Czas w Wyznaniach Aureliusza Augustyna z Hippony

KSIĘGA JEDENASTA


 

1. Ty, Panie, jesteś w wieczności — czy więc nie wiesz,

że mówię to wszystko do Ciebie? Czy też widzisz w czasie

to, co w czasie się rozgrywa? Jeśli tak — to po cóż Ci

o tylu rzeczach opowiadam? Na pewno nie po to, abyś dzięki

mnie się o nich dowiedział. Ja raczej wznoszę tym sposobem

uczucia moje i uczucia tych, którzy czytają moje

wyznania, ku Tobie, abyśmy mówili — i ja, i oni: „Jakże

wielki jest Pan. Jakże godzien, by Go sławić". Już powiedziałem

i jeszcze raz powtórzę, że z miłości do Twojej miłości

to wszystko piszę.

Przecież się modlimy. A Prawda rzekła: „Ojciec wasz

wie, czego potrzebujecie, zanim Go o to prosicie" (Mt 6, 8.)

Kiedy się więc modlimy, w istocie otwieramy nasze serca przed

Tobą, wyznając Ci nasze niedole, a także miłosierdzie, które

nam okazujesz, a czynimy to, abyś nas — skoro zacząłeś

wyzwalać — już do końca wyzwolił; byśmy przestali być

nieszczęśliwi w sobie samych i stali się szczęśliwi w Tobie.

Wezwałeś nas, abyśmy byli ubodzy w duchu, cisi, smutni;

abyśmy łaknęli i pragnęli sprawiedliwości; abyśmy byli miłosierni,

czystego serca, pokój czyniący. Opowiedziałem Ci

wiele rzeczy z mojego życia, jak potrafiłem i jak zapragnąłem

dzięki temu, że Ty pierwszy zechciałeś, abym się

spowiadał wobec Ciebie. Bo dobry jesteś, bo miłosierdzie

Twoje na wieki trwa.

2. Kiedyż jednak zdołam ową trzciną, która za mnie

przemawia, opisać wszystkie z Twojej strony zachęty,

wszystkie groźby i pociechy, i wskazówki, jakimi mnie

przysposobiłeś do tego, abym mógł głosić Twoje słowo i

udzielać Twemu ludowi sakramentu Twego? Gdybym nawet

umiał to wszystko opowiedzieć po kolei, zbyt drogocenna

jest dla mnie każda kropla czasu. Bo już od dawna

pałam pragnieniem, żeby rozważać Twoje Prawo i wyznać

Ci, co o nim wiem, jak też gdzie moja wiedza zawodzi;

przedstawić zaczątki udzielonego przez Ciebie oświecenia,

jak też to, co we mnie jeszcze zostało z ciemności, dopóki

siła słabości nie pochłonie. Nie chcę już na nic innego

przeznaczać godzin, które mi zostają wolne po zaspokojeniu

potrzeb ciała, po studiach i tych usługach, jakie jestem

winien ludziom — albo nie jestem im winien, ale jej wobec

nich wypełniam.

Panie Boże mój, wysłuchaj mej modlitwy. Niech miłosierdzie

Twoje przychyli się do mej tęsknoty. Bo nie tylko

dla siebie samego tak gorąco owej rzeczy pragnę, lecz

chcę, żeby ona się przysłużyła mojej miłości do braci. Czytasz

w moim sercu, że tak naprawdę jest. Chcę Ci złożyć

w ofierze służbę myśli i mowy mojej. O, udziel mi tego,

co chcę Ci złożyć w ofierze. Słaby jestem i ubogi, a Ty —

hojny dla wszystkich, którzy Cię wzywają; sam wolny od

troski, o naszą dolę się troszczysz. Odetnij wszelką lekkomyślność,

wszelkie kłamstwa od mojej mowy, tej wewnętrznej

i tej zewnętrznej. Niech Twoje Pismo Święte będzie

moją czystą rozkoszą. Niech się nie pomylę w jego interpretacji

i niech nie głoszę poglądów mylnych. Panie,

wejrzyj i ulituj się, Panie Boże mój, światłości niewidomych

i mocy słabych a zarazem światłości widzących

i mocy silnych. Wejrzyj na duszę moją i usłysz, jak woła z

otchłani. Gdybyś nie słyszał nas wszędzie, nawet w otchłani

— do kogo mielibyśmy pójść, do kogo wołać? Twój jest

dzień; i noc jest Twoja. Na Twe skinienie — przelatują

chwile.

Racz mi udzielić trochę tego czasu na rozmyślanie o tajemnicach

Twojego Prawa. Nie zamykaj wrót Prawa przed

tymi, którzy do nich pukają. Bo przecież nie bez celu postanowiłeś,

że tyle ma być w nim kart ocienionych tajemnicą.

Czyż w owych borach nie ma jeleni, które w nie

wchodzą, pokrzepiają się tam, wędrują, pasą się, kładą się

na spoczynek i przeżuwają? [Por. Ps 28, 9.] O Panie, dopełnij swego

dzieła we mnie i otwórz przede mną te karty. Głos Twój

jest moją radością. Głos Twój ponad przeobfitość rozkoszy.

Daj mi to, co kocham. Bo ja to kocham. A że kocham, Ty

sprawiłeś. Nie porzucaj swoich darów. Roślina, którą zasadziłeś,

nie gardź, gdy ona usycha z pragnienia. Niech

jako Twoje rozpoznam wszystko, co w Twoich Księgach

znajdę. Głos chwały niech usłyszę i niech Ciebie piję.

Pragnę rozważać cuda Twego Prawa od samego początku,

gdy niebo i ziemię uczyniłeś, aż do nadejścia Twojego królestwa,

gdy będziemy na zawsze z Tobą w Twoim świętym

mieście. Panie, ulituj się nade mną i wysłuchaj mojej

tęsknoty. Bo myślę, że nie tęsknię za rzeczami ziemskimi,

za złotem) i srebrem, za drogimi kamieniami, strojnymi

szatami, zaszczytami i władzą, za rozkoszami ciała. Nie

tęsknię nawet za tym, co jest ciału potrzebne w naszej

wędrówce przez życie; to będzie nam dodane, jeśli szukamy

naprzód królestwa Twego i sprawiedliwości jego. [ Por. Mt 6, 33.]

Zobacz, Panie Boże, skąd wytrysła moja tęsknota. Niesprawiedliwi

opowiadali mi o rzeczach, jakie ich radują. Ale

nie są to rzeczy, jakie można znaleźć w Prawie Twoim,

Panie. Stąd wytrysła moja tęsknota.

Zobacz, Panie, oceń i potwierdź. I w miłosierdziu swym

uznaj za słuszne, abym znalazł u Ciebie łaskę; aby się otworzyło

przede mną wnętrze Twojego Pisma, kiedy pukam

do jego wrót. Błagam Cię przez Pana naszego, Jezusa

Chrystusa, Syna Twego, Męża zasiadającego po Twojej

prawicy, Syna Człowieczego, którego dla siebie ustanowi-

łeś Pośrednikiem między Tobą a nami. Poprzez Niego szukałeś

nas, gdy my nie szukaliśmy Ciebie. Po to szukałeś

nas, abyśmy Ciebie zaczęli szukać. Jest on Słowem Twoim,

przez które wszystko stworzyłeś, a wśród wszystkiego

— i mnie. Jest jedynym Synem Twoim, przez którego

przybrałeś sobie wiernych za synów, a wśród nich — i

mnie. To przez Niego błagam Ciebie, przez Niego, który

po Twojej prawicy zasiada i przyczynia się u Ciebie za

nami.[Por. Rz 8, 34.] W Nim „ukryte są wszystkie skarby mądrości i wiedzy"

[Kol 2, 3.]. To Jego szukam w Twoich Księgach. Mojżesz pisał

o Nim. On sam to powiedział  [Por. J 5, 46.], a On jest Prawdą.

3. Niech usłyszę i zrozumiem, co to znaczy, że na początku

uczyniłeś niebo i ziemię.[Por. Rdz l, l] Napisał tak Mojżesz, napisał

i odszedł, przeszedł stąd do Ciebie. Nie ma go już tu,

gdzie ja jestem. Gdyby tu był, chwyciłbym go za ręce

i prosił, i w imię Twoje błagał, aby mi to wyjaśnił. Nadstawiłbym

pilnie moich cielesnych uszu, a z jego ust wydobywałyby

się dźwięki słów. Gdyby mówił po hebrajsku,

jego słowa daremnie kołatałyby do moich uszu, ich treść

nie przeniknęłaby do mojego umysłu. Gdyby mówił po łacinie,

rozumiałbym, co mówi.

Lecz skąd bym wiedział, że mówi prawdę? Gdybym i to

wiedział, czy mógłbym to wiedzieć od niego? Głęboko we

mnie, w ośrodku mojego myślenia Prawda, która nie przemawia

ani po hebrajsku, ani po grecku, ani po łacinie, ani

w jakiejkolwiek innej mowie — bo ona przemawia bez

ust i języka, bez dźwięczących sylab — ta by mówiła „On

prawdę głosi". A ja, od razu upewniony, z całą ufnością

powiedziałbym temu Twojemu mężowi: „Prawdę głosisz".

