kształtowanie się tych poglądów miały studia nad koncepcjami Locke’a i Malebranche’a.
W 1710 został wyświęcony na diakona, a rok później na księdza w kościele protestanckim. Otrzymanie stanowiska dziekana Derry w roku 1724 zmusiło filozofa do rezygnacji z uczestnictwa w pracach zrzeszenia. Z zamiarem szerzenia nauki udał się na nowy kontynent. Fiaskiem jednak skończył się projekt zbudowania kolegium na Bermudach, w którym, według wyobrażeń Berkeleya, uczyć mieliby się synowie plantatorów i Indianie. Ostatecznie postanowił wesprzeć budowę placówki w Newport, w stanie Rohde Island, do którego dotarł zmierzając na Bermudy, ale także na tą inwestycję nie doczekał się pieniędzy z Anglii. Po niepowodzeniach w Ameryce, licząc na awans, zdecydował się na powrót do kraju. Jego nadzieje się spełniają i w 1734 roku zostaje biskupem Cloyne. Jedenaście lat później Berkeley odrzuca możliwość objęcia biskupstwa w Clogher, by przenieść się do Oxfordu, gdzie pozostaje aż do śmierci w 1753 roku.
Za przyczynę niezwykłej sławy teorii Berkeleya uznać można bez wątpienia jej narzucającą się sprzeczność z codziennym doświadczeniem. Tezą bowiem, którą utrwalił się w historii filozofii jest stwierdzenie, że materia nie istnieje (skrajny immaterializm)[1]. Nie wypada jednak pozostawić tak sformułowanej myśli bez wytłumaczenia i skazać ją na konsekwencje radykalnej ostateczności bez wyświetlenia pola jej zaistnienia.
Punktem wyjścia analizy Berkeleya jest refleksja nad językiem. Według autora Philosophical Commentaries „Niektóre słowa nie wyrażają żadnego znaczenia, ich domniemane znaczenie znika bowiem w trakcie analizy; wychodzi wtedy na jaw, że nie odnoszą się one do niczego”[2]. W ten sposób Berkeley pojmuje chociażby pojęcie substancji materialnej i idei abstrakcyjnych Locke’a, które stanowiły bezpośredni asumpt dla jego rozważań. Wnikliwa analiza języka, czy raczej sposobu jego użycia, prowadzi filozofa do stwierdzenia, że przyczyną wielu błędów i mnożenia bytów ponad miarę jest właśnie niewłaściwe odnoszenie się do koniecznych w komunikacji pojęć. To bowiem, co niezbędne w sferze interpersonalnej, a co powstało na drodze wielowiekowych, niekontrolowanych przez nikogo jednostkowo przemian, staje się, zdaniem Berkeleya podstawą do wnioskowania o naturze rzeczy. W Philosophical Commentaries pisze, że
Nauczyliśmy się
od Pana Locke’a, że możliwa jest i faktycznie
powstała niejedna gładka, spójna i systematyczna rozprawa,
która mimo to
sprowadza się do zera. [3]
Uwagi powyższe przypominają znacznie późniejsze twierdzenia Nietzschego, dotyczące zwodniczej sugestywności gramatyki. Zbyt łatwo, zdaniem Berkeleya, skłonni jesteśmy wyrażenia, których używamy do formułowania naszych myśli, utożsamiać z rzeczywistością.
