na jego opublikowanie.
Możliwości estetyki matematycznej a problem dynamiki w estetyce
MIROSŁAW ŻELAZNY
Przedmiotem naszego zainteresowania będzie pytanie: jak i czy w
ogóle możliwa jest estetyka jako
nauka, która wszystkie cechy przedmiotów
empirycznych byłaby w stanie opisywać
jako cechy obiektywne?
Pojęcie “cech obiektywnych” będziemy tu rozumieli w
znaczeniu wywodzącym się z
koncepcji Galileusza i upowszechnionym w nowożytnych naukach
matematyczno-przyrodniczych: są to takie cechy, które można
zmierzyć i
obliczyć. Cechy, w odniesieniu do których okazuje się to
niemożliwe, wolno nam
natomiast uznać za subiektywne lub, co najwyżej, intersubiektywne.
Myślenie o świecie w kategoriach mechanicystycznie pojmowanych nauk
matematyczno-przyrodniczych charakteryzuje się w tym modelu pewnymi
założeniami, które von Aster przedstawia następująco:
Przyroda
jest jedna, gdyż rządzą nią wszędzie te same prawa. Zasada
bezwładności, w myśl
której każde ciało utrzymuje się w stanie spoczynku lub
jednostajnego ruchu
prostolinijnego dopóty, dopóki nie podziała na
nie jakaś siła zewnętrzna,
zasada obowiązująca zarówno w odniesieniu do
ruchów ziemskich, jak do ruchów
astronomicznych, znosi tym samym arystotelesowską
“różność” ich
“istoty”,
przygotowując grunt do połączenia astronomii i mechaniki, czego dokona
później
Newton. Mechanika staje się podstawową nauką przyrodniczą, organiczny
obraz
przyrody ustępuje miejsca mechanicznemu. Magię zastępuje technika,
miejsce
jakości zajmuje fizyka ilościowa, uznająca za elementy rzeczywistości
tylko te
czynniki, które można zmierzyć i obliczyć 1.
Zdaniem von Astera europejski przyrodoznawca, mówiąc, o
wymiernej (obiektywnej)
różnicy własności przedmiotów empirycznych
wyobraża sobie, że chodzi tu o
różnice typu ilościowego. Czy taki sposób
myślenia dałoby się zastosować
również w estetyce, czyniąc z niej naukę w Galileuszowskim
rozumieniu tego
słowa? W jakimś zakresie na pewno tak. Gdy mówimy na
przykład: “ten liść jest
bardziej zielony od tamtego”, to można uznać, że przede
wszystkim mamy na
myśli, iż “ten liść zawiera większą ilość cech (w tym wypadku
pewnych
substancji biochemicznych), które powodują taki a nie inny
efekt wizualny”. Gdy
z kolei powiadamy, że “Barbara jest ładniejsza od
Anny” również na swój sposób
mamy na myśli, że “Barbara jest bardziej ładna niż
Anna”. Co jednak w tym wypadku
oznacza owo “bardziej ładna”?
Oczywiście moglibyśmy stwierdzić, że ciało Barbary jako bryła
geometryczna
posiada określone wymiary, dzięki którym bardziej aniżeli
ciało Anny zbliżone
jest do jakiegoś ustalonego kryterium piękna (na przykład matematycznej
średniej proporcji ciała laureatek konkursu piękności). Podobne
kryteria można
byłoby też zastosować w odniesieniu do piękna twarzy, choć tutaj metoda
pomiaru
okazuje się bardziej skomplikowana:
Psychologowie i matematycy z kilku amerykańskich
uniwersytetów dokonali
następującego eksperymentu: za pomocą komputera stworzyli cyfrowe,
sztuczne
kompozycje ludzkich wizerunków, składające się z
elementów prawdziwych twarzy.
Następnie przypadkowych obserwatorów poprosili o ocenę
atrakcyjności owych
sztucznych kompozycji, a także twarzy prawdziwych,
które wykorzystano w
komputerowej symulacji. Najwyższe notowania uzyskały twarze sztuczne
powstałe z
dużej liczby prawdziwych wizerunków. Twarze prawdziwe
przepadły z kretesem! 2
Na
pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że opisana zabawa amerykańskich
naukowców potwierdza możliwość tworzenia estetyki jako nauki
matematycznej.
Piękno twarzy zostaje tu uznane za efekt specyficznego ułożenia
określonych
punktów w przestrzeni, zadaniem zaś komputera staje się
odnalezienie takiego
wzajemnego odniesienia owych punktów, ażeby składały się one
na harmonijną
strukturę.
Wiemy jednak, że użyte tu kryterium okazuje się w praktyce
niedoskonałe.
Dysponujemy nawet całą gamą ironicznych pojęć określających ten typ,
chciałoby
się powiedzieć, ułomnej piękności: “piękność z
żurnala”, “piękność z
Hollywood”, “piękność cukierkowa”,
wreszcie ostatnio “piękność z komputera”.
Wiemy też, że piękne osoby z fotografii w rzeczywistości wcale piękne
być nie
muszą i vice versa, ludzie źle wychodzący na fotografiach mogą w
rzeczywistości
okazywać się bardzo piękni. Jeśli zaś w powieści znajdziemy zdanie:
“gdy to
mówiła, jej oczy stawały się coraz piękniejsze”
natychmiast zauważamy, że owo
specyficzne piękno oczu bohaterki literackiej może być rozważane tylko
w
określonej chwili, że nie jest trwałą cechą geometryczną i w takim
razie trudno
byłoby je w jakikolwiek sposób policzyć. Często
mówimy też o kimś: miał oczy
matki, ale spojrzenie ojca, mając na myśli: w sensie ilościowym
(geometrycznym
i kolorystycznym) jego oczy przypominały oczy matki, patrząc jednakże
przejawiał pewną dynamikę spojrzenia, charakterystyczną dla wzroku ojca
(nieprzypadkowo słyszy się, że oczy są zwierciadłem duszy).
Mówiąc o pięknie ludzkiej twarzy musimy więc
zwrócić uwagę na dwa czynniki.
Pierwszym z nich jest określona matematyka statycznej bryły
geometrycznej,
którą ta twarz jest. Bryła ta, zrówno w sensie
wymiarów, jak i kolorów
poszczególnych jej części, może być oczywiście obiektem
pomiarów, na podstawie
których ustala się pewne estetyczne kryteria.
Drugi to dynamika oddziaływania samorzutnej siły,
która powoduje, że
niektóre z obserwowanych przez nas własności w pewnym
momencie zanikają,
ustępując miejsca innym własnościom. Siła ma to do siebie, że
matematyka może
ująć w liczbach
tylko skutki jej
oddziaływania, nie zaś ją samą jako określony przedmiot empiryczny. Ale
w
rozważanym przez nas przypadku, inaczej aniżeli na przykład przy
analizie
mechanicznych procesów zachodzących pomiędzy obiektami
materii nieożywionej,
skutki te nie mogą być nawet empirycznie wymierne, trudno bowiem orzec,
jakim
ilościowym przemianom podlega spojrzenie człowieka, który
oto pięknie zaczai
patrzeć.
Istoty analizowanego przez nas zjawiska piękna z całą pewnością nie
potrafimy
więc wyczerpująco wyjaśnić na drodze opisu matematycznego, gdyż w skład
tego
zjawiska, obok proporcji typu geometrycznego czy też obecności pewnej
liczby
dających się określić cech empirycznych, wchodzi ewidentna obecność
skutków
oddziaływania samorzutnej siły, które to skutki nie zawsze
dają się wymierzyć
matematycznie, sama zaś siła (w tym wypadku określonemu tajemniczym
mianem siły
ludzkiej witalności) pomiarom takim nie podlega.