Ponieważ jednak nie mogę Mojżesza zapytać, pytam 

Ciebie, Prawdę, którą napełniony Mojżesz głosił rzeczy prawdziwe

— Ciebie, Boże mój, pytam. Ciebie błagam — przebacz

grzechy moje i jak dałeś tamtemu słudze Twemu takie

rzeczy głosić, tak mnie pozwól je zrozumieć.

4. Widzę niebo i ziemię. One same wołają, że zostały

stworzone. Zmieniają się bowiem i przekształcają. Jeżeli

zaś coś istnieje, co nie zostało stworzone, nie ma w tym

nic, czego by przedtem w tym nie było; a zmienianie się

i przekształcanie właśnie to oznacza: że pojawia się coś,

czego przedtem nie było. Niebo i ziemia wołają także, iż

nie stworzyły siebie same: „Istniejemy dlatego, że zostałyśmy

stworzone. Abyśmy mogły wyłonić się z samych

siebie, musiałybyśmy istnieć, nim zaczęłyśmy istnieć". Samo

więc ich oczywiste istnienie jest dowodem tego, że zostały

stworzone. To Ty, Panie, je stworzyłeś, Ty, który jesteś

piękny — bo one też są piękne; Ty, który jesteś dobry

— bo one też są dobre; Ty, który jesteś — bo one też

są. Lecz nie są tak piękne, nie są tak dobre ani nie w takiej

mierze są, jak Ty, ich Stwórca. W porównaniu z Tobą

— w ogóle nie mają ani piękności, ani dobra, ani bytu.

To wiemy i dziękujemy Ci za wiedzę. Lecz nasza wiedza

w porównaniu z Twoją wiedzą jest niewiedzą.

5. „Na początku uczynił Bóg niebo i ziemię." Lecz w jaki

sposób stworzyłeś niebo i ziemię? Jakich użyłeś narzędzi

do tak olbrzymiego dzieła? Nie pracowałeś jak rzemieślnik,

który z jednej rzeczy materialnej wytwarza inną rzecz materialną

według zamysłu swojej duszy. Jego dusza może

nadać owej rzeczy taki kształt, jaki widzi wzrokiem wewnętrznym

w samej sobie. Czyż nie dlatego jest ona do

tego zdolna, że Ty ją stworzyłeś? A nadaje ona kształt

rzeczy już istniejącej, wyposażonej w istnienie — czy to

glinie, czy kamieniowi, czy drewnu, czy złotu, czy jakiejś

innej rzeczy materialnej. A czyż istniałyby te rzeczy, gdybyś

Ty im nie nadał istnienia? Ty stworzyłeś rzemieślnikowi

ciało, Ty duszę rządzącą członkami ciała, Ty materię,

z jakiej wytwarza przedmioty, Ty zdolności, dzięki którym

może się kunsztu wyuczyć i dojrzeć wewnątrz siebie to,

co ma ukształtować w świecie zewnętrznym. Ty uczyniłeś

jego zmysły, będące kanałami, przez które myślowy obraz

rzeczy, jaką ma wytworzyć, jest przekazywany materii, potem

zaś te same kanały przekazują umysłowi obraz rzeczy

już wytworzonej, aby rzemieślnik mógł wewnątrz siebie

poddać ową rzecz prawdziwej ocenie: czy została dobrze

wykonana. Jakże wysławia Cię to wszystko, Stwórcę wszystkiego.

Lecz jak Ty tworzysz? W jaki sposób uczyniłeś, Boże,

niebo i ziemię? Na pewno nie w niebie ani nie na ziemi

stworzyłeś niebo i ziemię, ani nie w przestworzu, ani nie

w wodach — bo przecież i one należą do nieba i ziemi.

Ani też nie uczyniłeś całego wszechświata w całym wszechświecie,

bo zanim wszechświat został stworzony, nie było

w nim miejsca, w którym mógłby być stworzony. Ani też

nie miałeś w rękach nic takiego, z czego mógłbyś niebo i

ziemię uczynić. Bo skądże mógłbyś wziąć cokolwiek —

aby z tego coś innego uczynić — zanim jeszcze to stworzyłeś?

Czyż wszystko nie istnieje tylko dlatego, że Ty istniejesz?

Musiało to więc być tak, że Ty przemówiłeś i te rzeczy

się stały.[Por. Ps 32, 9.] Słowem je stworzyłeś swoim.

6. Lecz jak przemówiłeś? Czy w taki sposób, jak rozbrzmiał

głos z obłoku: „Ten jest Syn mój miły" [Mt 3, 17.]? Ten

przecież głos zabrzmiał i przeminął, zaczął się i skończył.

Zadźwięczały sylaby i przeleciały, druga po pierwszej,

trzecia po drugiej, potem następne, aż wreszcie przeminęła

ostatnia i zapadło milczenie. Jest zupełnie jasne, że głos ten

rozbrzmiał za pośrednictwem siły materialnej, która — sama


będąc tylko czymś doczesnym — służyła w tym wypadku

wiecznej woli Twojej. Te Twoje słowa, wypowiedziane

w czasie, ucho cielesne słuchacza przekazało umysłowi

roztropnemu, którego ucho duchowe przysłuchuje się

wiecznemu Twemu Słowu. Umysł rozbrzmiałe w czasie

słowa porównał z wiecznym Twoim Słowem osłoniętym

milczeniem i rzekł: „Ono jest odmienne, zupełnie odmienne.

Tamte słowa są daleko pode mną. W ogóle ich nie ma,

bo umykają i przemijają. Słowo zaś Boże trwa nade mną

wiecznie".

Jeślibyś takimi słowami dźwięczącymi i przemijającymi

rzekł, by niebo się stało i ziemia, jeślibyś w taki właśnie

sposób niebo i ziemię stworzył — to musiałaby już istnieć

przed powstaniem nieba i ziemi stworzona materia, przez

której odbywające się w czasie poruszenia głos ów brzmiący

w czasie by przebiegł. Ale przecież nie było żadnej materii

przed niebem i ziemią. Jeśliby istniała, to by znaczyło,

że ją stworzyłeś bez wypowiedzenia słów przemijających

i dopiero w niej mogłeś wypowiedzieć owe przemijające

słowa, którymi rzekłeś, by niebo i ziemia się stały.

Czegokolwiek użyłeś, aby taki głos mógł zabrzmieć, to by

na pewno nie istniało, gdyby przez Ciebie nie zostało stworzone.

Aby więc powstała materia, dzięki której mogłyby

te słowa zabrzmieć — jakie wypowiedziałeś słowo?

7. Tak nas prowadzisz, abyśmy zrozumieli Słowo, będące

Bogiem u Ciebie Boga. Wypowiadane jest Ono wiecznie

i wszystkie rzeczy są Nim wiecznie wypowiadane. Nie jest

to mowa, w której się kończy jedna część wypowiedzi, aby

mogła być rzeczona następna i aby w ten sposób się złożyła

całość. W Twoim Słowie wszystko jest wypowiadane od

razu i na wieki wieczne. Gdyby było inaczej, panowałby

nad Nim czas i przemiana. Nie byłoby prawdziwej wieczności,

prawdziwej nieśmiertelności. To wiem, Boże mój.

Dzięki Ci składam za tę wiedzę. Wiem to, Panie. Wyznaję

Ci, że to wiem. A razem ze mną wie to i błogosławi Cię za

to każdy, kto potrafi być wdzięczny za niewątpliwość

prawdy.

Wiemy, o Panie — przecież wiemy — że w takiej mierze,

w jakiej nie istnieje coś, co istniało, i istnieje coś, co

nie istniało, w takiej mierze umiera to i się rodzi. Twoje

więc Słowo nie może ustępować przed czymkolwiek ani

po czymkolwiek następować, gdyż jest naprawdę nieśmiertelne

i wieczne. Dlatego też Twoim Słowem współwiecznym

z Tobą mówisz wszystko, co mówisz — wszystko od

razu i na wieki wieczne. I staje się wszystko, cokolwiek

mówisz, by się stało. Wszystko czynisz nie inaczej, jak

tylko Twoim Słowem. Ale rzeczy, które Twoim Słowem

tworzysz, ani nie powstają wszystkie razem, ani nie są

wszystkie na wieki.

8. Dlaczego tak jest, Panie Boże mój? W jakiś sposób

pojmuję, dlaczego tak się dzieje, ale nie umiem tego wypowiedzieć.

Może tak to ujmę, że wszystko, co zaczyna

być albo przestaje być, właśnie wtedy zaczyna albo przestaje

być, kiedy wieczny Rozum poznaje, że to powinno

zacząć albo przestać być; ale w samym tym wiecznym Rozumie

nie ma żadnego początku ani żadnego końca. Owym

wiecznym Rozumem jest właśnie Słowo Twoje, które samo

jest też początkiem. To Ono przemawia do nas.[Por. J 8, 25] Mówi do

nas w Ewangelii słowami, które wypowiadają usta. W

świecie doczesnym dało się słyszeć cielesnym uszom ludzkim,

aby ludzie w Nie uwierzyli i aby szukając Go wewnątrz

siebie samych, znaleźli Je w Prawdzie wiecznej,

gdzie wszystkich uczniów jeden tylko dobry Mistrz poucza.

