Sklepy cynamonowe to zbiór opowiadań Brunona Schulza, mieszkańca małego galicyjskiego miasta, Drohobycza. Początkowo autor nie zamierzał ich wydać - zdecydował się na to po rozmowie z zachwyconą jego twórczością Zofia Nałkowską. Opowiadania powstawały w latach 1931-1933 jako dopiski do listów do Debory Vogel, wydane zostały w 1933 (postdatowane na 1934). Książka opowiada historię rodziny Brunona Schulza - jedną z wiodących postaci jest ojciec artysty, Jakub Schulz.

 Ulica Krokodyli 

Bruno Schulz

1933


 

Zobacz takżeBruno Schulz

 


   ULICA KROKODYLI

 

   Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego głębokiego biurka starą i

piękną mapę naszego miasta.

   Był to cały wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone

skrawkami płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej

perspektywy.

   Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego pokoju i otwierała

daleki widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej się falisto bladozłotą wstęgą,

na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów i stawów, na pofałdowane

przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód z rzadka, potem coraz

tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławych wzgórzy, coraz mniejszych i coraz

bledszych, w miarę jak odchodziły ku złotawej i dymnej mgle horyzontu. z tej

zwiędłej dali peryferii wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód

jeszcze w nie zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,

poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się w

pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widoków oglądanych

przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz cały zawikłany i

wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistość gzymsów, architrawów,

archiwolt i pilastrów, świecących w późnym i ciemnym złocie pochmurnego

popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy i framugi w głębokiej sepii cienia.

Bryły i pryzmy tego cienia wcinały się, jak plastry ciemnego miodu, w wąwozy

ulic, zatapiały w swej ciepłej, soczystej masie tu całą połowę ulicy, tam

wyłom między domami, dramatyzowały i orkiestrowały ponurą romantyką cieni tę

wieloraką polifonię architektoniczną.

   Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych prospektów, okolica Ulicy

Krokodylej świeciła pustą bielą, jaką na kartach geograficznych zwykło się

oznaczać okolice podbiegunowe, krainy niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko

linie kilku ulic wrysowane tam były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w

prostym, nieozdobnym piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych

napisów. Widocznie kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do

zespołu miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym

wykonaniu.

   Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na dwuznaczny i

wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od zasadniczego tonu

całego miasta.

   Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskrawo charakterem

trzeźwej użytkowości. Duch czasu, mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego

miasta i zapuścił korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w

pasożytniczą dzielnicę.

   Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel, pełen

solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od razu

nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony

na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i

bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam tanie,

marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi

sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały

szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako

nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące

w falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali, szara

atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami kurzu na

wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian, wyciskały tu, na

sklepach, piętno dzikiego Klondike. Tak ciągnęły się jeden za drugim magazyny

krawców, konfekcje, składy porcelany, drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich,

wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze

złoconych plastycznych liter: CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND.

   Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej

przez szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez

istną lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich

efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej pokusy

zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się na wpół

przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem wolni od pokusy

dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w tym

płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta

była eldoradem takich dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru

godności własnej. Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko

zapraszało sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie

przymrużonym perskim okiem do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało z pęt

niską naturę.

   Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną osobliwość tej dzielnicy: brak

barw, jak gdyby w tym tandetnym, w pośpiechu wyrosłym mieście nie można było

sobie pozwolić na luksus kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych

fotografiach, jak w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza

zwykłą metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się w

istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych rubrykach

komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się pasożytniczo podejrzane

anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i wędrówki te były równie jałowe

i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji, pędzonej przez szpalty i kolumny

pornograficznych druków.

   Wchodziło się do jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej

elegancji, tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,

bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jedne nad

drugimi w nie określoną wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półek

wyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem lichym,

bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy Natomiast dalsze magazyny, które

widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów, piętrzących

się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, pod zagmatwanym niebem strychu

w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości. Przez wielkie szare okna,

kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru kancelaryjnego, nie wchodzi światło,

gdyż przestrzeń sklepu już napełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą

poświatą, która nie rzuca cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiś

smukły młodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzić

naszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale gdy, gadając,

rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje niekończącą się

strugę materiału, przepływającą przez jego ręce, formując z jego fal iluzoryczne

surduty i spodnie, cała ta manipulacja wydaje się czymś nieistotnym, pozorem,

komedią, ironicznie zarzuconą zasłoną na prawdziwy sens sprawy.

   Panienki sklepowe, smukłe i czarne, każda z jakąś skazą piękności

(charakterystyczną dla tej dzielnicy wybrakowanych artykułów), wchodzą i

wychodzą, stają w drzwiach magazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma

(powierzona doświadczonym rękom subiekta) dojrzewa do punktu, właściwego.

Subiekt przymila się i kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty Chciałoby

się go ująć pod miękko zarysowaną brodę lub uszczypnąć w upudrowany blady

policzek, gdy z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markę

ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice.

   Z wolna sprawa wyboru ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do

efeminacji i zepsuty młodzieniec, pełen zrozumienia, dla najintymniejszych

poruszeń klienta, przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą

bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego zbieracza.

Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko fasadą, za którą kryła

się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych wydawnictw i druków prywatnych.

Usłużny subiekt otwiera dalsze składy, wypełnione aż po sufit książkami,

rycinami, fotografiami. Te winiety, te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze

nasze marzenia. Takich kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie

przeczuwaliśmy nigdy.

   Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzy szeregami książek,

szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych twarzach, ciemnego pigmentu

brunetek o lśniącej i tłustej czarności, która zaczajona w oczach, z nagła

wybiegała z nich zygzakiem lśniącego karakoniego biegu. Ale i w spalonych

rumieńcach, w pikantnych stygmatach pieprzyków, we wstydliwych znamionach

ciemnego puszku zdradzała się rasa zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt

intensywnej mocy, ta mokka gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które

brały one do oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać

w powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o podniecającej,

animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucała coraz bardziej hamulce

pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą aktywność, przechodził powoli do

kobiecej bierności. Leży teraz na jednej z wielu kanap, porozstawianych wśród

rejonów książek, w jedwabnej pidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki

demonstrują, jedna przed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne

zasypiają już na prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.

Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie samemu.

Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi. Odwrócone do niego

tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontrapoście, przestępowały z nogi na

nogę, grając kokieteryjnym obuwiem, przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele

wężową grę członków, atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności

podnieconego widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z

wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa. Skorzystajmy z

tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym konsekwencjom

tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie zatrzymuje. Przez

korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopism i druków wydostajemy się

ze sklepu i oto jesteśmy w tym miejscu Ulicy Krokodylej, gdzie z wyniesionego

jej punktu widać niemal całą długość tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie

wykończonych zabudowań dworca kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej

okolicy, i cała sceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety,

tak szare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest

cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność. Chwilami ma

się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa się wszystko

przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru wielkomiejskiego, gdy tymczasem już

na bokach rozwiązuje się i rozprzęga ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna

wytrwać w swej roli, rozpada się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię

jakiegoś ogromnego pustego teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski,

ironiczny patos drży na tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania

widowiska. Wbrew lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar

dzielnicy. Zresztą nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy

małych, parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi

kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów, ślepych

okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod domami płynie

rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski, ale jezdnia, jak place

wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna wybojów, kałuży i trawy. Ruch

uliczny dzielnicy służy do porównań w tym mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą

i porozumiewawczym błyskiem w oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader

przejęty swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru.

Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej,

monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera

dziwnej błahości przenika tę całą scenerię, tłum płynie monotonnie i, rzecz

dziwna widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają w splątanym,

łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości. Czasem tylko wyławiamy

z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe spojrzenie, jakiś czarny melonik

nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami,

które właśnie coś powiedziały, jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą

na zawsze.

   Osobliwością dzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach.

Nie jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem spraw,

nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego gestu nie

przywiązuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i pasażerowie powierzają

się tym błędnym pojazdom z lekkomyślnością, która cechuje tu wszystko. Nieraz

można ich widzieć na niebezpiecznych zakrętach, wychylonych daleko z połamanej

budy, jak z lejcami w dłoniach przeprowadzają z natężeniem trudny manewr

wymijania.

   Mamy w tej dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu

najwyższy swój triumf Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z

papier mache, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego użytku. Często

brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w przejeździe pasażerów,

siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką godnością. Tramwaje te

popychane są przez tragarzy miejskich. Najdziwniejszą atoli rzeczą jest

komunikacja kolejowa na Ulicy Krokodylej.

   Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi tygodnia można

zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy na pociąg. Nie jest się nigdy

pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i zdarza się często, że ludzie

ustawiają się w dwóch różnych punktach, nie mogąc uzgodnić swych poglądów na

miejsce przystanku. Czekają długo i stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo

zarysowanych śladów toru, z twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z

papieru, wyciętych w fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie

zajeżdża, już wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,

miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny szpaler i

ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył węglowy. Ciemne

sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku, tłumiony pośpiech i

zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę dworca kolejowego w szybko

zapadającym zmierzchu zimowym.

   Plagą naszego miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo.

   W ostatniej chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym

pośpiechu pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te

negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,

rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie rozproszyć.

   Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego dworca, pełnego

zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się znowu, rozszerza i

przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny tłum spacerowiczów, który

wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystaw sklepowych, tych brudnych, szarych

czworoboków, pełnych tandetnych towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek

fryzjerskich.

   Wyzywająco ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki.

Mogą to być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą

drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach

nieznaczną skazę, która je przekreśla; zezują czarnym, krzywym zezem lub mają

usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa.

   Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica

Krokodyli. Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą stać nas i na

prawdziwą wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy

jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś - a natychmiast spotyka

się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną pewnością. Nawet

dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny sposób kokardy, stawiają

swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą skazę w spojrzeniu, w której

leży preformowane przyszłe zepsucie.

   A jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,

troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli?

   Kilkakrotnie w trakcie naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki

ostrzegawcze, dawaliśmy w delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny

czytelnik nie będzie nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy

o imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają zbyt

ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i niezdecydowany

charakter jej rzeczywistości.

   Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały niejako stopień realności,

definiowały jej giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest,

że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum,

wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się

przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu. Mogliśmy już

zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w intencjach, w projektach i

antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym innym jak

fermentacją pragnień, przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W

atmosferze nadmiernej łatwości kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka,

przelotne napięcie puchnie i rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i

lekka wegetacja puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z

nieważkiej tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i

rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy dreszczem na

jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych marzeniach. Nigdzie,

jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni możliwościami, wstrząśnięci bliskością

spełnienia, pobladli i bezwładni rozkosznym struchleniem ziszczenia. Lecz na tym

się też kończy.

   Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,

atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w nicość,

oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół.

   Będziemy wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji

podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy błądzili od

szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy dziesiątki magazynów,

trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali przez szpalery książek,

wertowali czasopisma i druki, konferowali długo i zawile z panienkami o

nadmiernym pigmencie i skażonej piękności, które nie potrafią zrozumieć naszych

życzeń.

   Będziemy się wikłali w nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i

podniecenie ulotni się w niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie.

   Nasze nadzieje były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby

pozorem, konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych

intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym zepsuciem,

zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej pospolitości. W tym

mieście taniego materiału ludzkiego brak także wybujałości instynktu, brak

niezwykłych i ciemnych namiętności.

   Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i

zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na

papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,

zeszłorocznych gazet.

 


 






                                                                                                                                                 
                                                                                                                                                       Wróć