Niepoprawne interpretowanie pojęć prowadzi do błędów realizmu: do przypisywania istnienia obiektywnego pojęciom funkcjonującym w języku jedynie jako zbiorcze określenia kompleksów konkretnych przypadków. Zaznaczyć należy, że Berkeley nie krytykuje istnienia idei ogólnych, a „przecz[y] tylko, jakoby istniały jakieś abstrakcyjne idee ogólne”. Nacisk kładzie przy tym nie tyle na przymiotnik „ogólne”, ile „abstrakcyjne”[4]. Dla filozofa bowiem uzasadnione jest jedynie używanie pojęć ogólnych rozumianych, jako słowo odnoszące się do konkretu, lecz mocą konwencji używane do określania całych grup przedmiotów. Jak twierdzi Władysław Tatarkiewicz „Według Berkeleya nie ma ani przedmiotów ogólnych, ani idei ogólnych; ogólne są jedynie wyrazy.”[5] Używając przykładu linii graficznej Berkeley mówi, że
Podobnie, jak
dana poszczególna linia staje się ogólna przez
to, że uczyniono ją znakiem, tak też nazwa linia,
która bezwzględnie biorąc jest jednostkowa, staje się
ogólna przez to, że
uczyniono ją znakiem. [6]
Można więc stwierdzić, że w
myśl nominalizmu, którego
Berkeley jest bez wątpienia ważnym reprezentantem, istnienie pojęć
ogólnych nie
pociąga za sobą konieczności istnienia żadnych abstrakcyjnych idei
ogólnych, do
których się one odnoszą. Berkeley jest w tym miejscu
wyraźnym przeciwnikiem
Locke’a, dla którego „znaczenie
słów polega na zastępowaniu przez nie idei, a
słowa o znaczeniu ogólnym, jak nazwy gatunkowe, odpowiadają
abstrakcyjnym ideom
ogólnym.”[7]
Dla
Berkeleya w powyższym rozumowaniu ukryta jest możliwość poważnego
nadużycia,
które jest efektem zbyt pochopnego utożsamienia nazwy
(słowa) i idei. Istnieje
bowiem niebezpieczeństwo przepisania istnienia przysługującego
abstrakcyjnemu
pojęciu ogólnemu (jako nazwie, którą można się
posługiwać) idei, którą ma ono
oznaczać. Innymi słowy przeczy Berkeley możliwości przedstawienia sobie
obrazu
ogólnej idei abstrakcyjnej[8],
zatem jej istnieniu. Słowo jest w jego rozumieniu jedynie znakiem
pojęcia,
które to pojęcie utożsamić można z ideą (w myśl
współczesnego językoznawstwa
znak językowy w swojej postaci dźwiękowej lub graficznej odnosi się
właśnie do
pojęcia – faktu mentalnego, a nie do rzeczy). Ponieważ nasze
idee, nasze
postrzeżenia, mają charakter jednostkowy a nie ogólny (nie
można postrzegać
linii w ogóle, zieleni bez zielonego przedmiotu, itp.),
również oznaczające je
pojęcia (poprzez swoją słowną reprezentację) „nabierają
ogólności i stają się
znakiem nie z powodu abstrakcyjnej idei ogólnej, ale
dlatego, że reprezentują
wiele idei szczegółowych, spośród
których dowolną, obojętnie jaką, przywodzą na
myśl.”[9]
Filozof
trójczłonową relację poznawczą:
podmiot – reprezentacja rzeczywistości –
rzeczywistość zastępuje przez obraz
złożony z dwóch członów: podmiotu i tego, co
percypowane. Według Berkeleya bowiem,
i to właśnie jest istota oryginalności jego podejścia, tym, co jest nam
dostępne, co jedynie możemy postrzegać, są nasze idee. Idea to
„wrażenie
zmysłowe, obraz, cecha wtórna, pojęcie”[10],
które istnieje wyłącznie w naszym umyśle. ,,Dla Berkeleya
wszystkie idee dotyczą tylko i wyłącznie
subiektywnych cech rzeczy materialnych. Masywność, rozciągłość i
pozostałe
cechy pierwotne są jedynie tkwiącymi w umyśle ideami. Człowiek nie może
wykroczyć poza granice świadomości samego siebie. Idea może być podobna tylko do
innej idei". [11]
Czy inni ludzie
mają tę cudowną zdolność tworzenia idei przez
abstrahowanie, na to oni sami najlepiej mogą odpowiedzieć. Jeśli chodzi
o mnie,
to istotnie mogę stwierdzić, iż jestem zdolny wyobrażać sobie czy
przedstawiać
idee tych poszczególnych rzeczy, które
postrzegłem oraz różnorako składać je i
oddzielać (…) Mogę rozważyć rękę, oko, nos, każde z osobna
wyabstrahowane,
czyli wyodrębnione od reszty ciała. Ale jakkolwiekbym sobie rękę albo
oko wtedy
wyobraził, muszą mieć one jakąś określoną postać i barwę. [12]
Tak ukształtowana myśl wiedzie Berkeleya w stronę skrajnego immaterializmu. [13]
Ponieważ niemożliwe jest oddzielenie jakości wtórnych od jakości pierwotnych oraz posiadanie jakiejkolwiek idei abstrakcyjnej, jako odbicia takiej (abstrakcyjnej) percepcji, to nie można mówić zasadnie o domniemanej podstawie naszych wrażeń, którą miałaby być substancja materialna; język natomiast, w tej optyce, okazuje się narzędziem komunikacji a nie źródłem poznania.