Tam słyszę, Panie, Twój głos mówiący mi, że tylko

ten do nas naprawdę przemawia, kto nas poucza. Kto zaś

nas nie poucza — nawet jeżeli mówi, nie do nas mówi.

A któż oprócz Prawdy niezmiennej może nas pouczać?

Nawet jeżeli czerpiemy wskazówki ze zmiennych rzeczy

stworzonych, w końcu prowadzą nas one do owej niezmiennej

Prawdy, gdzie się prawdziwie uczymy, kiedy

stoimy i Jego słuchamy; kiedy bardzo się radujemy słysząc

głos Oblubieńca [Por. J 3, 29.]  i przywracamy siebie samych Temu,

któremu zawdzięczamy istnienie. To Słowo jest początkiem,

trwałą podstawą — gdyby Go nie było, nie mielibyśmy

dokąd powrócić z naszych błądzeń. Gdy wracamy uwalniając

się od błędu, powrót nasz polega na poznaniu

Prawdy. Abyśmy Ją poznali — Ono nas poucza, bo Ono

jest początkiem i przemawia do nas.[Por. J 8, 25.]

9. Właśnie Ono jest tym początkiem, Boże, w którym

niebo stworzyłeś i ziemię. Stworzyłeś je w Słowie Twoim,

w Synu Twoim, w Mocy Twej, Mądrości i Prawdzie —

w jakiś cudowny sposób przemawiając i w jakiś cudowny

sposób czyniąc. Któż to pojmie? Któż to wysłowi? Czym

jest to osobliwe światło, które chwilami mi rozbłyska i

serce mi przeszywa, nie raniąc go? Drżę wtedy z lęku, a

zarazem płonę tęsknotą. Drżę z lęku, bo jestem tak odmienny

od niego. Lecz w takiej mierze, w jakiej jestem

do niego podobny, jego ogniem płonę. To Mądrość, Mądrość

niekiedy przede mną rozbłyska, rozdzierając zasłonę

ciemnych chmur, które potem znowu mnie spowijają i

przytłaczają brzemieniem kary za moje grzechy. W nędzy

mojej tak podupadłem na siłach, że nie mogę już sprostać

temu, co jest dla mnie błogosławieństwem, póki Ty,

Panie, który wszystkie moje nieprawości wybaczyłeś, nie

uleczysz mnie także ze wszystkich chorób moich. Ty uchronisz

życie moje od klęski, uwieńczysz mnie dobrodziejstwami

Twej litości i miłosierdzia, tęsknotę moją nasycisz

dobrami. Odnowi się, jak młodość orła, młodość moja.

[Por. Ps 102, 3—5.] Albowiem „w nadziei jesteśmy zbawieni" [Rz 8, 24.] i cierpliwie

czekamy na wypełnienie się Twoich obietnic. Niech każdy,

kto jest do tego zdolny, słucha głosu Twego w swojej duszy.

Ufając natchnionym przez Ciebie słowom, wołać będę:

„Jakże wspaniałe są dzieła Twoje, Panie. Wszystko

mądrze uczyniłeś" [Ps 103, 24.]. Wszystko zaczyna się od Mądrości i

w tym to właśnie początku niebo uczyniłeś i ziemię.

10. Pełni są jeszcze starego błędu ci, którzy nas pytają:

„Co czynił Bóg, zanim niebo uczynił i ziemię? Jeśli spoczywał

— powiadają — i niczego nie czynił, to dlaczego

i potem nie pozostał w takim stanie na zawsze, w jakim

był zawsze w przeszłości? Jeśli powstało w Bogu nowe dążenie

i nowa wola, aby dać początek stworzeniu, którego

nigdy przedtem nie stworzył, to jakże możemy przyjąć, że

prawdziwa jest ta Jego wieczność, w której wola, jakiej

przedtem nie było, powstała? Przecież wola Boga nie jest

czymś stworzonym, lecz musi poprzedzać stworzenie. Żadna

rzecz nie byłaby stworzona, gdyby jej nie poprzedziła wola

Stwórcy. Do samej więc substancji Boga należy Jego wola.

Skoro zaś powstało w substancji Boga coś, czego przedtem

w niej nie było, to nie można twierdzić, że Jego substancja

jest naprawdę wieczna. Jeśli zaś zawsze było wolą Boga,

by istniało stworzenie, to dlaczego stworzenie nie istniało

zawsze?"

11. Ci, którzy tak mówią, jeszcze nie rozumieją Ciebie,

o Mądrości Boża, Światłości umysłów! Jeszcze nie pojmują,

w jaki sposób czynione są rzeczy, które przez Ciebie i w

Tobie powstają. A chcieliby zakosztować wieczności! Ich

myśl jeszcze ciągle się trzepocze między ruchami rzeczy

przeszłych i tych, które w przyszłości będą, i nie może

osiągnąć stałości.

Gdyby ktoś ujął ich myśl, uspokoił ją i nadał jej stałość

choćby na krótką chwilę, to przynajmniej w owej chwili

ujrzeliby blask zawsze spokojnej wieczności. Porównaliby

ją z czasem, który nigdy nie stoi w miejscu, i przekonaliby

się, że jest ona od czasu zupełnie odmienna. Zrozumieliby,

że czas zawdzięcza swą długość tylko wielkiej ilości ruchów,

które jeden po drugim przemijają, gdyż nie mogą

istnieć wszystkie razem. W wieczności zaś nic nigdy nie

przemija, lecz wszystko jest obecne. Żaden zaś czas nie jest

cały teraźniejszością. Każdą przeszłość przegania biegnąca

w trop za nią przyszłość. I zarówno wszelka przeszłość, jak

i wszelka przyszłość mają początek i koniec w tym, co jest

zawsze obecne. Któż utwierdzi myśl ludzką, aby w spokoju

zrozumiała, w jaki sposób wieczność, w której nie ma ani

przyszłości, ani przeszłości, swoją trwałością określa, co

jest przyszłością, a co przeszłością? Czy moja ręka zdoła

tak uchwycić umysł ludzki? Czy jakiekolwiek moje słowa

zdołają tego dokonać?

12. Kiedy ktoś mnie pyta: „Co czynił Bóg, zanim uczynił

niebo i ziemię?" — nie powtarzam tej odpowiedzi, jaką

podobno ktoś kiedyś rzucił szyderczo, aby odsunąć od siebie

natarczywość pytającego: „Przygotowywał piekło dla

tych, którzy chcieliby dociec tajemnic". Czym innym jest

znalezienie odpowiedzi, czym innym jest szyderstwo. Więc

nie tak odpowiem. Gdy czegoś nie wiem, wolę odpowiedzieć:

„Nie wiem" — niż wyśmiewać tego, kto zadał trudne

pytanie, i zbierać pochwały za pozorną, fałszywą odpowiedź.

Odpowiem inaczej: że Ty, Boże nasz, Stwórcą jesteś

wszelkiego stworzenia. Jeśli słowami „niebo i ziemia"

określamy całe stworzenie, to śmiało mówię: „Zanim uczynił

niebo i ziemię, Bóg niczego nie uczynił". Jeśliby

bowiem cokolwiek uczynił, cóż by to było, czyż nie stworzenie

właśnie? Bodajbym tak dobrze wiedział wszystko,

co jest dla mnie pożyteczne, jak wiem to, że przed stworzeniem

nie istniało żadne stworzenie.

13. Człowiek, którego rozbiegane myśli błąkają się wśród

jego wyobrażeń o czasie przeszłym, może się dziwić, że Ty,

Bóg wszechmocny, który jesteś Stwórcą wszystkiego i

wszystko utrzymujesz w istnieniu, który jesteś Budowniczym

nieba i ziemi, byłeś bezczynny przez nieprzeliczone

wieki, zanim dokonałeś tak ogromnego dzieła. Niechże ten

człowiek otrząśnie się z majaków, niech zastanowi się i

zrozumie, że jego zdziwienie wynika z nieporozumienia.

Jakżeby mogły upłynąć owe nieprzeliczone wieki, skoro

Ty jeszcze ich nie stworzyłeś? Przecież Ty jesteś Sprawcą

i Twórcą wszystkich wieków. Jakiż to mógł istnieć czas,

który by nie był stworzony przez Ciebie? A czyż mógłby

przemijać, gdyby nigdy nie istniał? Jesteś Twórcą wszelkiego

czasu. Jeśli więc istniał jakikolwiek czas, zanim

stworzyłeś niebo i ziemię, to jak można mówić, że byłeś

bezczynny? Stworzyłeś ten właśnie czas. Bo przecież czas

nie mógł przemijać, póki go nie stworzyłeś. Jeśli zaś przed

powstaniem nieba i ziemi jeszcze nie było czasu, to jakże

można pytać, co czyniłeś „wtedy"? Nie było żadnego „wtedy",

skoro nie było czasu.

Ty poprzedzasz czas, ale nie w czasie go poprzedzasz.