Komentując powyższą
dychotomię Fryderyk Schiller stwierdziłby, że istota piękna zmysłowego
polega
właśnie na opanowaniu geometrii bryły przez ukrytą wewnętrzną dynamikę
przedmiotu. Dlatego uosobieniem piękna będzie dla nas
jaskółka a nie wróbel,
czy też łabędź a nie gęś lub nawet kryształ a nie grudka gliny. Ten
wielki
poeta odpowiedziałby amerykańskim informatykom, że proporcje
geometryczne
stanowią gwarancję piękna naturalnego tylko o tyle, o ile widać w nim,
jak
wewnętrzna siła pokonała bezwład materii (przykładem prostszym od
ludzkiej twarzy
może tu być chociażby płatek śniegu). Tyle, że piękno twarzy z
fotografii lub
komputera, to znaczy piękno czysto matematyczne,
będzie zawsze
zmumifikowanym efektem oddziaływania siły, które już się
dokonało i daje się
wymierzyć, natomiast oto dokonujące się piękno żywej twarzy, biegu
konia czy
lotu jaskółki w pomiarach takich uchwycić się nie da. Nawet
w niektórych
dziełach sztuki, jako przedmiotach powstałych wyłącznie w efekcie
mechanicznej
obróbki, na przykład w marmurowych rzeźbach ludzkich
postaci, istota piękna
harmonijnych proporcji sprowadza się do faktu, że proporcje te są
symbolem
wewnętrznej siły,
która pokonała materię i
przyporządkowała sobie bryłę ciała. Oczywiście tylko symbolem a nie
objawem,
gdyż w rzeczywistości nie było tu żadnego oddziaływania wewnętrznej
siły, a
tylko zewnętrzna praca artysty uformowała blok marmuru w taki
sposób, jak gdyby
miało ono miejsce.
Estetyka jako nauka ścisła (w Galileuszowskim rozumieniu pojęcia nauki)
byłaby
więc teoretycznie możliwa tylko pod warunkiem, że przy rozważaniu
wszelkich
możliwych cech przedmiotów empirycznych, oddziaływanie i
uobecnianie się
stwarzającej te cechy siły dałoby się w całości sprowadzić do zapisu
matematycznego. Abstrahując od realnych możliwości nauk
matematyczno–przyrodniczych zadajmy sobie pytanie: czy
system, w którym
wszelkie różnice pomiędzy obiektami tworzącymi zjawiska
przyrody dałyby się
wyrazić matematycznie, jest w ogóle do pomyślenia? Wielu
filozofów europejskich
wierzyło, że tak i próby budowy takich systemów
odnajdujemy na przykład w
doktrynach mechanicystycznego atomizmu. Można nawet podjąć
próbę spekulacji, na
czym musiałyby polegać różnice cech obiektów
empirycznych (w sensie obiektów
przestrzennych), jeśli miałyby się one w całości sprowadzać do czynnika
geometrycznego.
Odnosząc takie spekulacje do rozważanego przez nas przykładu
marmurowego
posągu, należałoby zwrócić uwagę na następujące fakty.
W
najogólniejszej skali różnica pomiędzy postacią
żywego człowieka a blokiem
nieociosanego marmuru sprowadza się do różnicy figury
geometrycznej. Różnicę tę
można oczywiście pokonać, poddając marmur mechanicznej
obróbce, ale nawet sam
Fidiasz nie byłby w stanie zmienić martwego kamienia w żywą ludzką
postać. Z
jakiego powodu? Z takiego, odpowiedzieliby mechanistyczni atomiści, że
rzeźbiarz miał możliwość przetwarzania przedmiotów
materialnych określonego
rzędu wielkości, nie był natomiast w stanie poddać obróbce
tego, co ostatecznie
decydowało o charakterze substancji zwanej człowiekiem: maleńkich,
dalej
niepodzielnych bryłek geometrycznych, zwanych atomami.
Zgodnie z najprostszymi koncepcjami atomistycznymi wszelkie cechy
substancji,
tak materialnych, jak i duchowych (te ostatnie sprowadzały się zresztą
do
pierwszych) wynikały więc: po pierwsze z różnicy
kształtów geometrycznych
najmniejszych tworzących te substancje bryłek (atomów), po
drugie zaś z
przestrzennego układu, jaki bryłki te tworzą między sobą w
poszczególnych
momentach. Gdyby udało się najpierw usystematyzować wszystkie tworzące
wszechświat atomy (na przykład pomierzyć je i ponumerować), a potem
analogicznie usystematyzować i opisać matematycznie wszystkie zmiany
miejsca
wynikające z faktu, że atomy zbliżają się do siebie lub odpychają się,
możliwy
byłby nie tylko pełny opis wszelkich zjawisk empirycznych, składających
się na
wszechświat, lecz również prognozowanie jego przyszłej
historii.
Pomijając jednak praktyczną niemożliwość dokonania takiego absolutnego,
matematycznego opisu warto zwrócić uwagę, że z czysto
ontologicznego punktu
widzenia wciąż nierozwiązany pozostaje tu problem: czym jest owa siła,
która
powoduje ruch atomów, a której nigdy nie
doświadczamy jako jakiejś rzeczy lub
przedmiotu, gdyż zawsze obserwujemy tylko geometrycznie wymierne skutki
jej
oddziaływania, a nie ją samą?
Na
to pytanie nie znajdujemy już odpowiedzi i dlatego Fidiasz, nawet gdyby
dysponował “dłutkiem do obróbki
atomów”, nie mógłby być
Bogiem-stwórcą, panem
nad życiem i śmiercią. Cóż z tego bowiem, że potrafiłby
stworzyć mechanizm
substancji zwanej człowiekiem, skoro nie umiałby owego mechanizmu
“nakręcić”
czy też, używając alegorii biblijnej, tchnąć ducha w glinę?
Alegoria ta jest zresztą o tyle myląca, że
Bóg-stwórca musiał nie tylko tchnąć
owego ducha, ale przede wszystkim stworzyć go lub samemu nim być, a już
na
pewno wiedzieć, na czym polega jego istota. Gdyby chodziło tylko o
problem
pierwszego poruszyciela, można byłoby sobie ostatecznie wyobrazić, iż w
pewnym
momencie Fidiasz-stwórca popycha wszystkie ociosane przez
siebie atomy i
wprawia je w ruch, nie wiedząc przy tym, czym w
istocie jest popychająca siła. Stwórca absolutny musiałby
być nie tylko stwórcą
tworzących substancję brył geometrycznych, ale również
absolutną, a nie tylko
pośrednią przyczyną siły wprawiającej owe bryły w ruch. W jaki zaś
sposób jakakolwiek
istota mogłaby się wywiązać z tego ostatniego zadania? Na to pytanie
nie
potrafimy już udzielić odpowiedzi.
Sposób, w jaki problem dualizmu masy i siły usiłowała
przedstawić kosmologia
atomistyczno-mechanistyczna, zaprezentowana tu zresztą w niezwykle
ogólnej i
uproszczonej formie, od dawna już oczywiście uznany został w nauce za
anachronizm. Na pewno nie istnieje coś takiego, jak prosta substancja w
postaci
geometrycznych atomów. Począwszy natomiast od filozofii
Leibniza, do której
odwołuje się Baumgarten, mechanistyczno-geometryczna koncepcja
substancji
prostej oraz częściej zastępowana będzie hipotezą głoszącą, iż poniżej
pewnego
rzędu wielkości różnica pomiędzy ciałem geometrycznym i
zawartą w tym ciele
siłą przestaje istnieć. Natrafiamy tu na cząsteczki (monady),
które w ogóle nie
są już przedmiotami geometrycznymi, a tylko kwantami energii. Hipoteza
ta nie
narusza jednak podstaw Galileuszowskiego sposobu rozumienia poznania
obiektywnego, gdyż zdaniem Leibniza, przedmiotami takiego poznania nie
mogą być
same monady, a tylko obiekty powstałe w wyniku samoograniczania się
wewnętrznej
energii monad i łączenia się tych monad w
“agregaty”, czyli bryły geometryczne.
Ale
niezależnie od tego, jaki przyjmiemy ontologiczny bądź fizyczny model
interpretacji
dualizmu masy (geometrii) i siły, jeśli już uznamy, że tak zwane
estetyczne
cechy przedmiotu są cechami obiektywnymi, czyli poznawalnymi naukowo w
Galileuszowskim rozumieniu pojęcia nauki, wybór drogi, na
której należałoby
poszukiwać na przykład wyjaśnienia istoty zjawiska piękna, byłby
oczywisty.