Tym bowiem, co jest dostępne
poznaniu są jedynie
nasze wrażenia (a właściwie idee).
Jeśli nie
zatroszczymy się o oczyszczenie pierwszych zasad
poznania z powikłań i złudzeń słownych, będziemy mogli snuć niekończące
się i
zupełnie bezcelowe rozważania na ich temat; będziemy mogli wyprowadzać
wnioski
z wniosków, nie stając się nigdy mądrzejszymi. [15]
Zarówno istnienie wrażeń zmysłowych, jak i myśli, czy uczuć, jeśli się chwilę zastanowić, wiąże się jedynie z przestrzenią umysłu. Co więcej: istnieją one o tyle, o ile są postrzegane.
Każdy przyzna,
że ani nasze myśli, ani uczucia, ani idee
ukształtowane przez wyobraźnię nie istnieją poza umysłem (…)
Myślę, że każdy
może się o tym przekonać naocznie, kto tylko zważy, co się rozumie
przez termin
istnieć wówczas, gdy
stosuje się on
do rzeczy zmysłowych (…) Ich esse
to percipi. [16]
Berkeley dowodzi, że przypuszczenie, iż przedmioty naszych wrażeń istnieją poza ich postrzeganiem jest czystą fantazją. Bezsensowne jest bowiem twierdzenie, że postrzegane może być coś, co jest niepostrzegane. Skoro dla nas jedyną formą istnienia wrażeń jest ich postrzeganie, to poza nim one nie istnieją (nie można bowiem mieć percepcji jakiegoś innego stanu istnienia rzeczy niż ich wrażeniowe przejawianie się w naszych postrzeżeniach). Słusznie zauważa, że jest to kwestia odpowiedniego rozumienia samego pojęcia „istnienia”. Berkeley bowiem nie twierdzi bynajmniej, że „drzewo przestawałoby istnieć, gdy nikt na nie nie patrzy”[17] i że „udziałem tego, co uważamy za przedmioty materialne, [jest] coś w rodzaju egzystencji przerywanej”[18]. Z jednej strony należy stwierdzić, że Berkeley nieprzerwane istnienie ciągu idei tłumaczy permanentną percepcją Boga, z drugiej strony zwrócić należy uwagę na mocno logiczną a nie zdroworozsądkową argumentację filozofa. Skoro doświadczenie daje jedynie takie kategorie, jak zapach, kształt, czy barwę, zatem to, co zwykliśmy określać mianem rzeczy, jest jedynie wiązką zmysłowych wrażeń. Istotą owych wrażeń jest fakt, że ich istnienie jest tożsame z ich postrzeganiem. Jeśli tak, to istnieją one jedynie w umyśle (przy czym pamiętać należy o specyficznej „modyfikacji” pojęcia istnienia).
W postawie filozofa nie ma absurdu a jedynie konsekwencja. Dlatego fakt uznawany powszechnie za oczywisty: istnienie substancji cielesnej, materialnego substratu naszych wrażeń, może on traktować, jako językową i umysłową pomyłkę. Berkeley pyta bowiem:
Czymże
jest światło i
barwy, ciepło i zimno, rozciągłość i kształty, słowem wszystko, co
widzimy i
czujemy, jeśli nie różnorodnymi wrażeniami zmysłowymi,
pojęciami, ideami czy
impresjami wywartymi na zmysły? I czy można, choćby w myśli, oddzielić
którekolwiek z nich od postrzeżenia? [19]
W związku z powyższym może więc stwierdzić, że „nie ma żadnej innej substancji oprócz ducha, czyli tego, co postrzega”[20].