Gdybyś poprzedzał w czasie, nie poprzedzałbyś wszelkiego

czasu. Ty na wyżynie zawsze obecnej wieczności jesteś

przed wszelką przeszłością i po wszelkiej przyszłości. To,

co teraz jest przyszłością — gdy nadejdzie, przeszłością się

stanie, „Ty zaś ten sam zawsze jesteś i Twoje lata nie ustaną"

[Ps 101, 28.]. Lata Twe nie odchodzą ani nie przychodzą. Nasze

lata tak odchodzą i przychodzą, by wszystkie mogły przyjść

po kolei. Twoje lata wszystkie są dla Ciebie jednoczesne,

ponieważ trwają niezmiennie. Odchodzących nie wypychają

przychodzące, gdyż Twoje lata nie przemijają. Nasze

lata będą dopełnione wtedy, gdy już wszystkie przeminą.

Twoje lata to jeden dzień, a nie świta on codziennie, ale

jest stałym dzisiaj. Twój dzień dzisiejszy bowiem nie ustępuje

przed dniem jutrzejszym ani po wczorajszym nie następuje.

Twoim dniem dzisiejszym jest wieczność. Przeto

zrodziłeś współ wiecznego Tobie Syna, któremu rzekłeś:

„Ja Cię dziś zrodziłem" [Ps 2, 7.]. Wszelki czas Ty uczyniłeś i jesteś

przed wszelkim czasem, a czasu przed czasem — nie

było.

14. Nie było więc takiego czasu, w którym byłbyś bezczynny.

Bo i sam czas Ty stworzyłeś. A żaden czas nie jest

współwieczny Tobie, bo Ty trwasz niezmienny, on zaś,

gdyby niezmiennie trwał, nie byłby czasem. Czym więc

jest czas? Nie ma na to łatwej i krótkiej odpowiedzi.

Trudno to pojąć, a cóż dopiero — w słowach to wyrazić.

W naszych rozmowach nic nie jest tak częste i pospolite

jak mówienie o czasie. Oczywiście rozumiemy, co oznacza

to słowo, gdy je wypowiadamy, rozumiemy je też, gdy

ktoś inny wspomina nam o czasie.

Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta,

wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.

Z przekonaniem jednak mówię, że wiem, iż gdyby nic nie

przemijało, nie byłoby czasu przeszłego. Gdyby nic nie

przychodziło nowego, nie byłoby czasu przyszłego. Gdyby

niczego nie było, nie byłoby teraźniejszości. Owe dwie

dziedziny czasu — przeszłość i przyszłość — w jakiż sposób

istnieją, skoro przeszłości już nie ma, a przyszłości

jeszcze nie ma? Teraźniejszość zaś, gdyby zawsze była teraźniejszością

i nie odchodziła w przeszłość, już nie czasem

byłaby, ale wiecznością. Jeśli więc teraźniejszość jest

czasem tylko dlatego, że odchodzi w przeszłość, to jakże

i o niej możemy mówić, że jest, skoro jest tylko dzięki temu,

że jej nie będzie? Nie możemy więc właściwie mówić, że

czas jest, jeśli nie dodajemy, iż zmierza on do tego, że go

nie będzie.

15. A jednak mówimy o „długim czasie" i o „krótkim

czasie" — lecz tylko w odniesieniu do przeszłości i przy-

szłości. Sto lat na przykład nazywamy długim czasem, który

upłynął albo upłynie. O niedalekiej przeszłości albo

przyszłości mówimy, gdy mamy na myśli okres dziesięciu,

na przykład, dni. Lecz w jaki sposób może być długie albo

krótkie to, czego w ogóle nie ma? Nie mówmy więc: „To

jest długi czas" — lecz w odniesieniu do przeszłości: „To

był długi czas", a do przyszłości: „To będzie długi czas".

Panie Boże mój, Światłości moja, czyż i tu człowiek nie

ośmiesza się wobec Twojej prawdy? Bo ten długi czas przeszły

— czy stał się długi, kiedy już przeminął, czy też był

długi już wtedy, gdy był teraźniejszością? Tylko wtedy

mógł on być długi, kiedy w ogóle istniał. Nie mówmy więc,

że czas przeszły był długi; bo nie znajdziemy tu niczego,

co miałoby być długie. Przecież skoro ten czas przeminął,

to już go nie ma. Ujmijmy to inaczej: że czas, o którym

mówimy, był długi, kiedy był czasem teraźniejszym. Bo

wtedy jeszcze nie przeminął, czyli nie przestał istnieć, nie

brakowało więc wówczas tego, co miałoby być długie. Kiedy

zaś przeminął, przestał być długi, ponieważ w ogóle

przestał istnieć.

A teraz zastanówmy się, duszo ludzka, nad tym, czy teraźniejszość

może być długa. Potrafisz uświadamiać sobie

i mierzyć odległości czasowe. Jak więc na to pytanie odpowiesz?

Czy na przykład obecne stulecie to jest długi

czas? Zastanów się najpierw, czy stulecie może być obecne.

Jeśli jesteśmy w pierwszym roku stulecia, to ten pierwszy

rok jest teraźniejszy, a dziewięćdziesiąt dziewięć lat należy

do przyszłości, czyli jeszcze ich nie ma. Jeśli jesteśmy w

drugim roku stulecia, to pierwszy rok już należy do przeszłości,

drugi jest obecny, a wszystkie pozostałe lata należą

do przyszłości. Jeśli którykolwiek rok z wnętrza owej

setki jest dla nas obecny, wszystkie przed nim są przeszłością,

wszystkie po nim — przyszłością. Z tego wynika,

że stulecie nie może być teraźniejszością. Trzeba jeszcze

rozważyć, czy ten jeden rok, o którym mówimy, może być

cały obecny. Przecież kiedy jesteśmy w pierwszym jego

miesiącu, wszystkie inne miesiące należą do przyszłości.

Jeśli w drugim, to pierwszy miesiąc jest już przeszłością,

a pozostałych miesięcy jeszcze nie ma. A więc i bieżący

rok nie może być cały teraźniejszością. A jeśli nie jest cały

obecny, nie może być obecnym rokiem. Rok się składa

z dwunastu miesięcy. Ten z miesięcy, który właśnie przebiega,

jest obecny, wszystkie inne są przeszłością albo

przyszłością. I nie można nawet powiedzieć, że bieżący

miesiąc jest obecny. Obecna jest najwyżej jedna doba. Jeśli

jest to pierwsza doba miesiąca — wszystkie inne doby

są przyszłością. Jeśli jest to doba ostatnia w miesiącu —

wszystkie inne należą do przeszłości. Jeśli którakolwiek

inna doba — to jest ona umieszczona między dobami przeszłymi

a dobami przyszłymi.

Ten więc czas teraźniejszy, jedyny, który — jak stwierdziliśmy

— można by nazywać długim, skurczył się nam

do jednej zaledwie doby. Ale trzeba tę sprawę jeszcze dokładniej

roztrząsnąć, bo przecież nawet jedna doba nie

jest cała obecna. Składa się ona z dwudziestu czterech godzin,

nocnych i dziennych. Wobec pierwszej z tych godzin

wszystkie inne są przyszłe, wobec ostatniej — przeszłe.

Każda z pozostałych godzin ma za sobą przeszłe godziny,,

przed sobą — przyszłe. A czyż każda godzina nie składa

się z mniejszych cząsteczek, jakże szybko umykających?

Co z niej uleciało, to przeszłość; co jeszcze zostało — przyszłość.

Tylko taką chwilę (jeśli w ogóle można ją sobie

wyobrazić), której już się nie da podzielić na jakiekolwiek,

choćby najmniejsze cząstki, można by słusznie nazwać

czasem teraźniejszym. Taka zaś chwila tak szybko z przyszłości

przelatuje do przeszłości, że nie sposób jej przypisać

jakiegokolwiek trwania. Jeśli się jej nadaje rozciągłość,

od razu chwila ta rozpada się na przeszłość i przyszłość.

Będąc zaś teraźniejsza, nie ma żadnej rozciągłości. Gdzież

więc jest ten czas, który moglibyśmy nazwać długim? Na

pewno nie jest to czas przyszły. Nie mówimy przecież, że

jest długi, bo on jeszcze w ogóle — w żadnym sensie —

nie jest. Możemy powiedzieć tylko, że będzie długi. Lecz

kiedy taki będzie? Nie jest taki, dopóki jest przyszłością.

Bo jeszcze nie ma tego, co mogłoby być długie. Gdyby zaś

wtedy miał być długi, kiedy wyłoniwszy się z przyszłości,

która jeszcze nie istnieje, zaczyna istnieć stając się teraźniejszością,

to by oczywiście było zgodne z prawdą, że może

być długie tylko to, co w ogóle istnieje — ale wcześniej

tu przytoczone argumenty głośno wołają, że teraźniejszość

nie ma żadnej rozciągłości.

16. A jednak, Panie, uświadamiamy sobie okresy czasu

i porównujemy jedne z drugimi, mówiąc, że te są dłuższe

a tamte krótsze. Obliczamy nawet, o ile krótszy albo dłuższy

jest ten okres od tamtego, i powiadamy, że jest dwukrotnie

albo trzykrotnie dłuższy od okresu, który uznajemy

za jednostkę; albo że oba okresy mają długość jednaką.