Gdybyśmy więc pokusili się o pytanie: w jaki sposób dałoby
się wyczerpująco
wyjaśnić przytoczone przez nas zjawisko, że ktoś ma “oczy
matki, a spojrzenie
ojca”, odpowiedź brzmiałaby, że zarówno cecha,
jaką jest kształt oczu, jak i
cecha nazywana przez nas dynamiką spojrzenia, to w istocie statyczne
lub
zmieniające się w czasie wielkości matematyczne. To co nazywamy
“spojrzeniem
ojca” też teoretycznie powinno dać się rozłożyć na jakieś
cechy składowe, tyle
że analizy takiej nie jesteśmy w stanie dokonać. W tej interpretacji
żywa
ludzka twarz różniłaby się od twarzy z komputera tylko
liczbą zawartych w niej
geometrycznych zjawisk oraz prędkością, z jaką zjawiska te następują po
sobie.
Gdyby zaś komputer mógł sięgać aż do cząsteczek tak małych,
że poniżej ich
poziomu, w sensie przemian geometrycznych, nic się nie dzieje (na
przykład
atomów Demokryta czy monad Leibniza), różnice te
przestałyby istnieć i
otrzymalibyśmy wyczerpujące, jasne poznanie rozumowe badanego zjawiska.
Jak
pamiętamy z poprzedniej rozprawki, zdaniem Leibniza, takim doskonałym
rachmistrzem wszelkich cech świata empirycznego może być tylko
Bóg. Człowiek
zaś, chcąc uzyskać pewne zrozumienie zjawisk, których nie
potrafi rozłożyć na
wszystkie cechy składowe, musi posłużyć się ciemnym poznaniem
intuitywnym.
Ono właśnie umożliwia mu skonstatowanie faktu, że ktoś ma
“spojrzenie swego
ojca”, to zaś, że twarz tego kogoś przypomina twarz jego
matki, możemy już
wyjaśnić na drodze poznania jasnego, na przykład analizy
antropologicznej.
Reasumując nasze dotychczasowe rozważania, możemy też pokusić się o
próbę
sprecyzowania, dlaczego pełne zastąpienie ciemnego poznania zmysłowego
przez
jasne poznanie rozumowe okazuje się dla nas nieosiągalne.
W
makroskali wiąże się to z odpowiedzią na pytania kosmologiczne. Przede
wszystkim będzie to pytanie: czy we wszechświecie w ogóle
istnieje coś takiego
jak substancja prosta (atom, monada), przedmiot stanowiący ostateczną
granicę
dla ilościowej analizy zjawisk? Pytanie drugie dotyczy oczywiście
relacji
pomiędzy obiektywnymi (matematycznymi) cechami przedmiotów a
zmieniającą te
cechy ukrytą przyczyną.
W
mikroskali pojawiłby się natomiast problem: czy nawet po uzyskaniu
pozytywnej
odpowiedzi na powyższe graniczne pytania kosmologii bylibyśmy w stanie
porachować, zaczynając od poziomu
substancji
prostych, wszelkie zachodzące w świecie ilościowe przemiany w taki
sposób,
ażeby możliwe stało się wyliczenie uwarunkowań wszystkich cech
rzeczywistości
empirycznej?
Trudno
się dziwić, że Leibniz wyobrażał sobie, iż tak gigantycznemu zadaniu
mógłby
podołać tylko Bóg. Traktując jednak całe zagadnienie czysto
teoretycznie,
wróćmy na razie do pytań z zakresu makroskali, to znaczy
kosmologicznych.
Oczywiście po dziś dzień wyrażają one najistotniejsze, najtrudniejsze i
ostatecznie nierozwiązane problemy przyrodoznawstwa. Przedmiotem
naszego
zainteresowania nie jest jednak historia nauk
matematyczno-przyrodniczych, ale
sposób, w jaki do problemu prostoty substancji oraz
ostatecznych źródeł
dynamiki podchodzono w czasach, gdy rodziła się gałąź filozofii zwana
estetyką,
a więc w drugiej połowie osiemnastego wieku. W tym aspekcie zasadnicze
znaczenie będzie miała teza stanowiąca kwintesencję kantowskiej krytyki
kosmologii racjonalnej, głosząca, że problemy te nie dadzą się
rozwiązać na
drodze samej tylko czystej spekulacji rozumowej. Przypomnijmy
pokrótce,
dlaczego i jakie stąd wynikają konsekwencje.
2. Antynomie czystego rozumu
W
dotychczasowych rozważaniach, pisząc o problemie dualizmu
matematyczno-dynamicznego, odwołaliśmy się do koncepcji usiłujących
poszukiwać
wyjaśnienia owego dualizmu na drodze myślenia
“mikroredukcjonistycznego”, to
znaczy opierającego się na założeniu, że dychotomia obu
czynników znajduje swój
kres na poziomie małych, dalej już niepodzielnych na żadne mniejsze
wielkości,
cząsteczek substancji. Podstawowa trudność wiąże się jednak z pytaniem:
skąd w
ogóle wiadomo, że cząsteczki takie istnieją?
Pytanie to postawił
sobie Kant, który stwierdził, że wszelkie problemy
kosmologiczne ostatecznie
sprowadzają się do czterech kwestii:
- Czy
świat posiada początek (granice) co do czasu i przestrzeni,
czy jest co do czasu i przestrzeni nieskończony? - Czy
wszystko na świecie składa się z tego, co proste, czy też
nie ma nic prostego a wszystko jest złożone? - Czy
istnieją w świecie przyczyny wytworzone przez wolność,
czy nie ma żadnej wolności, lecz wszystko jest przyrodą? - Czy w
szeregu przyczyn jest jakaś istota konieczna, czy też
w szeregu tym nic nie jest konieczne, lecz wszystko jest
przyrodą?
Na
każde z tych pytań można udzielić dwóch przeciwstawnych
odpowiedzi,
przybierających postać antynomii. W przypadku dwóch
pierwszych pytań antynomie
uzyskują następującą postać:
I
Teza : Świat posiada początek
co do czasu i przestrzeni.
Antyteza: Świat jest nieskończony
co do czasu i przestrzeni.
II
T: Wszystko na świecie
składa się z tego co proste.
Anty-T: Nie ma nic prostego, wszystko
Antynomie te nazywa Kant “matematycznymi, ponieważ zajmują
się dołączaniem lub
dzieleniem czynnika jednorodnego” 3:
albo wymiernej geometrycznie
przestrzeni, albo ujętego w odpowiednie jednostki liczbowe czasu. W obu
wypadkach za prawdziwą nie można uznawać tezy ani antytezy, co filozof
uzasadnia
następująco:
… przestrzeń i czas wraz ze zjawiskami w nich nie są czymś,
co istnieje samo w
sobie i poza moimi przedstawieniami, lecz są tylko sposobami
przedstawiania, a
powiedzenie, że sam sposób przedstawiania istnieje także
poza naszym przedstawieniem,
zawiera sprzeczność oczywistą 4.
Jeśli
zapytuję teraz o wielkość świata co do przestrzeni i czasu, to na
podstawie
wszystkich moich pojęć tak samo nie mogę powiedzieć, że jest ona
nieskończona,
jak, że jest skończona. Albowiem ani jedno ani drugie nie może być
zawarte w
doświadczeniu, gdyż nie jest możliwe doświadczenie nieskończonej
przestrzeni
lub nieskończonego ubiegłego czasu, ani też doświadczenie ograniczenia
świata
przez próżną przestrzeń lub poprzedzający czas; są to tylko
idee 5.
To samo odnosi się i do drugiej antynomii, dotyczącej dzielenia
zjawisk.
Zjawiska bowiem są tylko przedstawieniami, a części istnieją tylko w
przedstawieniu zjawisk, a więc w dzieleniu, tj, w możliwym
doświadczeniu, w
którym są dane; dzielenie to daje się doprowadzić tylko tak
daleko, jak sięga
doświadczenie. Przyjąć, że zjawisko, np. zjawisko ciała, samo w sobie,
przed
wszelkim doświadczeniem, zawiera wszystkie części, do
których może dotrzeć
jakiekolwiek możliwe doświadczenie, to znaczy nadać samemu zjawisku,
mogącemu
istnieć tylko w doświadczeniu, zarazem istnienie własne, poprzedzające
doświadczenie, lub też twierdzić, że same przedstawienia istnieją już
przedtem,
zanim je napotykamy we władzy przedstawienia 6.