Berkeley był konsekwentnym immaterialistą. W swoich dociekaniach nad istotą postrzegania i poznania dojść musiał więc także do kwestii podmiotu, który, zamiast substancji, stanowić mógłby podstawę istnienia postrzeżeń. Zauważa w tym kontekście fakt, że mamy poczucie Ja, ale nie mamy jego idei. Wszelkie idee bowiem są bierne (ich byt to tyle, co ich postrzeganie). Nasza bezpośrednio odczuwana subiektywność taka jednak nie jest, bowiem objawia się nam pod postacią woli. Owo Ja jest fundamentem wszelkich idei. Jest ono jednak skończone. Ponieważ idee, które są podstawą świata nie mogą istnieć niepostrzegane, a niektóre idee (idee zmysłowe w przeciwieństwie do idei wyobrażeniowych) są niezależne od ludzkiego umysłu, to istnieć musi, jakieś Ja wyższe – nieskończone. Takim absolutnym Ja jest oczywiście Bóg. Dzięki niemu rzeczy nie znikają wraz z odjęciem im naszej uwagi, ale trwają w wiecznej boskiej percepcji.
Bóg, pojawiający się u Berkeleya jako przyczyna trwania rzeczy, zmienia także w sposób zasadniczy rozumienie pojęć subiektywności i obiektywności. W tradycyjnym rozumieniu obiektywne, to coś, co istnieje poza świadomością a subiektywne, to to, co związane ze świadomością. W rozumieniu Berkeleya natomiast, obiektywne jest to, co związane ze świadomością jako taką a subiektywne oznacza tyle, co pozostające w związku ze świadomością jednostkową. Odróżnienie to jest o tyle istotne, że pointuje niejako rozważanie filozofa na temat natury i możliwości poznania.
Monika Migdalska
[1] Por. B. Russell, Dzieje filozofii zachodu, s. 737.
[2] F. Copleston, Historia
filozofii, t. V, s. 237.
[3] G. Berkeley, Philosophical
Commentaries, 492; I, s. 62; przyp. za: F. Copleston,
op. cit., s. 237.
[4] G. Berkeley, Traktat o zasadach poznania, s. 17.
[5] Władysław Tatarkiewicz, Historia filozofii, t. II, Filozofia nowożytna do roku 1830, s. 122.
[6] G. Berkeley, Traktat…, s. 18.
[7] Oxfordzka ilustrowana historia filozofii, s. 162.
[8] Por. Ibidem, s. 164 i nast.
[9] M. Sikora, Problem reprezentacji poznawczej w nowożytnej i współczesnej refleksji filozoficznej, s. 56.
[10] Oxfordzka ilustrowana historia filozofii, s. 164.
[11] M. Sikora, op. cit., s. 56.
[12] G. Berkeley, Traktat…., s. 13-14.
[13] Przymiotnik „skrajny” z lubością wszelkim twierdzeniom Berkeleya przypisywał Władysław Tatarkiewicz w swojej Historii filozofii.
[14] Władysław Tatarkiewicz, op. cit., s. 123.
[15] G. Berkeley, Traktat…,
s. 32.
[16] Ibidem, s. 36-37.
[17] B. Russell, op. cit., s. 737.
[18] Ibidem.
[19] G. Berkeley, Traktat…,
s. 38.
[20] Ibidem, s. 39.
Bibliografia
·
George
Berkeley, Traktat
o zasadach poznania. Trzy dialogi
między Hylasem i Filonousem, Biblioteka Klasyków
Filozofii, PWN, Warszawa
1956.
·
Fryderyk
Copleston, Historia filozofii, t.
V,
PAX, Warszawa 1997.
·
Oxfordzka
ilustrowana historia filozofii, pod redakcją
Anthonny’ego Kenny’ego, Zysk i Sk-a
Wydawnictwo, Poznań 2001.
·
Bertrand
Russell,
Dzieje filozofii zachodu, Fundacja
Aletheia, Warszawa 2000.
·
Marek
Sikora, Problem
reprezentacji poznawczej w
nowożytnej i współczesnej refleksji filozoficznej,
Wydawnictwo Naukowe Instytutu
Filozofii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Poznań 2007.
· Władysław Tatarkiewicz, Historia filozofii, t. II, Filozofia nowożytna do roku 1830, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968.