Jeśli w taki sposób uświadamiając sobie czas, mierzymy go,

czynimy to wobec czasu właśnie teraz przemijającego. Bo

czyż można by mierzyć przeszłość, której już nie ma, albo

przyszłość, której jeszcze nie ma? Chyba że ktoś odważy

się twierdzić, że mierzy to, co nie istnieje! Wniosek jest

taki, że uświadamiać sobie czas i mierzyć go można tylko

wtedy, gdy on właśnie przemija. Kiedy przeminął — już to

jest niemożliwe, bo go nie ma.

17. Ja tylko szukam, Ojcze, a nie stwierdzam. Ty, Boże,

Sędzią moim bądź i Przewodnikiem. Któż zaprzeczy temu,

cośmy usłyszeli w dzieciństwie i czego potem uczyliśmy

dzieci, że są trzy dziedziny czasu: przeszłość, teraźniejszość

i przyszłość? Kto powie, że jest tylko czas teraźniejszy,

bo owych dwóch pozostałych nie ma? Może raczej jest tak,

że wszystkie te trzy dziedziny istnieją i że czas z jakiejś

kryjówki się wyłania, gdy z przyszłego staje się teraźniejszym,

i w jakąś też kryjówkę się pogrąża, kiedy się z teraźniejszego

przeszłym staje? Prorocy, którzy przyszłość

zapowiadali, gdzież by te przyszłe rzeczy widzieli, jeśli ich

jeszcze nie było? Przecież nie można zobaczyć tego, czego

nie ma. Także opowiadacze przeszłości nie mogliby prawdy

głosić, gdyby umysłem nie dostrzegali rzeczy minionych.

Gdyby zaś te rzeczy nie istniały, w żaden sposób

nie można by ich dostrzec. A więc i przyszłość, i przeszłość

istnieje.

18. Pomóż mi, Panie, dalej to badanie prowadzić. I niechże

się, Nadziejo moja, nie zabłąkam. Skoro przyszłość i

przeszłość istnieją, pragnę wiedzieć, gdzie one są. Tego

jeszcze nie umiem dociec. Ale przynajmniej to wiem, że

jeśli one gdziekolwiek są, ani przyszłością nie są tam, ani

przeszłością lecz teraźniejszością. Bo jeśliby i tam były

przyszłością, to jeszcze by ich nie było; a gdyby tam były

przeszłością, to już by ich nie było. Gdziekolwiek więc są

i czymkolwiek są, mogą istnieć tylko jako teraźniejsze.

Kiedy rzeczy przeszłe wiernie opisujemy, wydobywamy z

pamięci nie same rzeczy, które już przeminęły, lecz słowa

oparte na obrazach owych rzeczy, które wtedy, gdy się

rozgrywały, za pośrednictwem zmysłów wycisnęły jakby

ślady na umyśle. Na przykład moje dzieciństwo, którego

już nie ma, spoczywa w czasie przeszłym, który już też

nie istnieje. Ale obraz dzieciństwa, kiedy go przywołuję

i opisuję, oglądam w czasie teraźniejszym, gdyż obraz ten

jest nadal w mojej pamięci obecny.

Czy podobnie się dzieje wtedy, gdy ktoś przepowiada

przyszłość? Czy rzeczy jeszcze nie istniejące dostrzega zawczasu

za pośrednictwem już istniejących obrazów? Wyznaję,

Boże mój, że nie wiem. Wiem jednak przynajmniej

to, że często z góry obmyślamy nasze czyny, a ta medytacja

odbywa się w teraźniejszości, działanie zaś, które obmyślamy,

jeszcze nie istnieje, bo należy do przyszłości. Kiedy

się zabieramy do dzieła i zaczynamy czynić to, o czym

dotychczas tylko medytowaliśmy, wtedy rozgrywa się owa

działanie; należy ono już nie do przyszłości, lecz do teraźniejszości.

Niezależnie od tego, w jaki to tajemniczy sposób jest się

świadkiem rzeczy, które się mają dopiero wydarzyć, jest

pewne, że dostrzegać można tylko to, co już istnieje. A to,

co już istnieje, nie przyszłością jest, lecz teraźniejszością.

Kiedy słyszymy o widzeniu rzeczy przyszłych, nie może

być mowy o widzeniu samych tych rzeczy — ich jeszcze

nie ma, gdyż należą do przyszłości — lecz może się widzi

jakieś ich przyczyny czy znaki już istniejące. Nie przyszłość

więc, ale teraźniejszość dostępna jest widzącym; a

na podstawie teraźniejszości umysł może wytwarzać wyobrażenia

rzeczy przyszłych i przepowiadać je. Te wyobrażenia

już istnieją. Ludzie, oglądający je w swych umysłach

jako obecne, mogą przepowiadać przyszłość.

Podam jeden z niezliczonych przykładów. Oto widzę jutrzenkę,

więc przepowiadam, że wzejdzie słońce. To, co widzę,

jest teraźniejszością; to, co przepowiadam, jest przyszłością.

Do przyszłości należy nie słońce, które już istnieje,

lecz jego wschód, którego jeszcze nie ma. Nie mógłbym

jednak przepowiedzieć wschodu, gdybym nie miał w swym

umyśle jego obrazu, jak mam i teraz, kiedy to piszę. Jutrzenka,

którą widzę na niebie, nie jest wschodem słońca,

chociaż go poprzedza, ani nie jest nim obraz ów w moim

umyśle. Lecz i jutrzenkę, i obraz dostrzegam jako teraźniejsze

i dzięki nim mogę przepowiedzieć wschód słońca,

należący jeszcze do przyszłości. Tego, co przyszłe, jeszcze

nie ma. A skoro jeszcze nie ma, to w ogóle nie ma. A jeśli

w ogóle nie ma, to na pewno nie można tego zobaczyć.

Lecz można to przepowiedzieć na podstawie rzeczy obecnych,

które już są i które można dostrzec.

19. W jaki więc sposób Ty, Władco Twego stworzenia,

objawiasz duszom ludzkim to, co zdarzyć się ma w przyszłości?

Objawiałeś to przecież Twoim prorokom. W jaki

sposób objawiasz przyszłość, chociaż ona jeszcze nie istnieje?

Może raczej objawiasz tylko znaki obecne zdarzeń

przyszłych? Bo o tym, czego nie ma, przecież nikogo nie

można pouczyć. Sposób Twego pouczania niepomiernie

przekracza moją zdolność rozumienia. Nie mam dosyć siły,

nigdy tego własną moją mocą nie zdołam dosięgnąć. Lecz

zdołam Twoją mocą, jeśli Ty mi udzielisz łaski, o słodkie

oczu moich Światło!

20. Z tego, co się rzekło, wynika najwyraźniej, że ani

przyszłość, ani przeszłość nie istnieje. I właściwie nie należałoby

mówić, że istnieją trzy dziedziny czasu — przeszłość,

teraźniejszość i przyszłość. Może ściślejsze byłoby

takie ujęcie, że istnieją następujące trzy dziedziny czasu:

obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych

obecność rzeczy przyszłych. Jakieś tego rodzaju trzy dziedziny

istnieją w duszy; ale nigdzie indziej ich nie widzę.

Obecnością rzeczy przeszłych jest pamięć, obecnością rzeczy

teraźniejszych jest dostrzeganie, obecnością rzeczy

przyszłych — oczekiwanie. Jeśli tak wolno ująć tę rzecz,

to dostrzegam trzy dziedziny czasu i stwierdzam, że one

istnieją. Możemy więc mówić nadal o trzech dziedzinach

czasu: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości; chociaż nie

jest to ścisłe, stosujmy się w tym do zwyczaju. Nie będę

się spierał, nie będę zaprzeczał takiemu sposobowi mówienia,

byle tylko każdy rozumiał, o czym mówi, i nie wyobrażał

sobie, że to, co przyszłe, już istnieje, a to, co

przeszłe, jeszcze istnieje. W ogóle rzadko posługujemy się

słowami w sposób zupełnie ścisły, częściej mówimy nieściśle,

ale jakoś udaje się nam wyrazić to, co wyrazić chcemy.

21. Przed chwilą powiedziałem, że mierzymy czas wtedy,

gdy on właśnie przemija. Mierząc, możemy stwierdzić, że

jakiś okres czasu jest na przykład dwa razy dłuższy od

takiego okresu, któryśmy przyjęli za jednostkę, albo że

oba są jednakowej długości — i tak dalej. Mierzymy czas,

jak się rzekło, w trakcie jego przebiegania. Gdyby mnie

ktoś zapytał, skąd to wiem, odpowiedziałbym, że wiem,

ponieważ mierzymy czas, a nie moglibyśmy mierzyć czegoś,

co nie istnieje; ani zaś przeszłość, ani przyszłość nie

istnieje. Ale jakże możemy mierzyć czas teraźniejszy, skoro

nie ma on żadnej rozciągłości? A musielibyśmy go mierzyć

wtedy, kiedy właśnie przebiega. Nie można by go

mierzyć wtedy, gdy już przeminął, bo wtedy już nie ma

tego, co mielibyśmy mierzyć.