W
przypadku dwóch pozostałych antynomii przedmiotem pytania
nie jest jednak
wymierna matematycznie wielkość świata lub jakichś tworzących świat
obiektów,
ale samorzutna siła, która powoduje, że składające się na
świat obiekty
przestrzenne wprawione zostają w ruch i zmieniają swe ilościowe cechy.
Poprzez
samorzutną siłę będziemy rozumieli siłę, która nie pochodzi
wyłącznie stąd, że
obiekt materialny w całości przejął ją mechanicznie od jakiegoś innego
obiektu,
ten zaś od jeszcze jakiegoś innego, ale taką, która wyrasta
bezpośrednio z
rzeczy będącej jej źródłem.
W
obrębie mechanicznego wizerunku świata wszelką dynamikę przemieszczania
się
obiektów oraz zmianę ich geometrycznych
parametrów wyobrażamy sobie w ten
sposób, że obiekt porusza się w wyniku działania jakiejś
przyłożonej do niego
siły, którą to siłę przekazuje następnie innym obiektom. W
tej interpretacji
świat przypominałby stół bilardowy, na którym, by
odwołać się raz jeszcze do
przytoczonej na wstępie oceny nauki
Galileusza dokonanej przez von Astera: “każde ciało utrzymuje
się w stanie
spoczynku lub jednostajnego ruchu prostoliniowego dopóty,
dopóki nie podziała
na nie jakaś siła zewnętrzna”.
Zdaniem Kanta, zwolennika fizyki Newtona, taki model interpretacji
zjawisk
empirycznych okazuje się zadowalający dopóty,
dopóki odnosimy go do obiektów
rozważanych jako nieożywione bryły geometryczne. Za bryłę taką, z
pewnego
punktu widzenia, dałoby się oczywiście uznać również ciało
żywej istoty. Gdybym
przykładowo spadł z krzesła w wyniku trzęsienia Ziemi, mój
upadek, analogicznie
jak upadek krzesła, można interpretować po prostu jako przesunięcie się
bryły
geometrycznej, do której przyłożona została określona siła.
Zupełnie inaczej należałoby natomiast rozpatrywać wydarzenie polegające
na tym,
że ja, ta oto żywa istota, z własnej woli wstałem z krzesła. Nie
sposób
przecież wyczerpująco wykazać;, że owo wstanie z krzesła było w całości
spowodowane wymiernym geometrycznie oddziaływaniem czynników
zewnętrznych. Ja
po prostu chciałem wstać, rozpoczynając swym czynem zupełnie nowy
łańcuch
przyczynowego biegu wydarzeń. Można oczywiście tłumaczyć, że na to moje
chcenie
wywarło wpływ oddziaływanie jakichś obiektów zewnętrznych,
na przykład krzesła,
które, uwierając mnie, spowodowało drętwotę mego ciała, ale
będzie to zawsze
tłumaczenie bardzo połowiczne. W działaniu żywych istot spostrzegamy
bowiem
uobecnianie się pewnej samorzutnej, wewnętrznej siły, która
powoduje, że istoty
te zmieniają “same z siebie” otaczający je świat, a
nie tylko służą jako
przenośniki sił już w świecie występujących.
W
tym momencie w filozofii Kanta dochodzi do bardzo istotnej dychotomii.
Zdaniem
filozofa wzajemną relację przekazywanej siły i przekazującej ją
przyczyny
należy interpretować dwojako. W interpretacji pierwszej przyczyną tą
jest
obiekt geometryczny, który działa na inne obiekty, powodując
wśród nich
wymierne matematycznie zmiany. Ów empiryczny
“obiekt-przyczyna” nie jest tu
rozumiany jako właściwe źródło siły, ale tylko jako jej
przekaźnik. Siłę tę
nabył on z kolei od innych
obiektów
empirycznych i dlatego, poszukując jej właściwego źródła,
musielibyśmy cofnąć
się aż do ewentualnego ukrytego poruszyciela całego zegara przyrody,
będącego w
szeregu przyczyn przyczyną ostateczną. W interpretacji drugiej musimy
zwrócić
uwagę na fakt, że obserwowalne empirycznie efekty działalności żywej
istoty nie
dają się wytłumaczyć jako proste przenoszenie siły z jednego obiektu na
drugi.
Gdy ktoś mnie bije, nie mogę przecież powiedzieć, że bije mnie jego
ręka
wprowadzana w ruch przez mięśnie, ścięgna, układ nerwowy i tak dalej.
Ostatecznie stwierdzam, że najistotniejszą przyczyną pobicia było
chcenie
bijącego człowieka, który przecież równie dobrze
mógłby wstrzymać się od swego
czynu, bez interwencji jakichkolwiek mechanicznie działających sił
zewnętrznych.
Kim
zaś jest owa “chcąca istota”, która może
podjąć pewne działania lub ich
zaniechać? Na to pytanie, zdaniem Kanta, nie znajdujemy już odpowiedzi.
Mechaniczna przyczynowość, stanowiąca domenę przyrody nieożywionej,
musi w tym
miejscu zostać uzupełniona przez samorzutną przyczynowość wolności,
wyrastającą
z żywej istoty. Istoty tej, źródła przyczynowości wolności,
nie możemy
oczywiście wyobrazić sobie jako obiektu przestrzennego. Zawsze
dostrzegamy
tylko skutki jej działania, a nie ją samą i dlatego w terminologii
Kanta
otrzyma ona miano rzeczy samej w sobie. W
przypadku człowieka owa rzecz
sama w sobie utożsamiana będzie z podmiotem samym w sobie,
źródłem samorzutnej
siły, dzięki której człowiek tworzy świat swych praktycznych
działań.
Z
analogicznym dylematem stykamy się, gdy rozważamy sens ostatniej
antynomii,
wyrastającej z pytania: czy do istoty świata przynależy jakaś istota
konieczna?
Pytanie odnosi sią do “pierwszego poruszyciela mechanizmu
przyrody”. Jeśli poruszyciel
taki istnieje, to nie sposób wyobrazić go sobie jako
materialnej bryły
geometrycznej, gdyż na bryłę taką mogłyby mechanicznie oddziaływać
jakieś inne
bryły, to zaś w przypadku pierwszego poruszyciela oznaczałoby, że
przestałby
być pierwszym poruszycielem, stając się jednym z obiektów
w łańcuchu zjawisk świata
empirycznego. Gdy więc pytamy o
ostateczne, konieczne, samorzutne źródło siły wprowadzającej
świat w ruch,
źródło to można sobie wyobrazić tylko jako nie podlegającą
przestrzennym i
czasowym uwarunkowaniom rzecz samą w sobie. Natomiast w szeregu
przyczyn świata
rozważanego wyłącznie jako świat empiryczny, nie ma potrzeby przyjmować
żadnej
istoty koniecznej.
Dwie
ostatnie antynomie czystego rozumu nazwane zostają antynomiami
dynamicznymi,
gdyż dotyczą czynników, które nie dają się
rozważać wyłącznie jako wielkości j
matematyczne. Antynomie te formułuje Kant następująco:
III
Teza
Istnieją w świecie
przyczyny
Antyteza
Nie ma żadnej wolności, lecz wszystko jest przyrodą.
IV
W szeregu przyczyn
świata
W szeregu tym nic nie jest konieczne, lecz wszystko jest w nim
Jak
długo pozostajemy na płaszczyźnie naukowego
przyrodoznawstwa, zajmującego się
takimi cechami obiektów, które w całości dają się
opisać w języku matematyki,
możemy uznać za prawdziwe treści obu antytez. Każdy obiekt podlega
przemianom o
tyle, o ile działają na niego jakieś siły. Żadnego obiektu nie można
natomiast
uznać ani za istotę wolną, to znaczy zdolną do
samorzutnego stwarzania
siły, ani za konieczną, czyli taką, której istnienie
warunkuje zaistnienie
całego świata w ogóle.
W
obrębie filozofii praktycznej, to znaczy etyki, prawodawstwa,
politologii czy
nauk społecznych musimy natomiast przyjąć fakt istnienia istoty wolnej,
zawartej w “człowieku samym w sobie”, ponadto zaś
dopuszczalne staje się tu
pojęcie Boga, jako istoty koniecznej, obiektu rozumnej wiary.
Przestępca przed
sądem nie może się więc na przykład tłumaczyć, że jego czyn był
wyłącznie
przesunięciem się w przestrzeni bryły jego ciała pod wpływem jakichś
sił
zewnętrznych. Jeśli przestępca był zdrowy na
ciele i umyśle, przyjmujemy, że jego zachowanie stanowiło efekt wolnego
wyboru,
który to wybór doprowadził do wydatkowania sił w
taki a nie inny sposób.
Procesu powstawania ludzkiego świata w wyniku realizacji czyjegoś
wyboru nie da
się więc do końca interpretować jako ciągu matematycznie wymiernych
przemian,
polegających na przemieszczaniu się ciał w przestrzeni pod wpływem
działającej
na te ciała zewnętrznej siły. Źródeł siły tworzącej
ów świat należy szukać w
wolnej, ludzkiej istocie, która może chcieć lub nie chcieć
jego zaistnienia. W
kontekście całokształtu filozofa Kanta interpretacja matematyczna
okazuje się
zresztą niewystarczająca nie tylko przy próbach
wytłumaczenia zjawisk
powodowanych przez wybór wolnej ludzkiej istoty, ale w
ogóle zawsze, gdy
usiłujemy wyjaśnić prawidłowości kształtowania przez żywy organizm: czy
to swej
własnej materii, czy też materii środowiska, w którym
przyszło mu żyć.
Toteż nie ma w tym nic szokującego – pisze filozof w jednej
ze swych wczesnych
rozpraw – jeśli odważę się powiedzieć, że prędzej potrafimy
wytłumaczyć
powstanie wielkich ciał niebieskich, przyczyny ich ruchów,
jednym słowem
pochodzenie całego obecnego urządzenia wszechświata, niż wyraźnie i
całkowicie
zrozumieć, jakie przyczyny mechaniczne powodują powstanie jednej
główki kapusty
czy jednej gąsienicy 7.
Reasumując niniejszą
krótką prezentację najbardziej dla nas interesujących
założeń kaniowskiej
krytyki kosmologii racjonalnej należałoby więc zwrócić uwagę
na następujące
ustalenia:
Czynniki wymierne matematycznie odnoszą się tu do intelektualnej wiedzy
o
mechanizmach rządzących przyrodą nieożywioną. Siła przemieszczająca
poszczególne zjawiska sprowadzona zostaje do wielkości
matematycznej, to znaczy
do wyrażanych w parametrach liczbowych zmian, jakim jeden obiekt ulega
pod
wpływem innego obiektu.
“Czynniki” czysto dynamiczne odnoszą się natomiast
do przemian zachodzących na
przykład pod wpływem oddziaływań
wolicjonalnych, czy też witalnych. Nie można tu mówić o
matematycznie wymiernej
relacji zachodzącej pomiędzy wielkościami dwóch
oddziałujących na siebie
obiektów, gdyż zawsze jeden z tych
“obiektów”, na przykład wolna ludzka
istota,
jako podmiot sam w sobie, nie daje się doświadczyć empirycznie i w tym
sensie
nie jest żadnym obiektem.
Jak zobaczymy, taki właśnie sposób ujęcia różnicy pomiędzy czynnikami matematycznymi i dynamicznymi będzie miał również kapitalne znaczenie w dziedzinie estetyki.
3. Wzniosłość matematyczna i wzniosłość dynamiczna
Kilka stronic wcześniej, pisząc o dychotomii czynników
geometrycznych i
dynamicznych, zachodzącej przy estetycznej ocenie zjawiska, odwołaliśmy
się do
przykładu fotografii ludzkiej twarzy. W kontekście naszych rozważań
jest to
przykład o tyle skomplikowany, że dotyczył on sytuacji, w
której geometria
fotografowanej bryły w stanie statycznym nie wskazuje akurat na
możliwość
dysharmonii z zawartą w tej bryle wewnętrzną siłą. Dysharmonię tę
dostrzegamy
dopiero w dynamice działania twarzy żywej. W tym miejscu można odwołać
się do
przykładu prostszego. Otóż wszystkim plastykom i teoretykom
sztuki znana jest
trywialna zasada, w myśl której istota kiczu jako tworu
pseudoartystycznego
często polega na nadaniu bryle ciała żywej istoty, na przykład jelenia
na
rykowisku, takich kształtów, że gołym okiem widać, iż
wewnętrzna siła
zwierzęcia musiałaby mieć kłopoty z opanowaniem jego masy. Przewodnicy
po
Warszawskich Łazienkach, pokazując wycieczkom jeden z najbardziej
kiczowatych
pomników naszej stolicy – pomnik Jana III
Sobieskiego – opowiadają anegdotę, że
podczas uroczystości odsłaniania pomnika znaleziono na nim podobno
kartkę z
wierszykiem: “Dałbym tysiąc dukatów, po dwakroć
dołożył, żeby August
skamieniał, a Jan III ożył”. Gdyby jednak kamienny
król ożył, dodają
złośliwie przewodnicy, hełm, który nosi na głowie,
spadłby mu na nos.
Przechodząc do sedna naszych rozważań musimy jednak zauważyć, że
uczucia estetyczne
niekoniecznie muszą być wywoływane przez zjawiska oznaczające
zwycięstwo formy
nad materią. Ich źródłem mogą być również
fenomeny, które nie zdradzają żadnej
zharmonizowanej formy, ani tym bardziej harmonizującej tę formę siły,
na
przykład postrzępione górskie szczyty czy też takie,
które są czystą eksplozją
siły bez żadnej geometrycznej formy, jak szalejące morze lub wybuch
wulkanu.
Ale czy mówiąc o pięknie tych fenomenów wolno nam
używać słowa piękno w
podobnym sensie, w jakim mówimy o pięknie kwiatu
róży w promieniach
wschodzącego słońca?
Wątpliwości te spowodowały, że już anonimowy grecki filozof zwany
Pseudo-Longinosem uznał, iż chodzi tu o odróżnialne od
piękna odczucie
estetyczne, zwane wzniosłością. W nowożytnej filozofii europejskiej
przez
długie lata toczył się spór, czy tak rozumiane odczucie
należy uznać za
specficzny rodzaj odczucia piękna, czy też za stan zupełnie
autonomiczny. Nie
wnikając w materię owego sporu należy podkreślić, że mimo wszelkich
kontrowersji wzniosłość od piękna odróżnia się co najmniej w
trzech bardzo
istotnych kwestiach. Pierwsza jest nam już znana: wzniosłość nie polega
na
żadnym szczególnym opanowaniu materii przedmiotu przez jego
formę. Wynika stąd
kwestia druga: o przedmiocie wywołującym odczucie wzniosłości nie można
powiedzieć, że jest on wzniosły na tej samej zasadzie, na jakiej na
przykład
przedmiot wywołujący odczucie piękna możemy uznać za piękny. Wzniosłość
nie
jest żadnym konkretnym “zwycięstwem formy na
materią”, nie jest więc w ogóle
żadną cechą przedmiotu empirycznego, a tylko określonym poruszeniem
ludzkiej
psychiki. Wreszcie kwestia trzecia: uczucie wzniosłości bywa czasami
wywoływane
przez percepcję przedmiotu, który skądinąd jest
równocześnie piękny: może ono
oznaczać na przykład odczucie własnej małości obserwatora wobec piękna, unicestwionego przez
potęgę śmierci (jak na
przykład w wierszu Adama Mickiewicza o Emilii Plater).
Pseudo-Longinos, autor pierwszej znanej definicji wzniosłości w
historii
filozofii europejskiej, pisze:
Wzniosłość bowiem nie przekonuje słuchaczy, ale wprawia ich w
zdumienie; zawsze
zaś to, co wywołuje zdziwienie i wstrząsa jest potężnieje aniżeli to,
co
przekonuje, lub co się tylko podoba, gdyż nad naszymi przekonaniami
najczęściej
posiadamy władzę, tamto zaś [wzniosłość] poprzez swą moc i nieodpartą
siłę
pozostaje poza władzą słuchacza 8.