Ale skąd, którędy i dokąd on przebiega wtedy, kiedy go

mierzymy? Może wyłaniać się tylko z przyszłości, przebiegać

tylko przez teraźniejszość i zdążać tylko ku przeszłości:

z tego, co jeszcze nie istnieje — poprzez to, co nie ma rozciągłości

— ku temu, czego już nie ma. A przecież możemy

mierzyć czas tylko w odniesieniu do jakiejś jednostki rozciągłości.

Kiedy mówimy: „Tak samo długo", albo: „Dwukrotnie

dłużej", albo: „Trzykrotnie dłużej", i tak dalej —

zawsze odnosi się to do jakiejś określonej rozciągłości czasu.

Lecz w stosunku do której dziedziny czasu mierzymy

czas, gdy on przebiega? Czy w stosunku do przyszłości, z

której się wyłania? Przecież nie możemy znać miary tego,

czego jeszcze nie ma. Czy w stosunku do teraźniejszości,

przez którą przebiega? Przecież nie można mierzyć tego,

co nie trwa. Czy w stosunku do przeszłości, ku której czas

biegnie? Przecież nie znamy miary tego, czego już nie ma.

22. Umysł mój goreje pragnieniem rozwikłania tej niezmiernie

trudnej zagadki. Nie zamykaj przede mną, Panie

Boże mój, dobry Ojcze, przez Chrystusa Cię błagam —

nie zamykaj przed moim pragnieniem tej sprawy tak zwyczajnej,

a zarazem tak tajemniczej, pozwól, aby ono przeniknęło

za wrota tej zagadki, by się dla mnie rozświetliła

w blasku miłosierdzia Twego! Kogóż mam o to pytać? Komuż

mogę z większym dla mnie pożytkiem niż Tobie wyznać

moją niewiedzę? Przecież nie są Ci niemiłe moje studia,

pałające taką tęsknotą ku zrozumieniu Twego Pisma

Świętego. Udziel mi tego, co kocham, bo że kocham —

Twoim też jest darem. Udziel, Ojcze — Ty, który umiesz

dawać dobre rzeczy dzieciom swoim. [Por. Mt 7, 11.] Udziel, bo podjąłem

zadanie poznania Ciebie i jakże mi jest ciężko, póki nie

otworzysz wrót.

Przez Chrystusa Cię proszę, w imię Tego, który jest

Świętym Świętych — niechże mnie nikt od tego zadania

nie odstraszy. Zaufałem, a dzięki temu i mówię. Żyję nadzieją,

że ujrzę piękność Pana. Oto starymi uczyniłeś dni

moje. Przemijają, a jak się to dzieje — nie wiem, chociaż

ciągle mówimy o czasie i o okresach czasu. „Jak długo ten

człowiek to mówił?" „Jak długo to czynił?" „Od jakże

dawna tego nie widziałem!" „Tę sylabę wymawia się dwukrotnie

dłużej niż tamtą." Ciągle takie rzeczy mówimy i

słyszymy. Ludzie nas rozumieją i my ich rozumiemy. Nie

można sobie wyobrazić wypowiedzi prostszych i zwyklejszych.

A przecież kryje się w nich tajemnica, której nie

zdołaliśmy przemknąć.

23. Pewien uczony powiedział mi kiedyś, że czas to nic

innego jak ruch słońca i księżyca, ale nie trafiło mi to do

przekonania. Dlaczego czas nie miałby polegać raczej na

ruchu wszelkich ciał? Gdyby światła niebieskie znieruchomiały,

lecz jeszcze obracałoby się koło garncarskie, czyż nie

istniałby nadal czas, według którego mierzylibyśmy obroty

tego koła? Czy nie moglibyśmy stwierdzić, że obraca się

ono w regularnym rytmie albo że szybkość jego ruchu się

zmienia, gdyż niektóre obroty zajmują więcej czasu niż

inne? A mówiąc tak, czyż sami nie mówilibyśmy tego w

czasie? I czyż nasze słowa nie składałyby się z sylab o

nierównej długości — po prostu dlatego, że wymówienie

jednej z nich wymagałoby więcej albo mniej czasu niż

wymówienie innej? O Boże, pozwól ludziom w małych

rzeczach dojrzeć zasady wspólne wszystkim rzeczom, małym,

i wielkim. Są gwiazdy i światła niebieskie znakami

czasów i lat, i dni.[Por. Rdz l, 14.] Są na pewno. Ale ani ja nie mogę

twierdzić, że obrót tego drewnianego koła jest dniem, ani

też ów uczony mąż nie może powiedzieć, że obrót ten w

ogóle nie jest żadnym okresem czasu.

Chciałbym naprawdę poznać istotę i rolę czasu, według

którego mierzymy ruch ciał i mówimy na przykład, że

ten ruch zajmuje dwukrotnie więcej czasu niż tamten.

Dniem nazywamy nie tylko pobyt słońca nad ziemią, odróżniający

dzień od nocy, lecz także całkowitą drogę słońca

od wschodu do wschodu. Do tego drugiego znaczenia

nawiązujemy, gdy mówimy, że tyle a tyle dni przeminęło;

noce wtedy wlicza się do dni i nie wymienia się ich osobno.

Skoro więc dzień się wypełnia ruchem słońca i jego

drogą całkowitą od wschodu do wschodu, pytam, czy dzień

jest samym tym ruchem, czy czasem jego przebiegu, czy

też jednym i drugim. W pierwszym wypadku upłynąłby

dzień nawet wtedy, gdyby słońce przebiegło cały swój tor

w okresie jednej zaledwie godziny. W drugim wypadku

nie można by mówić, że dzień upłynął, gdyby jeden

wschód słońca był od drugiego oddzielony okresem nie

dłuższym od godziny; wtedy słońce musiałoby dwadzieścia

cztery razy przebiec swoją drogę, aby dzień wypełnić. W

trzecim wypadku nie można by mówić o dniu ani wtedy,

gdyby słońce całą swą wędrówkę odbyło w ciągu godziny,

ani wtedy, gdyby słońce było nieruchome, a upłynęłoby

tyle czasu, ile zazwyczaj potrzeba słońcu na odbycie drogi

od ranka do następnego ranka.

Nie rozważam teraz, czym jest to, co nazywamy dniem,

lecz tylko — czym jest czas, według którego mierząc okrężny

bieg słońca, powiedzielibyśmy, że przebiegło ono swą

drogę w połowie zwykłego czasu, gdyby jego bieg zajął

tyle czasu, ile trzeba na przeminięcie dwunastu godzin.

Porównując te dwa okresy i uznając okres dwunastu godzin

za jednostkę, okres dwudziestoczterogodzinny uznalibyśmy

za podwójny. Ujęcie to byłoby trafne, choćby słońce

w pewnych wypadkach przebywało drogę od wschodu do

wschodu w pojedynczym, a w innych — w podwójnym

okresie. Niechże więc mi nikt nie mówi, że czas polega na

ruchu ciał niebieskich. Bo przecież i wtedy, gdy na prośbę

pewnego męża słońce znieruchomiało, aby mógł on toczyć

bitwę aż do zwycięstwa — słońce wprawdzie stało, ale

czas biegł nadal. Bitwa się toczyła przez taki okres czasu,

jaki był dla niej potrzebny, i zakończyła się. Widzę więc,

że czas jest pewnego rodzaju rozciągłością. Lecz czy naprawdę

widzę, czy tylko zdaje mi się, że widzę? Ty mi to

rozświetlisz, który Światłem i Prawdą jesteś.

24. Czy żądasz, abym przyjął twierdzenie, że czas polega

na ruchu ciał? Nie żądasz tego ode mnie. Bo słyszę, że

wszelkie ciała mogą się poruszać tylko w czasie — Ty to

mówisz. Nie słyszę zaś, żebyś mówił, iż sam ruch ciał jest

czasem. Kiedy się porusza ciało, według czasu mierzymy,

jak długo się ono porusza — od chwili, gdy się poruszać

zaczęło, aż do chwili, kiedy się poruszać przestaje. Jeżeli

nie zauważyłem, w którym momencie ruch się zaczął, i ciało

porusza się nadal, kiedy już przestałem je obserwować,

nie mogę zmierzyć czasu tego ruchu, mogę tylko mówić

o czasie, jaki upłynął od chwili, gdy zacząłem obserwować,

do chwili, gdy obserwować przestaję. Jeśli przez jakiś dłuższy

okres czasu obserwuję ruch, mogę powiedzieć, że ruch

ten długo trwał, lecz aby rzec, jak długo, muszę to określić

w odniesieniu do wybranej miary: na przykład mówimy,

że ten okres jest tak samo długi jak tamten albo że jest

dwukrotnie dłuższy, i tak dalej. Jeśli możemy oznaczyć

punkty w przestrzeni, między którymi porusza się jakieś

ciało, albo — w wypadku ciała obracającego się wokół

swej osi — oznaczyć odległości, jakie przebywają części

tego ciała, to jesteśmy w stanie określić, ile potrzeba czasu,

aby ciało odbyło drogę między dwoma punktami albo

by jego części wykonały pełny obrót.