Zwróćmy uwagę na ostatnie zdanie powyższego stwierdzenia:
“wzniosłość, poprzez
swą moc i nieodpartą siłę pozostaje poza władzą słuchacza”.
Zdaniem
Pseudo–Longinosa estetyczny sąd określający to uczucie
przynależy nie do
dziedziny nazwanej przez Kanta władzą pożądania, ale do władzy
sądzenia.
Unikając zamętu spowodowanego trzykrotnym użyciem w dwu powyższych
zdaniach
słowa “władza” w trzech różnych
znaczeniach, należałoby po prostu stwierdzić:
to, czy dany przedmiot wzbudza w nas odczucie wzniosłości czy też nie,
pozostaje poza zasięgiem naszej woli.
Dzieło Pseudo-Longinusa nie dostarcza nam jednak wyczerpującej analizy
problemu
niezależności sądów o wzniosłości od czynników
wolicjonalnych. Nie sprzyja temu
materia podjętych w nim rozważań: analizę obiektów
empirycznych, które mogłyby
spowodować odczucie wzniosłości, grecki filozof ogranicza praktycznie
do sfery
utworów poetyckich. Tymczasem siła poematu wywołującego
jakiekolwiek odczucie,
podobnie zresztą jak analogiczna siła każdego innego dzieła sztuki,
pozostaje
wprawdzie poza władzą słuchacza (odbiorcy), ale została ona
ukształtowana w
ramach władzy, jaka przysługiwała twórcy. Estetyczna prawda
odczucia o tyle nie
może tu wystąpić w postaci czystej, że jest ona wyraźnie stymulowana
przez
celową działalność człowieka, którego wolą było, ażeby
innemu człowiekowi
narzucić pewne stany emocjonalne.
Jeśli więc chcielibyśmy odnaleźć estetyczne odczucie wzniosłości w
postaci czystej,
należałoby odwołać się do takich przykładów,
które nie dotyczyłyby celowej
ludzkiej działalności. I tak jak źródłowa analiza piękna
wymagałaby, ażeby
odwoływać się nie do tych wzorców, które człowiek
sobie wymyślił i ujął w
dzieła sztuki, gdyż sprawiało mu to przyjemność, lecz do piękna
obiektów
naturalnych, które ów człowiek w świecie zastał,
tak z dzieł ludzkiej pracy nie
można wywodzić również odczucia wzniosłości w najczystszej
formie.
Immanuel Kant posuwa się w tym miejscu jeszcze dalej:
przykładów czystej
relacji polegającej na wzbudzeniu odczucia wzniosłości nie napotykamy w
ogóle
nigdzie tam, gdzie za powodującym to odczucie fenomenem kryje się
celowa
działalność żywego organizmu:
…
jeśli sąd estetyczny ma być czysty (nie zmieszany z sądem
teleologicznym jako
rozumowym) i jeśli ma stanowić przykład zupełnie odpowiedni dla krytyki
estetycznej władzy sądzenia, to nie powinno się wzniosłości ukazywać w
wytworach sztuki (np. w budynkach, kolumnach itd.), gdzie cel ludzki
określa
zarówno formę, jak i wielkość, ani też w przedmiotach
przyrody, których samo
pojęcie łączy się już z pewnym określonym celem (np. w zwierzętach o
wiadomym
przeznaczeniu naturalnym), lecz w surowej przyrodzie (a i w niej nawet
tylko
wtedy, gdy nie zawiera w sobie żadnego powabu i nie łączy się z
uczuciem
wywołanym rzeczywistym niebezpieczeństwem) i to tylko o tyle, o ile
zawiera ona
w sobie wielkość 9.
Jeśli więc chcielibyśmy zjawisko wzniosłości analizować w takiej
postaci, by
sądy na jego temat wolne były od ewentualnych zafałszowań, jakie mogą
wyniknąć,
gdy sąd estetyczny zostanie pomieszany z sądem o innych wartościach, za
materię
naszych rozważań możemy sobie wybrać tylko bezwartościowe z punktu
widzenia
naszej władzy pożądania zjawiska przyrody nieożywionej: wzburzony
ocean,
górskie szczyty, potęgę burzy, czy wybuch wulkanu.
Jak
zauważył już Pseudo-Longinos, uczucie wzniosłości charakteryzuje się
zasadniczą
cechą: jest to uczucie wielkości, która poraża. Jeśli zaś
staje się ono
udziałem podmiotu zdolnego do dojrzałych sądów estetycznych,
porażenie to
ustępuje miejsca refleksji, że mimo ogromu zjawiska ja, ta oto mała
jednostka
pozostaję bezpieczna, gdyż najwyraźniej siły w przyrodzie rozłożone
zostały w
taki sposób, ażeby wszystkie tworzące przyrodę obiekty
ożywione i nieożywione
znalazły w niej swoje miejsce. Prawdę tę na pewno znali architekci
wielkich
katedr: budowli, których strop najpierw przerażał widza,
gdyż zdawał się walić
na głowę, potem zaś przywodził na myśl ogrom potęgi Boga,
który stworzył taki układ
sił, że z owego stropu nie spada nawet jeden kamień i w efekcie widz,
mimo
całej kruchości swego ciała, czuje się bezpieczny. Analogicznego
odczucia
doznajemy stając pod ostatnią być może wielką świątynią ludzkości,
paryską
Wieżą Eiffla. Jest to również gigantyczna budowla, powstała
tylko po to, ażeby
w patrzącym na nią widzu wzbudzić uczucie wzniosłości, choć nie wiemy
już, jaki
Bóg ma nam tu “przyjść z pomocą”. By
jednak to uczucie osiągnąć w pełni, trzeba
się znaleźć w ściśle określonym miejscu: dokładnie
pod Wieżą i stąd
należy patrzeć w górę.
Dla
Kanta przytoczone tu przykłady byłyby oczywiście o tyle bezużyteczne,
że
dotyczą one dzieł ludzkiej pracy a nie zjawisk naturalnych. W swej
analizie
wzniosłości filozof posługuje się jednak również przykładem
obiektów
stworzonych przez ludzi. Są nimi piramidy egipskie, bryły
architektonicznie tak
proste, że cechy świadczące o tym, iż chodzi tu o dzieło ludzkich rąk,
a nie na
przykład o naturalne skały, zostały w nich ograniczone do minimum.
Otóż wielkość
piramid – konkluduje filozof – daje się prawidłowo
ocenić tylko z jednego
punktu obserwacyjnego, znajdującego się niezbyt daleko od budowli, bo
wtedy
stracilibyśmy poczucie miary, ale też niezbyt blisko, gdyż
wówczas
widzielibyśmy nie piramidę, lecz poszczególne bloki.
Odnalazłszy ów punkt,
dostrzegamy najpierw przytłaczający ogrom stojącej przed nami bryły, potem owo poczucie
przytłoczenia ustępuje
miejsca podziwowi dla potęgi absolutu, który tak rozłożył
siły we
wszechświecie, że powstanie budowli było jednak możliwe oraz potęgi
ludzkiego
rozumu, który potrafił ideę owego rozłożenia sił odnaleźć.
Tak
pojmowaną wzniosłość, wywoływaną przez ogrom percypowanego zjawiska, na
przykład piramidy, łańcucha dzikich skał, czy rozgwieżdżonego nieba,
nazwie
Kant wzniosłością matematyczną. Jej istota polega
na tym, że wywołujące
ją zjawisko okazuje się niewspółmiernie ogromne w stosunku
do stanowiącego jego
miarę obiektu, jakim jest ludzkie ciało. Nie chodzi tu już o miarę w
sensie
liczbowym. Liczby nie dają często estetycznego wrażenia o wielkości
opisywanego
przedmiotu, chyba że posłużymy się nimi w opisie per analogiam tak, jak
to
czyni von Ditfurth:
Spróbujmy unaocznić sobie proporcje, o które
tutaj chodzi, za pomocą pewnego
myślowego wzorca. Gdybyśmy pomniejszyli nasz Układ Słoneczny sto
milionów razy,
Ziemia skurczyłaby się do wielkości pomarańczy o średnicy
I tu następuje pierwszy wielki skok: w tym samym modelu Słońce
znajdowałoby się
w odległości już
Von
Ditfurth chcąc przemówić bezpośrednio do empirycznej
wyobraźni czytelnika a nie
do jego wiedzy abstrakcyjnej, dokonuje tego odwołując się właśnie do
odczucia
wzniosłości. Ogrom Układu Słonecznego porównuje do
stosunkowo niewielkiej i
łatwo dającej się wyobrazić wielkości
Zdaniem Kanta unaocznienie takie może się odbyć w ogóle bez
użycia liczb:
Przykładów matematycznej wzniosłości przyrody w samej
naoczności dostarczają
wszystkie te przypadki, gdzie dane nam jest nie tyle większe pojęcie
liczbowe,
ile raczej wielka jednostka jako miernik dla wyobraźni (celem
skrócenia
szeregów liczbowych). Drzewo, którego [wysokość]
oceniamy wedle wysokości
mężczyzny, może niewątpliwie służyć za miernik [wysokości]
góry; jeżeli zaś
wysokość ta wynosiłaby np. milę, to góra ta może znowu
służyć za jednostkę
liczbie wyrażającej średnicę ziemi, aby ją w ten sposób
unaocznić; następnie
może średnica ziemi [służyć za jednostkę] dla znanego nam systemu
planetarnego,
ten zaś dla Drogi Mlecznej oraz dla niezmierzonej mnogości takich
systemów dróg
mlecznych zwanych gwiazdami mgławicowymi, które tworzą
przypuszczalnie między
sobą znowu tego rodzaju system, co nie pozwala przypuszczać, że
napotkamy tu
jakieś granice. Otóż wzniosłość przy estetycznym ocenianiu
tak niezmierzonej
całości polega nie tyle na wielkości liczby, ile na tym, że w miarę
naszego
posuwania się naprzód, dochodzimy kolejno do coraz większych
jednostek;
przyczynia się do tego systematyczny podział budowy świata,
który wszystko, co
wielkie w przyrodzie, przedstawia nam zawsze znowu jako małe, właściwie
zaś
[przedstawia] naszą wyobraźnię w całej jej bezgraniczności, a wraz z
nią
przyrodę jako coś znikomego w porównaniu z ideami rozumu,
jeśli ma ona je w
sposób adekwatny unaoczniające przedstawić 11.
Czym
zaś jest owa podstawowa jednostka, dzięki której możemy
ocenić skalę jakiegoś
większego zjawiska empirycznego rozważając, ile razy jest ono w stanie
pomieścić ją w sobie lub też dochodząc do wniosku, że rozważania takie
wobec
ogromu zjawiska są daremne? Oczywiście, na pewno nie liczbą.
Ocena miernika podstawowego musi więc polegać jedynie na tym, że można
ją ująć
bezpośrednio w naoczności i za pomocą wyobraźni użyć do unaoczniającego
przedstawienia pojęć liczbowych. Znaczy to, że wszelka ocena wielkości
przedmiotów przyrody jest w końcu estetyczna (tzn. określona
subiektywnie, a
nie obiektywnie) 12.
Zwolennikom wyjaśniania istoty zjawisk estetycznych przy użyciu
arytmetyki Kant
odpowiedziałby więc, że mimo woli odwrócili relację
zapominając, że to właśnie
estetyka jest właściwym źródłem poznania świata, w tym
również matematycznego
przyrodoznawstwa. Pierwszy miernik wielkości zjawisk zawsze jest
przyjmowany
“na oko”. Będzie nim na przykład wielkość ludzkiego
ciała, następnie odnoszona
do wielkości umownych, takich jak metr, jard, łokieć c/y stopa. (Dwie
ostatnie
jednostki już swą nazwą wskazują, jakie doświadczenie estetyczne legło
u
podstaw ich ustalania).
Autor Krytyki władzy
sądzenia nie ma więc żadnych wątpliwości, że w chronologii
rozwoju ludzkiej
wiedzy estetyczna percepcja wielkości empirycznej z całą pewnością
musiała
poprzedzać pomiar liczbowy. Wydaje się, że w tym kontekście można
byłoby
również rozważać filozoficzne próby poszukiwania
niepodzielnych dalej
substancji prostych, takich jak geometryczne atomy czy monady Leibniza.
Koncenpcje te zdają się wyrażać tęsknotę filozofów za
absolutnie podstawowym
miernikiem geometrycznym, a więc za czymś, poniżej poziomu czego nie
można już
mówić o istnieniu żadnych wielkości przestrzennych, co zaś
nie jest pomyślane
jako abstrakcyjny produkt myśli, lecz jako realne jestestwo (ciało lub
atom
energii).
Kant
pisze ponadto, że zawsze będą istniały takie dziedziny percepcji
wielkości, w
których matematyka musi ustąpić miejsca estetycznemu
odczuciu wielkości.
Dla matematycznej oceny wielkości nie istnieje wiec wprawdzie nic, [o
czym
można by powiedzieć, że jest] największe (wielkość liczb bowiem wzrasta
w
nieskończoność), dla estetycznej natomiast istnieje niewątpliwie coś,
co jest
największe i o nim [właśnie] powiadam, że jeśli uważamy je za miarę
absolutną,
ponad którą subiektywnie (dla wydającego sąd podmiotu) nie
jest możliwa żadna
większa, to pociąga ono za sobą ideę wzniosłości i wywołuje to
wzruszenie
(Riihrung), którego nie może wzbudzić matematyczna ocena
wielkości za pomocą
liczb (chyba że, i o ile, wspomniany wyżej estetyczny miernik
podstawowy
utrzymuje się przy tym żywo w wyobraźni). Ta bowiem przedstawia
unaoczniające
zawsze tylko wielkość relatywną [otrzymywaną] przez
porównywanie z innymi
wielkościami tego samego rodzaju, estetyczna zaś wielkość absolutną,
jaką umysł
zdolny jest w naoczności ująć 13.
I w
tym miejscu odczuwamy najpierw znikomość możliwości
“miareczkowania świata”, co
powoduje wrażenie “odpływu sił życiowych”, potem
zaś następuje wrażenie
ponownego ich przepływu, gdy uświadamiamy sobie, że poczucie
bezradności naszej
wyobraźni empirycznej wobec ogromu zjawisk przyrody mimo wszystko
okazuje się w
naszym życiu poczuciem w najwyższym stopniu celowym, gdyż zwraca naszą
uwagę w
stronę potęgi idei rozumu.
Niezależnie jednak od zjawisk przyrody wzbudzających w nas odczucie
wzniosłości, powodowane wrażeniem wielkości matematycznej, odczucie to
może być
również wywoływane przez zjawiska, nie dające się wyobrazić
w formie
jakiejkolwiek określonej wielkości, takie jak burza na oceanie czy
wybuch wulkanu.
Zdaniem autora Krytyki władzy sądzenia tak
odczuwana wzniosłość okazuje
się o tyle interesującym wrażeniem estetycznym, że jest to wrażenie
najczystsze
z możliwych: wywołane przez samą tylko dynamikę zjawiska, właściwie bez
żadnego
wymiernego udziału
czynników geometrycznych. W tym
miejscu natrafiamy oczywiście na nieodwołalny kres możliwości
uprawiania
estetyki jako nauki o wartościach estetycznych utożsamianych z harmonią
zjawisk
czy, w szerszym aspekcie, w ogóle jako systematycznej nauki
normatywnej. Jakich
bowiem form estetycznych i jakiego opanowania materii przez wewnętrzną
dynamikę
można byłoby doszukiwać się na przykład w eksplozji wulkanu czy widoku
letniej
burzy? Tu uobecnia się czysta dynamika, zaś ewentualna geometryczność
zjawisk
targanych siłami przyrody interesuje nas tylko o tyle, o ile dzięki
niej można
obserwować owo uobecnianie się. Tak pojmowane odczucie wzniosłości,
powodowane
właśnie przez obserwację potęgi wyzwalającej się siły, nie zaś
wielkości
jakiegoś przedmiotu empirycznego, określa Kant mianem wzniosłości
dynamicznej.