Czym innym jest więc ruch ciała, a czym innym to, według

czego mierzymy, jak długo on przebiega. Dla kogóż

nie byłoby jasne, co z dwojga należy nazwać czasem? To

samo ciało może się poruszać z różną szybkością, a może

też trwać w bezruchu. Nie tylko jego ruch, lecz także jego

spoczynek mierzymy czasem. Mówimy na przykład, że

pozostawało w spoczynku tak samo długo, jak długo się

przedtem poruszało, albo że spoczywało dwukrotnie czy

trzykrotnie dłużej, niż się przedtem poruszało, i tak dalej

— co możemy określić albo na podstawie dokładnego

obliczenia, albo — jak się to powiada — „mniej więcej".

Czas więc nie jest ruchem ciał.

25. Wyznaję Ci, Panie, że nadal nie wiem, czym jest czas.

Lecz także wyznaję, iż wiem, że słowa te w czasie wypowiadam,

że już długo mówię tu o czasie — a owo „długo"

polega właśnie na tym, że dużo czasu upłynęło. Jakże ja

to mogę wiedzieć, skoro nie wiem, czym jest czas? A może

raczej nie wiem, w jaki sposób mam wypowiedzieć to, co

wiem? Biada mi, ja nawet nie wiem, czego nie wiem! Tyś,

Boże mój, świadkiem, że nie kłamię, że przemawiam ze

szczerego serca. Ty zapalisz lampę moja, Panie Boże mój,

ciemności moje rozświecisz! [Por. Ps 17, 29.]

26. Przecież prawdziwie Ci wyznaje moja dusza, że jednak

mierzę czas. Jestże to więc tak, Boże mój, że mierzę,

a nie wiem, co mierzę? Według czasu mierzę ruchy ciał.

A czy samego czasu nie mierzę? Czyż mógłbym mierzyć

ruch ciała — jak długo on trwa, jak długo ciało odbywa

drogę między dwoma punktami — gdybym czasu, w którym

się ono porusza, nie mierzył? W takim razie — według

czego mierzę czas? Czy dłuższe okresy czasu mierzymy

za pomocą krótszych, jak łokciem wymierzamy długość

belki? W taki właśnie sposób, jak się zdaje, mierzymy

trwanie długiej sylaby, porównując ją z sylabą krótszą i

mówiąc, że jest dwukrotnie dłuższa. Tak mierzymy długość

wiersza długościami poszczególnych wersów, długość wersów

długościami stóp, długość stóp długością sylab, długość

sylab długich długością krótkich. Mierzymy wiersze nie

stronicami — byłoby to bowiem mierzenie w przestrzeni,

a nie w czasie — lecz w trakcie głośnego odczytywania.

I powiadamy: „To jest długi wiersz, bo upleciony z tylu a

tylu wersów. Wersy są długie, bo się składają z tylu a tylu

stóp. Stopy są długie, bo zawierają tyle a tyle sylab. Ta

czy tamta sylaba jest długa, bo jest dwukrotnie dłuższa

od sylaby krótkiej". Ale to jeszcze nie jest dokładne mierzenie

czasu. Bo nieraz się zdarzyć może, że powolnie wypowiedziany

wers krótszy zajmie więcej czasu niżeli przeczytany

pospiesznie wers dłuższy. To samo dotyczy całego

utworu, jak też — z drugiej strony — stopy jednej czy

sylaby.

Dlatego wydało mi się, że czas nie jest niczym innym jak

rozciągłością. Lecz czego rozciągłością? — nie wiem. Zastanawiam

się, czy nie jest on rozciągłością samego umysłu.

Cóż bowiem mierzę, o Boże mój, kiedy w przybliżeniu

określam, że ten okres jest dłuższy od tamtego, albo gdy

mówię dokładnie, że jest dwukrotnie dłuższy? Mierzę czas,

to jasne. Lecz nie mierzę przyszłości, bo jeszcze jej nie ma.

Nie mierzę teraźniejszości, bo ona nie trwa. Nie mierzę

przeszłości, bo już jej nie ma. Cóż więc mierzę? Czy mierzę

czas, który przemija, lecz jeszcze nie przeminął — jak

to powyżej mówiłem?

27. Nie ustawaj, duszo moja, nie trać odwagi! Bóg pomocnik

nasz, On nas uczynił, a nie my sami siebie. Zmierzaj

w tym kierunku, skąd zaczyna prawda świtać. —

Przypuśćmy, że słyszymy dźwięk wydawany przez jakieś

ciało. Dźwięk ten zaczyna rozbrzmiewać — i rozbrzmiewa

— i po pewnym czasie milknie. Zapada cisza. Dźwięk

przeminął, już go nie ma. Zanim zaczął rozbrzmiewać, należał

do przyszłości i nie można było go mierzyć, gdyż

jeszcze go nie było. I teraz też nie można go mierzyć, albowiem

już go nie ma. Mierzyć można go było wtedy, kiedy

rozbrzmiewał, albowiem istniało to, co mogłoby być

mierzone. Ale i wtedy to nie trwało, lecz nieustannie

zmierzało ku chwili, w której miało przestać istnieć. Czy

właśnie z tego powodu było bardziej wymierne? Przemijając,

osiągało jakąś rozciągłość czasową, dzięki której mogło

być mierzone; sama teraźniejszość zaś nie ma żadnej

rozciągłości.

Jeśli tak, to przypuśćmy, że oto rozbrzmiewał teraz inny

dźwięk — i nadal dźwięczy bez przerwy. Mierzymy go,

dopóki brzmi, bo kiedy ustanie, będzie już należał do

przeszłości i już nie będzie tego, co moglibyśmy mierzyć.

Postarajmy się go zmierzyć i dokładnie określić długość jego

trwania. Lecz on nadal brzmi, a przecież można by go

zmierzyć tylko od chwili, w której zaczął rozbrzmiewać, do

chwili, w której by zamarł. Mierząc, określamy odległość

między dwoma punktami, początkiem i końcem. Dlatego

nie można zmierzyć długości trwania dźwięku, który jeszcze

nie ustał; nie można powiedzieć, jak jest długi czy jak

krótki, czy dorównuje pod względem czasowym jakiemuś

innemu dźwiękowi, czy też jest połową — albo podwojeniem

— jakiegoś innego dźwięku, i tak dalej. Kiedy zaś

ten dźwięk umilknie, to już go nie będzie. W jakiż więc

sposób będzie go można zmierzyć?

Pomimo to mierzymy czas — chociaż nie możemy mierzyć

ani tego, czego już nie ma, ani tego, czego jeszcze nie

ma, ani tego, co nie ma żadnej rozciągłości, ani też tego,

co jest bez początku i kresu. Nie mierzymy więc ani przeszłości,

ani przyszłości, ani teraźniejszości, ani czasu właśnie

przemijającego. A jednak mierzymy czas!

Wers: „Deus Creator omnium" („Stworzyciel wszystkich

rzeczy, Bóg") składa się z ośmiu przemiennie krótkich

i długich sylab. Cztery krótkie sylaby — pierwsza, trzecia,

piąta i siódma — są pojedynczymi w stosunku do czterech

sylab długich — drugiej, czwartej, szóstej i ósmej. Każda

z długich sylab ma podwójną długość w stosunku do każ-


dej z sylab krótkich. Wypowiadając ten wers, mogę to

stwierdzić, jeśli w ogóle mogę ufać własnym uszom. Słuchem

mierzę długą sylabę, porównując ją z krótką, i

stwierdzam, że trwa ona dwukrotnie dłużej. Ale przecież

długa zaczyna dźwięczeć dopiero wtedy, gdy krótka już

zamilkła. Zresztą samą długą też mierzę wtedy, kiedy jej

już nie ma, gdyż mogę ją mierzyć jedynie jako skończona.

A zakończenie jej oznacza przeminięcie. Czym więc jest

to, co mierzę? Gdzież ta krótka sylaba, którą się posługuję

jako miarą? Gdzież ta długa, którą mierzę? Obie zabrzmiały,

uleciały, przeminęły, już ich nie ma. A ja je mierzę. I

z takim stopniem pewności, z jakim można ufać doświadczonemu

uchu, stwierdzam, że pod względem czasowym

jedna jest pojedyncza, a druga podwójna. To zaś mogę

stwierdzić dopiero wtedy, gdy przeminęły i są zakończone.

Mierzę więc nie same dźwięki, których już nie ma, lecz

coś. co w mojej pamięci utkwiło.

W tobie, umyśle mój, mierzę czas. Nie próbuj mi przeszkadzać,

nie próbuj sobie samemu przeszkadzać zamętem

wrażeń, jakie odbierasz. W tobie — powtarzam — mierzę

czas. Wrażenie, jakie mijające rzeczy na tobie wywierają,

pozostaje w tobie, gdy one przeminęły. To wrażenie, jako

obecne, mierzę, a nie owe rzeczy, dzięki których przeminięciu

ono powstało. To wrażenie mierzę, kiedy mierzę czas.

Albo więc to właśnie jest czasem, albo wcale nie mierzę

czasu.