Krytyka władzy sądzenia nie jest dziełem z
zakresu estetyki w tym sensie, w jakim słowo estetyka zwykliśmy
rozumieć
współcześnie: jako teoria piękna i twórczości
artystycznej. Zarówno zjawisko
piękna, jak i wzniosłości stają się przedmiotem zainteresowania Kanta
nie tylko
jako cel badawczy sam w sobie, lecz również jako część
znacznie szerszych
rozważań z zakresu teleologii i antropologii filozoficznej. Jak
zauważyliśmy,
celowość, zarówno odczucia wzniosłości matematycznej jak i
dynamicznej,
sprowadza się do faktu, że odczucia te ukazując wielkość i potęgę
przyrody,
pozbawiając człowieka skłonności, by ostatecznego sensu swego istnienia
poszukiwał w optymalnym “urządzeniu się”
wśród otaczających go zjawisk
empirycznych (zwłaszcza na drodze tak zwanej walki z przyrodą), lecz w
tkwiących w nim samym najwyższych ideach rozumu.
W
tym kontekście estetyczne oddzielenie wzniosłości matematycznej i
dynamicznej
okazuje się po prostu kontynuacją oddzielenia idei matematycznych i
dynamicznych, dokonanego w ramach krytyki kosmologii racjonalnej. Jak
pamiętamy, interpretacja świata jako wielkości matematycznej i
stanowiące jej
zwieńczenie idee nieskończoności wszechświata i substancji prostej
odnosiły się
do sfery zainteresowań spekulatywnego rozumu,
a więc w najprostszej postaci do matematycznego przyrodoznawstwa.
Natomiast
pytanie o ostateczne czynniki dynamiczne, stanowiące samorzutną
przyczynę
świata i o wynikłe z tego pytania idee wolności oraz Boga, należy już
lokalizować
w sferze praktycznego rozumu.
Gdy
idzie o odczucie wzniosłości matematycznej i dynamicznej relacje te
widzi Kant
następująco:
Jeśli jednak o tym poruszeniu [umysłu] ma się wydać sąd jako o czymś
subiektywnie celowym (gdyż to, co wzniosłe, podoba się), zostaje ono
przez
wyobraźnię odniesione albo do władzy poznania, albo do władzy
pożądania, ale w
obu odniesieniach sąd o celowości danych wyobrażeń zostaje wydany tylko
ze
względu na te władze (bez brania pod uwagę celu lub interesu); wobec
tego zaś,
że następnie pierwsze z tych odniesień jako matematyczne usposobienie
wyobraźni, a drugie jako dynamiczne, przypisane zostaje przedmiotowi,
zostaje
on we wspomniany dwojaki sposób wyobrażony jako wzniosły
14.
O
roli odczucia wzniosłości matematycznej, jako ostatecznej granicznej
formy
wyobraźni empirycznej, w odniesieniu do władzy poznania, wspominaliśmy
już
kilka stron wcześniej. Odczucie wzniosłości dynamicznej spełnia podobną
rolę w
stosunku do władzy pożądania, stanowiącej przedmiot zainteresowań
filozofii
praktycznej: ukazuje znikomość i możliwości człowieka w zestawieniu z
potęgą
zjawisk przyrody i kieruje nasze myśli ku najwyższym ideom praktycznego
rozumu
– Boga i wolności:
W ten sposób w naszym sądzie estetycznym wydajemy o
przyrodzie sąd jako o
wzniosłej nie dlatego, że budzi lęk, lecz dlatego, że apeluje do
tkwiącej w nas
siły (która nie jest przyrodą), by wszystko to, co jest
przedmiotem naszej
troski (dobra [doczesne], zdrowie i życie) uważać za coś małego i by
dlatego
jej potęgi, której w tym zakresie niewątpliwie podlegamy,
mimo to nie uważać za
coś, co ma w stosunku do nas i naszej osobowości taką przemoc, że
mielibyśmy
się przed nią korzyć w wypadku, gdyby szło o najwyższe nasze zasady,
ich
utrzymanie i wprowadzenie w czyn. 15
Te
bardzo ważne konkluzje teologiczne i praktyczno-filozoficzne nie
stanowią
jednak w tym miejscu bezpośredniego przedmiotu naszych zainteresowań.
Istotne
natomiast jest, że wraz z oddzieleniem wzniosłości matematycznej i
dynamicznej
Kant mimochodem wyjaśnia, dlaczego estetyka, jako ścisła nauka o
cechach
zjawisk nazwanych wartościami estetycznymi, okazuje się ostatecznie
niemożliwa.
Przyczyny stają się widoczne zwłaszcza przy analizie wzniosłości:
zjawiska
estetycznego, które jest wyłącznie stanem psychicznym
obserwatora, nie zaś
jakąś cechą obiektu empirycznego. Rozważania na temat istoty
wzniosłości
matematycznej przywodzą nas do wniosku, że liczbowa miara wielkości nie
może
być ostatecznie uznana za podstawową zasadę wszelkiej oceny
estetycznej. Nic
nie upoważnia nas do twierdzenia, że za różnorodnością
świata zjawisk
empirycznych kryje się jakaś absolutna prazasada w sensie
zharmonizowanych
“wielkości liczbowych samych w sobie”. Dla Kanta
oczywiste jest natomiast, że
to właśnie pierwsze ilościowe mierniki zjawisk empirycznych wywodzą się
z sądu,
ile zjawisk niższego rzędu mieści się w zjawisku wyższego rzędu, a więc
z oceny
czysto estetycznej. Liczbowa miara wielkości geometrycznej pojawiła się
natomiast wtórnie, już jako kryterium czysto abstrakcyjne,
by nie powiedzieć
umowne.
Analiza wzniosłości dynamicznej dostarcza z kolei przykładu najczystszych możliwych sądów estetycznych: sądów o wielkości, która już w ogóle nie może być ujęta w żadną formułę ilościową. Z czysto epistemologicznego punktu widzenia z estetyki nie tylko więc nigdy nie uda się uczynić nauki ścisłej w Galileuszowym tego słowa znaczeniu, ale też owa nauka w rozumieniu Galileuszowym nie byłaby możliwa, gdyby na swój sposób nie wyrastała z doświadczenia czysto estetycznego: pierwsze, przedarytmetyczne mierniki wielkości musiały być przyjęte “na oko”. Z drugiej strony zwieńczenie tej nauki stanowią cztery idee kosmologiczne: maksymalnej i minimalnej realnej wielkości występującej we wszechświecie, Boga i wolności. Ideom tym nie potrafimy już przyporządkować żadnych przedmiotów możliwej naoczności. Dlatego kres świata, jako zbioru zjawisk o określonej wielkości, w myśleniu abstrakcyjnym utożsamiamy z matematyczną nieskończonością, w sferze wyobraźni empirycznej wyznaczany jest przez odczucie matematycznej wzniosłości. W odniesieniu natomiast do obserwowalnej empirycznie dynamiki zjawisk, która to dynamika sama w sobie w ogóle nie może być poddana opisowi ilościowemu, analogiczną rolę pełni odczucie wzniosłości dynamicznej.
1 E. von
Aster, Historia
filozofii, Warszawa
1969, s. 236-237.
2 P. Berg, Niech żyją
brzydcy, Playboy
1993, nr 3, s. 16.
3 I. Kant, Prolegomena, Warszawa
1960, s. 139.
4 Tamże, s.
139.
5 Tamże, s.
139-140.
6 Tamże, s.
140-141.
7 Cyt. wg Filozofia
niemieckiego Oświecenia, Warszawa
1973,
s. 85.
8 Pseudo-Longinos:
Die
Schrift vom Erhabenen dem Longinos
zugeschriehen, griechisch und deutsch, Berlin
1938, s. 22-23.
9 I. Kant, Krytyka
władzy sądzenia, Warszawa
1964, s. 144.
10 H. von
Ditfurth, Dzieci
wszechświata, Warszawa
1976, s.
45-46.
11 I. Kant, Krytyka
władzy sądzenia, s.
150-151.
12 Tamże, s.
141-142.
13 Tamże, s.
142.
14 Tamże, s.
135-136.
15 Tamże, s.
159.