Kiedy mierzymy okresy ciszy i powiadamy, że dany jej

okres trwał tak samo długo, jak dany okres rozbrzmiewania

dźwięku, mierzymy dźwięk w myśli, tak jakby nadal

dźwięczał, i dzięki temu możemy ocenić długość trwania

okresów ciszy. Nawet nie otwierając ust i nie wydając żadnego

dźwięku, możemy w myślach przebiegać wiersze i

wersy, i jakiekolwiek mowy, i wszelkiego rodzaju wymierne

ruchy. Możemy uznać, że jakiś wiersz zajmuje więcej

albo mniej czasu niż inny — zupełnie tak, jakbyśmy oba

głośno wyrecytowali. Jeśli jakiś człowiek ma wydać dłuższy

dźwięk i z góry postanawia, jak długi ma on być, pozwala

takiemu okresowi czasu upłynąć w ciszy, powierza go

pamięci i wtedy zaczyna wydawać dźwięk, który rozbrzmiewa

dopóty, dopóki do zamierzonego nie dobiegnie kresu —

a raczej należałoby rzec nie: „rozbrzmiewa", ale „rozbrzmiewał

i będzie rozbrzmiewał". Co bowiem z niego już

się dokonało, to rozbrzmiewało. Co się jeszcze nie dokonało,

będzie rozbrzmiewać. Kiedy się to dokonuje, czujna uwaga

człowieka, będąca czymś teraźniejszym, przeprowadza

przyszłość ku przeszłości: przyszłość ciągle się zmniejsza,

a przeszłość wzrasta, aż wreszcie — po zupełnym

wchłonięciu przyszłości — wszystko jest już tylko przeszłością.

28. Lecz w jaki sposób można zmniejszać albo wchłaniać

przyszłość, która jeszcze nie istnieje? I jak może wzrastać

przeszłość, której już nie ma? Możliwe jest to tylko

dzięki temu, że w umyśle, który owych rzeczy dokonuje,

istnieją trzy funkcje: oczekiwanie, uwaga i pamięć. To,

czego umysł oczekuje, poprzez to, na co zwraca uwagę,

przechodzi w to, co on zapamiętuje. Na pewno przyszłości

jeszcze nie ma. A jednak tkwi w umyśle oczekiwanie przyszłości.

Na pewno przeszłości już nie ma. A jednak przechowuje

się w umyśle pamięć o przeszłości. Na pewno czas

teraźniejszy nie ma żadnej rozciągłości, bo istnieje tylko

w samym momencie swego przemijania. Ale trwa skupienie

umysłu, w którym to, co ma być, przebiega ku nieistnieniu.

Długi więc jest nie czas przyszły — bo jego w

ogóle nie ma; długa przyszłość to długie przeczucie przyszłości.

Długi jest nie czas przeszły — bo jego w ogóle nie

ma; długa przeszłość to długie wspomnienie o przeszłości.

Oto mam wyrecytować dobrze mi znany psalm. Zanim

zacznę, moje oczekiwanie jest zwrócone ku jego całości.

Skoro zacząłem, to ile z niego strąciłem w przeszłość, tyle

zalega moją pamięć. Zakres działania, któremu się poświęcam,

podzielony jest między pamięć, zwróconą ku temu,

co już wypowiedziałem, i oczekiwanie, zwrócone ku temu,

co mam wypowiedzieć. Uwaga jednak ciągle jest obecna —

przez nią przechodzi w przeszłość to, co było przyszłością.

Im dłużej trwa to działanie, tym bardziej kurczy się dziedzina

oczekiwania, a powiększa się dziedzina pamięci, aż

wreszcie całe oczekiwanie zostaje pochłonięte, gdy recytacja

dobiega końca i cała zapada w dziedzinę pamięci. Co

dotyczy całego psalmu, stosuje się też do jego części, a nawet

do jego sylab. Odnosi się to również do każdego dłuższego

działania, którego tylko małą cząstką może być na

przykład recytacja owego psalmu. Stosuje się to wreszcie

do całego życia ludzkiego, którego składnikami są wszystkie

działania człowieka, a także do całej historii ludzkości,

której częściami są wszystkie ludzkie żywoty.

29. Lecz „miłosierdzie Twoje lepsze jest niźli życie" [Ps 62, 4.].

Rozproszeniem jest życie moje, lecz prawica Twoja ocaliła

mnie w moim Panu, Synu Człowieczym, będącym Pośrednikiem

między Tobą jedynym a nami wieloma — ocaliła

mnie wieloma sposobami i pośród wielu prób, abym przez

Niego mógł uchwycić to, w co sam też zostałem uchwycony

[Por. Flp 3, 12.], i abym się skupił z rozproszenia moich dni dawnych,

dążąc do jednej tylko rzeczy, a przeszłość odrzuciwszy w

zapomnienie [Por. Flp 3, 13.]— nie rozproszony, lecz świadomie zwrócony

ku temu, co jest przede mną, a nie ku temu, co tylko

nastanie i przeminie. Nie w rozproszeniu, ale w skupionej

woli zmierzam do palmy powołania ku wyższemu życiu,

w którym usłyszę pieśń chwały Twej i będę patrzył na

Twoją piękność, która ani nie nastaje, ani nie przemija.

Teraz lata moje pośród szlochu płyną. Ty, Panie, pociechą

jesteś moją. Ty, Ojcze mój, wieczny jesteś. Jam zaś rozerwany

między różne dziedziny czasu, których układu nie

znam. Myśli moje, najgłębsze życie duszy mej rozdzierają

burzliwe przemiany, dopóki w Ciebie nie wpłynę, oczyszczony

już, stopiony w ogniu Twej miłości.

30. Wtedy okrzepnę i ustalę się w Tobie, w Twojej prawdzie

będącej formą mej istoty. I już nie będę narażony na

pytania ludzi, którzy, paleni chorobą, wymierzoną im jako

kara, więcej pragnęliby wypić, niżeli mogą, i dopytują się:

„Co czynił Bóg, zanim, niebo uczynił i ziemię?" Albo:

„Dlaczego postanowił coś uczynić, skoro nigdy przedtem

nic nie czynił?" Spraw, Panie, aby lepiej się zastanowili

nad tym, co mówią; aby pojęli, że słowo „nigdy" nie ma

sensu, jeśli nie istnieje czas. Kiedy się mówi, że ktoś nigdy

czegoś nie uczynił, czyż to nie znaczy, że nie uczynił tego

w żadnym czasie? Niechże więc zrozumieją, że nie może

istnieć czas bez stworzenia — i niech przestaną zadawać

niedorzeczne pytania. I niech ku temu, co jest przed nimi,

zdążają.[Por. Flp 3, 13.] Niech pojmą, że przed wszystkimi czasami Ty

jesteś wiecznym Stwórcą wszystkich czasów. A nie są

współwieczne Tobie żadne czasy ani żadne stworzenie,

chociażby nawet istniało jakieś stworzenie ponad czasem.

31. Panie Boże mój, jakże głębokie są tajemnice Twoje

i jakże daleko mnie od nich odepchnęły skutki moich grzechów.

Uzdrów oczy me, aby się mogły Twoim światłem

radować. Gdyby istniał umysł wyposażony w tak olbrzymią

wiedzę i przedwiedzę, że cała przeszłość i cała przyszłość

byłyby mu tak dokładnie znane, jak mnie jest znany ulubiony

psalm, cudowny byłby to umysł, zadziwiający aż do

zgrozy! — gdy się pomyśli, że każda rzecz z czasów minionych

i każda rzecz z wieków, jakie jeszcze nadejdą, byłaby

przed nim tak odsłonięta, jak dla mnie, kiedy ów psalm

recytuję, jasne jest, ile wersów i jakich było w nim od

początku oraz ile i jakich zostało jeszcze do końca. Ale nie


do pomyślenia jest, żebyś Ty, Stworzyciel wszechrzeczy,

Stworzyciel dusz i ciał — nie do pomyślenia jest, źebyś

jedynie w taki sposób znał przyszłość i przeszłość. O wiele,

wiele cudowniejsza jest Twoja wiedza i o wiele bardziej

tajemnicza. Odmienna jest ona od wiedzy człowieka, który

recytuje wersy dobrze sobie znane albo słucha recytacji

znanego sobie psalmu — wtedy bowiem uczucia jego

są zmienne, a uwaga podzielona, zajęta częściowo oczekiwaniem

słów przyszłych, częściowo pamięcią o słowach

już przebrzmiałych. Inaczej Ty, niezmiennie wiekuisty,

prawdziwie wieczny Stwórca umysłów — jak na początku

znałeś niebo i ziemię wiedzą wolną od wszelkiej zmiany,

tak też działaniem wolnym od wszelkiej zmiany uczyniłeś

niebo i ziemię. Kto to pojmuje, niech Cię sławi. Kto tego

nie pojmuje, też niech sławi Ciebie. Jakże wysoko jesteś

wzniesiony ponad wszystko, a mieszkasz pośród tych, którzy

są pokornego serca. Ty podnosisz upadłych, a nie upadają

ci, których mocą Ty jesteś.


 

 

 


Zobacz także